wtorek, 24 lutego 2015

2015.02.21-22 – Okemo Resort, VT

To już kiedyś pisaliśmy ale jak to bywa w życiu historia lubi się powtarzać tak więc kiedy w sobotę nad ranem większość Nowojorczyków (i nie tylko) wraca z barów my pakujemy naszą mazdunię i wyruszamy na nartki. Bary może są fajne, ale są rzeczy fajniejsze na tym świecie.


Tym razem wybraliśmy resort Okemo w Południowym Vermont. Ani ja ani Darek jeszcze nigdy nie byliśmy tu, a skoro SKI Magazin bardzo go zachwalał to trzeba było przekonać się na własnej skórze co w trawie piszczy. Okemo jest oddalone od NY o 4h jazdy co w nocy rzeczywiście było czterema godzinami. Jazda bez korków jest marzeniem. Okemo to 655 akrowy resort, rozciągający się przez parę gór ze 120 trasami narciarskimi.  Oczywiście najwyższy szczyt to Okemo 1019 m (3344 ft). 32% to łatwe trasy, 37% trudniejsze i 31% najtrudniejsze, tak więc każdy znajdzie coś dla siebie. Darek na pewno sprawdzi czy te najtrudniejsze są wystarczająco trudne. Poza tym, z ciekawostek to Okemo słynie z największej różnicy wzniesień w Płd. Vermont 670 m (2200 ft) a także są numerem 1 jeśli chodzi o naśnieżanie tras (pokrywają 96%). Do tego ich polityka dotycząca up-hill traffic jest chyba najlepsza ze wszystkich resortów. Po prostu można chodzić wszędzie. To wszystko przyciągnęło nas i naszych przyjaciół do tego miejsca. Zobaczymy na ile marketing pokrywa się z prawdą. Mamy tylko nadzieję, że pogoda dopisze bo im bardziej jechaliśmy na północ tym bardziej spadała temperatura...upppssss..... Po wjechaniu do stanu Vermont osiągnęliśmy magiczne -23C.


7:50 rano i jesteśmy już na parkingu. Prawie zdążyliśmy na pierwsze krzesełko. Szybkie przebranie butów i przygotowanie się do zjazdów i w drogę. Polecamy kupić bilet na liftopia.com – jakieś 30% taniej niż standardowa cena na miejscu. Teraz to już nie opłaca się kupować biletów w okienku....zdecydowanie dużo lepiej jest pomyśleć o tym troszkę wcześniej i się zaopatrzyć w bilet na sieci.


Oboje ruszyliśmy swoją drogą....Darek na narty, ja na górę na nóżkach. Pomimo, że mogłam chodzić wszędzie to wybrałam na rozgrzewkę zieloną trasę Sachem a potem kontynuowałam niebieskimi (Countdown) aż do Summit Lodge. Szło się bardzo przyjemnie, nie za dużo ludzi na trasach, ładnie ubity śnieg i piękna pogoda. Czego chcieć więcej. Było około -15C ale tego się nie czuje jak się idzie pod górę tak więc cała porozpinana po 2h dotarłam do Summit Lodge. Tam mieliśmy się wszyscy spotkać koło 11 ale skoro miałam jeszcze trochę czasu to wyskoczyłam sobie na szczyt Okemo 1019 m (3344 ft). Z Summit Lodge to już tylko parę minut pod wyciąg który dojeżdża prawie na szczyt. Potem, krótki spacerek przez las i wyjście na wieżę widokową.


Na szczycie wieży niestety wiało więc długo się tam nie dało wytrzymać przy tym wietrze i zimnie. Ale mimo pogody znalazłam chwilkę na podziwianie widoków.


W między czasie Darek:
 
"Jest to mój pierwszy dzień w Okemo, więc cały dzień starałem się go poznawać, pytać się ludzi na wyciągach gdzie są ciekawe trasy. Ma 120 tras, czyli jest średniej wielkości resortem, na pewno w ciągu jednego weekendu się go całego nie pozna, ale już jakiś zarys będę miał. Jeździłem od jednego końca do drugiego, czasami sam, czasami ze znajomymi, którzy z nami tutaj przyjechali."

O 11 był ustalony meeting i mała przerwa w Sky Bar w Summit Lodge. Teoretycznie bary otwierają w resortach o godzinie 11 rano. Ja byłam parę minut po 11 a już wszystkie stoliki były zajęte....pijaki....miejsce to nie należy do moich ulubionych. Za małe, za dużo ludzi. Alkohol można pić tylko w wyznaczonej strefie koło baru (co ma całkowicie sens) ale stoliki zajmowali ludzie którzy tylko jedli i to jedzenie przyniesione z innych miejsc.


Długo jednak tam nie siedzieliśmy i szybko ruszyliśmy z powrotem na stoki. Ja miałam za zadanie przygotować lunch (czyt. Obrać ziemniaki). Tak dosłownie obrać ziemniaki, zrobić łososia itp. No tak restauracje w milion gwiazdkowych hotelach podają przecież najlepsze dania.


Wcześniej musiałam oczywiście zejść. Chciałam uniknąć tłumów na stokach więc uderzyłam z powrotem na trasę Sachem, która jest długą zieloną trasą ciągnącą się wzdłuż domków. Po raz kolejny podziwiałam małolaty, które śmigają jeden za drugim. Nie ma chyba nic lepszego na świecie niż zacząć uczyć dzieci jazdy na nartach jak tylko zaczyna chodzić. Jeden chłopczyk miał może 3 latka ale już za każdym razem jak tylko mógł pakował się na boczne wały śniegu, żeby mieć troszkę więcej zabawy. Rodzice byli tuż za nim ale nic mu nie pomagali. Widać było, że chłopiec miał radochę.


Poza kilkoma dziećmi na trasie nie spotkałam dużo narciarzy. Pewnie byli w bardziej uczęszczanych (czytaj fajniejszych) miejscach góry. Tak więc szybko zeszłam na dół i wzięłam się za obieranie ziemniaków i przygotowywanie lunchu dla zgłodniałych narciarzy.
 

Lunch pomimo, że w polowych warunkach wyszedł przepyszny i już nikomu nie spieszyło się wracać na stok. Do tego zaczynało bardziej wiać, sypać i robiło się późno. I tak wszyscy zaliczają dzień do udanych. Darek miał 15 zjazdów a ja zdobyłam szczyt. Hotel mieliśmy 30 minut od resortu, Holiday Inn w Springfield. Tak więc szybko ruszyliśmy w drogę. Niestety to samo postanowili zrobić inni i korek do wyjazdu był duży. Około 20 minut zajęło nam wyjechanie z parkingu na główną drogę 103.


W hotelu krótka drzemka bo przecież nie wiele spaliśmy tej nocy. Po zregenerowaniu sił przyszedł czas na kolację...i tutaj nasz przyjaciel Grześ wygrał dwa razy. Jeszcze nie wiemy co wygrał ale wiemy za co. No więc pierwsza nagroda przypadła mu za umiejscowienie grilla – za oknem na stoliku turystycznym. Same plusy...nie trzeba wychodzić z domu, wszystko ma się pod ręką i nie jest zimno. Tak to można w zimie w nocy grillować. Drugą dostał na spółkę z Beatką za zrobienie jednych z najlepszych hamburgerów na świecie. Wołowina połączona z pikantną włoską kiełbasą i Montenery Jack ser. Darek pomógł im znajdując przepis ale każdy wie, że składniki i umiejętność przyrządzenia to podstawa, a nie przepis. Beatka i Grzesiu, DZIĘKUJEMY za pyszną kolację!


Wszyscy zmęczeni szybko padliśmy spać, żeby podreperować siły na kolejny dzień białego szaleństwa.

Dla mnie drugi dzień (niedziela) to praca, nadrabianie zaległości i relaks przy książce. Tak więc tu zostawiam miejsce dla Darka, niech sam się przyzna co szalonego robił na stoku.
 
Dzień Drugi - Niedziela
Szalonego? Nie, ja tylko jeździłem wyciągiem na górę i na nartkach zjeżdżałem na dół. No dobra, od początku......
W tym sezonie w północno-wschodnich Stanach mamy super zimę. Ciągle sypie śnieg, a do tego temperatury cały czas są poniżej zera, więc nic nie topnieje. Wszystkie resorty narciarskie mają 100% otwartych terenów, więc białe szaleństwo jest fantastyczne. Widać to po samochodach na autostradach. Prawie połowa z nich ma na dachu nartki albo deski. Oczywiście w resortach niestety też jest dużo ludzi. Na stokach i w kolejkach do wyciągów. Ale ja mam na nich sposób. Zaczynam jazdę o 8 rano, jak jeszcze większość ludzi śpi. Tak gdzieś w okolicach 10 rano jak już się robią kolejki to ja wtedy wchodzę do kolejki na pojedynczą linie (single line) i z reguły już za parę minut jadę na górę.
W sobotę od 2 po południu zaczęło sypać i sypało do późnych godzin nocnych więc warunki narciarskie na niedziele zapowiadały się rewelacyjne. W sumie nasypało 15 cm (6") białego puchu. W takich dniach każdy zjazd na nartkach jest fantastyczny. Nie wolno marnować żadnej minuty, więc o 7:15 byliśmy już po śniadaniu i spakowani w samochodzie.


Po około pół godziny zajechaliśmy do resortu.
Oczywiście pierwszego krzesełka już nie miałem, bo fanatycy białego szaleństwa już tam od 7:30 stoją w kolejce. Parę minut po 8 już jechałem do góry pierwszym wyciągiem.


Okemo dzieli się na trzy części. South Face, Okemo Main Base i Jackson Gore. Dowiedziałem się, że ze względu na wspaniałe warunki i dużo świeżego śniegu, żadna trasa w South Face nie była ubijana przez ratraki. Mądrzy ludzie. Co to oznacza? PUCH....!!!! Musiałem wziąć dwa wyciągi żeby tam dojechać. Opłacało się i już o 8:30 pływałem w puchu.


Oczywiście nie jest to puch jaki występuje w Colorado, Utah czy w Japonii. Nie jest taki suchy i miękki, ani też nie ma go w takich dużych ilościach w jakich tam występuje, ale jak na te rejony świata jest idealny.
Ludzi jeszcze dużo nie było, więc można się było bawić non-stop. W South  Face jest trochę tras, od najłatwiejszych zielonych do najtrudniejszych podwójnych diamentów przez las. Oczywiście musiałem zjechać większością z nich żeby się przekonać na własnej skórze (nogach) jakie są. Jestem w tym resorcie po raz pierwszy więc jest to oczywiste, ze trzeba je sprawdzić.

 
Niestety nie byłem jedyny który sprawdził gdzie są nie ubijane trasy i godzinę później robiły się już małe muldy przez coraz to większą grupę narciarzy. Ale na szczęście były to miękkie, puchowe muldy, które tylko w niewielkim stopniu utrudniały zabawę. Musiałem tylko przestawić nogi na bardziej sportowe zawieszenie i już się znowu rewelacyjnie pływało. Miałem świetne przygotowanie przed Zermatt (Szwajcaria), gdzie za tydzień będę się bawił w jeszcze głębszym puchu. 
Około 10 spotkałem Grzegorza i jeszcze z dobrą godzinkę razem bawiliśmy się w South Face.


Jednak jeżdżenie w puchu ma jedną wadę. O wiele bardziej nogi muszą pracować. Do tego stopnia, że po trzech godzinach takiej jazdy, nogi już tak parzą, że narciarz o niczym innym już nie myśli, tylko o schłodzeniu nóg. Było już po 11 więc bary zostały już otwarte i trzeba było usiąść przy wspaniałym Long Trail IPA. Ilonka oczywiście do nas dołączyła i można było sobie odpocząć w większym gronie.
Jak to narciarze mówią, w górach jest fajnie, ale najlepiej na stoku, więc po szybkim ugaszeniu pragnienia wraz z Grzegorzem wzięliśmy się do roboty.


Wiedzieliśmy, że już nie ma po co jechać do South Face, bo tam już pewnie są same muldy, więc postanowiliśmy sprawdzić lasy w Main Base, a także ciekawe trasy w Jackson Gore. To był dobry pomysł. Większość tras była już rozjeżdżona, a w lasach dalej było idealnie. Szczególnie podobała mi się trasa Everglade. Ciekawa, dużo drzew, urozmaicony teren, dobre nachylenie.


Jackson Gore też ma parę ciekawych tras. Od długich, szerokich niebieskich, do stromych, technicznych. Tuckerd Out jest ciekawą trasą. Długa, niebieska, parę mocniejszych zakrętów, idealna na szybki zlot na dół. O dziwo, nawet w popołudniowych godzinach nie było na niej dużej ilości muld. Pewnie większość ludzi na niej nie zakręca tylko uprawia bieg zjazdowy.
Około 3 po południu musieliśmy zakończyć białe szaleństwo i udać się w drogę powrotną do NYC gdzie czekała na nas imprezka, a nie chcieliśmy za późno się na nią pojawić.
Okemo, ciekawy resort, położony w południowej części VT. Wiadomo, nie ma go co porównywać do Killington, który jest tylko pół godziny dalej na północ, ale też uważam, że czasami warto jest pojechać 40 mil dalej i pojeździć w Okemo zamiast w Mount Snow. Nie mam nic do Mount Snow, lubię tam jeździć, ale teraz po odkryciu Okemo, Mount Snow ma dużą konkurencje. Okemo też miał duże szczęście, że trafiliśmy tam na idealne warunki. Zwłaszcza w niedzielę. Dawno już nie jeździłem w tak wspaniałych warunkach na wschodnim wybrzeżu Stanów. Większość ludzi na wyciągach mówiła, że to jest ich najlepszy dzień w sezonie. 

Na tym wyjeździe używałem nowej aplikacji na telefon. Ski Tracks.


Podoba mi się. Ma wiele możliwości i ciekawe dane można z niej odczytywać. Mówi mi np. że jechałem 19 razy, średnie nachylenie stoku to 29 stopni, Maksymalna prędkość to 66km/h (to chyba nie jest źle jak cały czas się jeździ w puchu, albo po lesie) i wiele innych informacji na wielu ekranach jak np. która trasą już jechałem, a która jeszcze nie.....


To jest wersja podstawowa. Następnym razem się pobawię wersją PRO, to napiszę porównanie. Wiadomo, każda aplikacja na telefon, która używa GPS zjada baterię w ciągu paru godzin, więc niestety trzeba wozić ze sobą parę zapasowych.

Ilona i Darek
 

Podsumowanie dnia (hike Ilonki): 7,2 km (4.5 miles) i 670 m (2,200 ft.).


Podsumowanie hików YTD:
ilość hików - 7
długość - 66,8 km (41.64 mile)
różnica wzniesień - 3,314 m (10,849 ft.).




niedziela, 1 lutego 2015

2015.01.30-02.01 - Killinton, VT

W Nowym Jorku zima w pełni! W poprzednim tygodniu synoptycy ostrzegali przed zimowym sztormem, który miał nawiedzić NY w poniedziałek i wtorek. Miasto zostało sparaliżowane. Nie przez śnieg którego spadło tylko kilkanaście centymetrów (7"), ale przez decyzje które zostały podjęte na górze. Drogi i mosty zostały zamknięte, metro zostało wyłączone, lotniska też przestały funkcjonować. Sztorm, na szczęście dla nowojorczyków, przeszedł kilkadziesiąt mil na północ i uderzył w Boston i okoliczne rejony. Wiadomo, burmistrz NY dla bezpieczeństwa musiał takie decyzje podjąć, bo co by się stało gdyby w mieście spadło pół metra lub więcej śniegu.....
Co w takim czasie robią miłośnicy białego szaleństwa? Wiadomo, pakują nartki, deski, sanki, raki, gitary..... i jadą na północ!!!



W okolicach NY jest parę resortów narciarskich, ale jednak te większe i lepsze są "troszkę" dalej od miasta, w New England. Do jednych z nich zalicza się Killington w stanie Vermont,  który jest największym resortem narciarskim na wschodzie Stanów. Sześć gór, które są połączone 22 wyciągami (wliczając dwie gondole) i 155 trasami. Suma długości tras wynosi 118 km (73 mile). Jak by tego było mało, na tym samym bilecie można jeździć w sąsiednim Pico. Kolejna góra, dzięki której ilość tras się zwiększa do ponad 200, a wyciągów do prawie 30. Do Pico w ciągu 15 minut można podjechać autobusem lub samochodem. Były kiedyś plany, że te dwa resorty połączą wyciągami, ale jak do tej pory jeszcze tego nie widać.
Resort jest oddalony od NY 400 km (250 mil), bez większych korków można tam zajechać za 4.5 godziny.
Duża ilość śniegu i dobre warunki narciarskie spowodowały, że frekwencja na ten wyjazd była chyba rekordowa. Pojechało nas aż 24 osoby, wliczając dzieci. Każdy z NY wyjeżdżał o innej porze i różnymi drogami, więc dopiero z częścią ludzi widzieliśmy się w sobotę.
Na miejsce zajechaliśmy pół godziny po północy. Oczywiście szybko nie udaliśmy się do łóżek, bo musiało odbyć się spotkanie z częścią załogi.....które "troszkę" potrwało.
Mieszkaliśmy w Hillside Inn. Średniej klasy hotel, znajdujący się na Killington Road. Nic specjalnego, na weekend jest ok, ale nie polecam go na dłuższy pobyt. Trochę brudny i słabo wyciszony. Hotel ma wliczone podstawowe śniadanie. Natomiast jest fajnie położony, tylko 6km (4 mile) od resortu. Cena też była OK. Z hotelu można rano wziąć autobus, który w ciągu 10 minut dowozi do głównej części resortu.

Tak też zrobiliśmy i po szybkim śniadaniu już o 7:40 rano siedzieliśmy w cieplutkim autobusie. Wyciągi w weekendy otwierają o 8 rano, więc nie było już wiele czasu, a chcieliśmy się załapać na pierwsze krzesełka. Szybkie odebranie biletu, pożegnanie się z Ilonką, która szła z koleżanką na szczyt Killington szlakami narciarskimi i załadowaliśmy się do gondoli K1.
Po paru minutach znaleźliśmy się na szczycie Killington, 1,293 metrów n.p.m. (4,241 ft.).



Po wyjściu z ciepłej gondoli, niespodzianka..... Szczyt przywitał nas ładnym słoneczkiem, niską temperaturą i silnym wiatrem. Niestety było zimno, -25C (-15F) i silny, mroźny wiatr o prędkości przekraczającej 35km/h (20 mil/h). Odczuwalna temperatura przez człowieka (windchill) przy takim wietrze jest -40C (-40F). Zimno.....!!! Ale jak to mówią, nie ma złej pogody tylko człowiek źle przygotowany, wiec myśmy wcześniej w hotelu sprawdzili pogodę i oczywiście odpowiednio się ubrali. Parę par kalesonów, dwie pary rękawic, maska zakrywająca całą twarz, dużo skarpet, gorąca herbata w termosie w plecaku i ......... jeszcze parę innych rozgrzewaczy.


Z reguły jak wyjeżdżamy na szczyt Killington to podziwiamy widoki, robimy zdjęcia..... Teraz, od razu polecieliśmy na dół i znowu za parę minut byliśmy przy gondoli. Ze względu na duży wiatr wiele górnych wyciągów było zamkniętych, ale nam to za bardzo nie przeszkadzało, bo i tak nie mieliśmy ochoty zamarznąć na krzesełkach, więc rano jeździliśmy tylko gondolą. Niestety nie byliśmy jedyni którzy tak robili, po 9 rano zaczęła się już robić kolejka do gondoli.
W tym samym czasie Ilonka z koleżanką szły do góry......


No tak szłyśmy do góry bo przecież, żeby móc się legalnie napić piwa trzeba mieć jakiś bilet. Tak więc zakupiłyśmy ale nie zwykły bilet tylko Season Pass. Killington ma nową politykę jeśli chodzi o tak zwany up-hill traffic czyli wspinanie się po górkach. Każdy kto chce iść do góry trasami narciarskimi, nie ważne czy na nartach czy rakietach, rakach musi wykupić Hiking Season Pass, który kosztuje $20. Cena mi się bardzo spodobała bo jak do tej pory w innych resortach up-hill pass kosztował $20 ale na jeden dzień. Tu już nie chodzi o cenę a bardziej o podpisanie wszystkich papierków, że wiemy co robimy, że będziemy ostrożne i że nikt nie bierze za nas odpowiedzialności.
 


Do góry można iść tylko trasami zielonymi i niebieskimi ale też nie wszystkimi. Najpierw trzeba wziąć trasę Easy Street z Ramshead a następnie Swirl i w końcu Frolic. Szło się bardzo przyjemnie. Nie było prawie w ogóle ludzi, trasa lekko wznosiła się do góry a pod koniec to już cała należała tylko do nas bo zamknęli wyciągi ze względu na wiatr. Tak więc po około 1.5 h minęłyśmy szczyt Ramshead i doszłyśmy do szczytu Snowdon 1094 m. (3592 ft). Stąd nie byłyśmy pewne jak możemy iść dalej. Trasy narciarskie prowadzą na szczyt Killington gdzie chciałyśmy wyjść ale nigdzie nie mogłyśmy znaleźć informacji czy up-hill traffic jest tam możliwy. Tak więc miałyśmy dwa wyjścia. Albo szukać szlaku Long Trail / Appalachian Trail albo iść trasami narciarskimi i mieć nadzieję, że nikt z pracowników resortu nas nie zatrzyma. Na szczycie Snowdon jest mały domek gdzie siedzi Ski Patrol....tak więc kulturalnie weszłyśmy się zapytać jak najlepiej dojść na szczyt Killington. No i uzyskaliśmy satysfakcjonującą nas odpowiedź. No najlepiej to naszymi trasami narciarskimi. Pan co prawda nie był pewny czy możemy używać tras położonych przy szczycie góry ale skoro nie był pewny a wolał, żebyśmy po lesie nie błądziły to uderzyliśmy prosto do góry trasą Killink i trasą Rime pod wyciągiem North Ridge Triple. Następnie plan był przejść Summit Walk ale niestety był zamknięty na sezon. Summit Walk jest to trasa (bardziej schodki) na szczyt Killington. Tak więc ostatecznie trasą Great Northern doszłyśmy do knajpki na szczycie gondoli.
 

Krótka przerwa, spotkanie z narciarzami, zregenerowanie sił przy ciepłej zupce, zimnym piwku i przyszedł czas na prawdziwy szczyt Killington. Tam nawet narciarze muszą podejść na nogach. To już jest spacerek i po 5 minutach byłyśmy na szczycie i mogłyśmy podziwiać przepiękne widoki. Niestety wiatr był bardzo silny, mroźny i nie było się gdzie przed nim schować. Tak więc nawet nie wyciągając aparatów szybko zawróciłyśmy i już gondolą wróciłyśmy na dół. Było zimno ale idąc nie czuło się tego nawet tak bardzo. Podziwiałam tylko ludzi którzy siedzieli na wyciągach krzesełkowych i zamarzali. A od czasu do czasu widziałam nawet jak zatrzymywali te wyciągi na parę minut.....niektórzy już kombinowali jak tu zeskoczyć byleby tylko nie musieć siedzieć i marznąć.


Była nas za duża grupa, żeby logistycznie zorganizować wspólne zjazdy. Ze względu na różny poziom umiejętności jeżdżenia na nartach, na wielkość resortu i na temperaturę jaka panowała cały dzień porobiły się małe grupki, które sobie jeździły po swoich ulubionych trasach. Jedni kończyli wcześniej, jedni później.......

Killington jest bardzo fajnym resortem, ale dopiero jak się go dobrze pozna. Trzeba minimum spędzić w nim kilkanaście lub więcej dni żeby poznać jego trasy i system wyciągów. Inaczej to się traci dużo czasu na płaskich, zielonych trasach, którymi chce się dojechać do innej części resortu. W Killington można jeździć wszędzie, nie ma limitu, można jeździć po lasach.



Jedynymi miejscami na których nie można jeździć to są zamknięte trasy. A że w ten weekend wszystkie 155 były otwarte, więc można się było bawić wszędzie. Ja jeżdżę do Killington od 20 lat, więc mogę powiedzieć, że go dobrze znam. Bawiliśmy się prawie wszędzie.

 

Wybieraliśmy trudniejsze, techniczne trasy, żeby nie zamarznąć. Jednak ze względu na duży wiatr, wiele tras było oblodzonych. Mimo, że spadło im trochę śniegu, to jednak wiatr to wszystko zwiał. Było twardo.
Około 13 spotkaliśmy się większą grupą na szczycie w barze na chłodne piwko, bo przecież trzeba się ochłodzić po ostrym jeżdżeniu. Do baru także dotarła Ilonka z koleżanką. Był plan, że o 14:30 będziemy całą grupą grillować na dole na parkingu, ale niestety nie doszło to do skutku. Grill został przesunięty na wieczór do domku. Po pierwsze szkoda było marnować czasu, a po drugie to chyba jednak było troszkę za zimno na grillowanie za zewnątrz.
Żeby dobrze zakończyć dzień narciarski to oczywiście trzeba wziąć ostatnią gondolę na szczyt na zachód słońca, co oczywiście zrobiliśmy.



Przy tych niskich temperaturach, podziwianie zachodu słońca trwało tylko parę sekund i bez żadnego przystanku zlecieliśmy na sam dół.
Potem oczywiście jeszcze w butach narciarskich trzeba było odwiedzić lokalny bar na apres-ski. Wybraliśmy Lookout Tavern. Fajny bar, dużo lanego piwa i najlepsze skrzydełka z kurczaka w wiosce. Oczywiście jak to w sobotę bywa w takich miejscach były tłumy narciarzy, przez co piwo musi się pic na stojąco, ale przynajmniej jest dobry klimat.  Będąc w VT, obowiązkowo trzeba się napić lokalnego piwa, Long Trail. Mają go w wielu rodzajach. Wszystkie dobre, smaczne, ciekawe.....

Część ludzi z naszej grupy wynajęła domek na ten weekend, więc oczywiście tam się odbyła sobotnia impreza. Z niektórymi dopiero tam się spotkaliśmy po raz pierwszy na tym wyjeździe. Był grill, polska kiełbaska, muzyka, gitara i oczywiście długie dyskusje.......tak długie jak lód z sopli w naszych drinkach....

Nie za długie, bo przed nami niedziela i kolejny cały dzień na nartkach. W niedzielę było trochę cieplej, coś koło -14C (7F) i mniejszy wiatr. Słoneczko oczywiście fajnie świeciło, więc w ciągu dnia temperatura była już przyjemna.
W sobotę zaczęliśmy jeździć z dolnej stacji K1, więc na niedzielę wybraliśmy inną, Bear Mountain. Fajne miejsce, położone bardziej w górach, mniej znane przez ludzi. Ma fajną restauracje, bar, taras widokowy, gdzie na wiosnę cały dzień są imprezy i fajne trasy na poranną rozgrzewkę.
Kilka szybkich zjazdów w Bear Mountain i parę minut po 9 uderzyliśmy pełną parą na resztę gór.



Był mały wiatr więc wszystkie wyciągi były czynne i w ciągu krótkiego czasu zrobiliśmy pierwsze 10 zjazdów. Oczywiście nie odbyło się bez podwójnych diamentów, czy ostrych tras przez las.


W południe wróciliśmy do Bear Mountain żeby spotkać się z resztą grupy i ochłodzić się Long Trail'em, aby znowu mieć siłę na dalsze białe szaleństwa.



W ten dzień w Stanach jest Super Bowl i ponad 100 mln Amerykanów go ogląda, więc trasy były puste, a kolejek do wyciągów w ogóle nie było. Nie liczyłem ilości zjazdów, ale chyba licznik dobrze nabiłem bo pod koniec dnia nogi już były gorące.
W Killington mają nowo otwarty bar, Motor Room Bar. Znajduje się na w górnej stacji nieczynnego już wyciągu na Bear Mountain.



Niestety nie był czynny, a szkoda, bo ponoć fajnie w środku wygląda i z niego są cudowne widoki. Pewnie było za zimno, bo tam chyba nie ma ogrzewania. Mam nadzieję, że jak tu przyjadę za parę tygodni to będzie czynny.
Szybki lunch o 15 i potem jeszcze parę zjazdów na zupełnie pustych trasach zakończyły ten cudowny choć mroźny weekend w Killington.



Dużo się działo, wielu znajomych było, cudowne nartki przez dwa dni od otwarcia do zamknięcia wyciągów..... Uwielbiam  Killington i mam nadzieje że szybko tu wrócę....
Teraz zostało nam juz tylko 4.5 godzinki pustymi autostradami do Nowego Jorku. Pustymi, bo przecież 1/3 kraju ogląda Super Bowl....!!!
Darek

 
 
Podsumowanie dnia: 6,3 km (3.75 mile) i 805 m (2,641 ft.).
 
Podsumowanie hików YTD:
ilość hików - 6
długość - 59,6 km (37.14 mile)
różnica wzniesień - 2644 m (8649 ft.).