piątek, 25 września 2015

2015.09.25-Casablanca, Maroko (dzień 7)

Początek i koniec naszej Marokańskiej przygody. To tu wylądowaliśmy tydzień temu i stąd za dwa dni startujemy znów do domku. Ponieważ w Casablance samochód nam nie był potrzebny to oddaliśmy go i Darek wreszcie mógł odetchnąć z ulgą. Jak już parokrotnie pisaliśmy jazda po Maroku jest zwariowana i trzeba mieć oczy wokół głowy. Tak więc do Casablanki wjechaliśmy taksówką. No i Pan taksówkarz myślał, że to nasz pierwszy dzień. Tak więc bardzo chciał nam opowiedzieć dużo rzeczy, niestety po francusku. Pół na pół go rozumieliśmy ale jedno zapamiętałam: “Casablanca, tu są pieniądze.”. No tak Fes i Marrakesz to stare miasta, historia i król siedzący w pałacu. Rabat to rząd i polityka a Casablanca to pieniądze. Podobno jest to najbardziej nowoczesne miasto, największa metropolia w Maroku. Musze przyznać, że znów nas rozczarowało.


Pomimo, że jest to pierwsze miejsce w Maroku gdzie zobaczyliśmy Starbucks to nadal jest brudno. Budynki są od czasu do czasu nowe ale chodnik się obok nich rozlatuje. W Casablance nie ma dużo zabytków tak więc na naszej liście znalazły się Sacre Coeur (katedra), Meczet Hassana II i stara Medina. Zwiedzanie zaczęliśmy od Sacre Coeur bo znajdował się blisko restauracji, które wybraliśmy na dzisiejszą kolację......Sacre Coeur jest rzymsko-katolicką katedrą wybudowaną w 1930 roku. Przykre, ale był to kolejny zabytek w ogóle nie zadbany. Znajduje się w ładnym parku ale sam budynek jest zamknięty, zniszczony i oczywiście otoczony śmieciami.


Kolacji też nam nie udało się tam zjeść bo wszystko było pozamykane. Jak się potem dowiedzieliśmy w hotelowej restauracji ze względu na święto nie można serwować alkoholu komuś kto jest muzułmaninem. My nie mieliśmy z tym problemu, ale jak dwóch lokalnych mężczyzn weszło do hotelowej restauracji i chcieli się napić to kelner im odmówił podania. Pewnie dlatego większość restauracji w mieście była zamknięta. Na szczęście nasz hotel (Val D'Anfa) ma 3 restauracje więc spokojnie udało nam się wybrać coś fajnego. Kelner był bardzo miły i skakał koło nas pokazując nam nawet surowe ryby i mięso, które będzie dla nas przygotowywał. Hotel oprócz restauracji ma też 2 bary tak więc bardzo fajnie było sobie odpocząć przy basenie i napić się drinka na lepsze trawienie.


Rano się nie spieszyliśmy już tak bardzo. Wiedzieliśmy, że Casablanca nie ma wiele do zaoferowania a my mieliśmy cały dzień przed sobą. Tak więc pospaliśmy i ruszyliśmy wybrzeżem do Meczetu. Meczet Hassan II jest położony nad samym oceanem. Jest to połączenie lądu i wody. Meczet ten jest największy w Afryce jak i siódmy co do wielkości na całym świecie. Jego dominującym kolorem dekoracji jest kolor zielony uznawany za kolor islamu.


Zanim jednak dotarliśmy do meczetu minęliśmy wybrzeże, a na nim wiele opuszczonych hoteli. Wygląda, że parę lat temu były tu duże hotele z kompleksami basenów. Teraz część jest opuszczona i niszczeje, a obok budują się nowe, wypasione pięcio-gwiazdkowe hotele. Byliśmy zaskoczeni wielkością przypływów. Często woda zalewała baseny przy hotelach. Fale były ogromne a woda dochodziła dość daleko. Tak więc kolejne kontrasty. Z jednej strony budują się piękne hotele a z drugiej są upadłe hotele lub bloki gdzie mieszkają ludzie.


Wreszcie dotarliśmy do Meczetu który zdecydowanie nas powalił. Jest super położony nad wodą, otacza go ogromny plac a dekoracje i wykończenie powalają. Można wejść do środka, ale ja nie miałam odpowiedniego ubrania, a do tego musielibyśmy czekać ok. 1h na naszą turę. Nie do końca był to fajny pomysł biorąc pod uwagę duże temperatury i mocne słońce.


Po meczecie mieliśmy ochotę odwiedzić starą medinę, ale jak przeszliśmy parę kroków od meczetu zobaczyliśmy znów brud i śmieci więc zawróciliśmy. Chyba nie do końca był to dobry pomysł aby odwiedzić Medinę. Spacerek z powrotem do hotelu, kolacja i pożegnalny drinek.....to już jest koniec. Jutro wylatujemy.


Jaką mamy opinię teraz po Maroku? Po krótce można to napisać w jednym zdaniu. Brud, śmietnisko wszędzie, w ogóle nie solą ale słodzą bardzo dużo a łóżka mają super twarde. Ale są też pozytywne rzeczy...nie zrozumcie nas źle. Nadal mamy opinię 50/50 na temat tego kraju.

A coś więcej? Zdecydowanie kraj, który każdy powinien zobaczyć, zwłaszcza jak dużo jeździ po świecie. Wiadomo, nie jest to Europa i ludzie muszą troszkę zmienić swoją kulturę. Szczególnie jeśli chodzi o śmieci. Oni mają naturę zostawić tam gdzie się stoi. Nawet kelner w jednej restauracji otworzył nam piwo i wyrzucił kapsle za siebie na podwórko.


Jedzenie, dobre choć spodziewałam się dużo bardziej doprawionych potraw. Oni przecież słyną z przyprawami, kupiliśmy jakieś ciekawe wynalazki, ale nie czuliśmy tego za bardzo w potrawach. Prawie w ogóle nie używają soli natomiast cukru dają strasznie duże ilości. Spokojnie jedna torebka starczała nam na dwie kawy a oni dawali nam po 3 torebki na osobę.

No i łóżka.....we wszystkich hotelach materace były dość twarde....pewnie dlatego, że oni nadal sypiają na ziemi i cienkim materacu. Takie wychowanie, takie przyzwyczajenie. Pomyślicie, francuskie pieski. My lubimy spać na twardych materacach (w domu mamy extra firm), ale te były jeszcze twardsze.

O kupcach i naciągaczach wspominałam już wiele razy. Nadal uważam, że w kwestii robienia kasy i marketingu muszą się podszkolić. Ale może wtedy ten kraj by stracił swój urok...


Zabytki...ten kraj ma niesamowicie długą, ciekawą historię. Zabytki są na każdym kroku, ale zwykły turysta często ich nie zauważy myśląc, że to tylko kolejny brudny budynek. Rząd podobno pracuje nad zwiększeniem turystyki ale powinien bardziej eksponować i zagospodarować zabytkowe miejsca. Zanim to wszystko zniszczeje.


Plaże, pomimo, że Maroko ma dostęp do oceanu i bardzo niewielki do Morza Śródziemnego nie ma on wiele resortów. Nie wiemy czy to dlatego, że kraj ma dużą historię i ludzie wolą go zwiedzać niż leżeć na plaży ale z drugiej strony Egipt ma jeszcze większą historię a resortów ma dużo. To co nas jednak zdziwiło to zachowanie ludzi na plaży. Nikt tam nie leżał, każdy chodził w kółko, grał w piłkę. Wyglądało to dość zjawiskowo bo małe punkciki na plaży ruszały się jak małe mróweczki. Ale przecież sport to zdrowie.....lepiej niech grają w piłkę...szkoda tylko, że plaża jest brudna i mało fajnie się na niej leży.


Najlepiej pojedźcie, zobaczcie, pozagłębiajcie się w różne zakątki, ulice i sami wyróbcie sobie opinię. Bo nie ma nic lepszego niż przekonać się na własnej skórze....
Ilona

czwartek, 24 września 2015

2015.09.24-Chefchaouen, Maroko (dzien 6)

Maroko ma swoje perełki, miejsca które nadal powalają i w których czujesz się dobrze. Takie miejsca zazwyczaj znajdują się w górach. Byliśmy już na tym wyjeździe w górach Atlas ale miasteczko Imlil, które pomimo, że ładnie położone a ludzie tam są mili nie powaliło nas. W Imlil brakowało mi troszkę „cywilizacji”. Tak więc dalej szukałam miejsca, które mi się najbardziej spodoba. Miejsca w którym nie będę się bała, że ktoś mnie znów zaczepi chcąc żebym coś kupiła. Miejsca w którym wreszcie odpocznę i miasteczka w którym nie będę się bała chodzić po ulicach nocą.


Udało nam się. Po 7 godzinach jazdy po najgorszych drogach jakie można sobie wyobrazić, dotarliśmy do miasteczka Chefchaouen, niebieskiego miasteczka. Dojazd do tego miasteczka jest możliwy tylko drogą. Nie ma tam lotniska ani żaden pociąg tam nie jedzie. Wg. Google dojazd z Fes miał nam zająć 3h.....niestety zajął 7h. Droga miała być widokowa i przez góry (to zdecydowanie było) ale niestety nikt nie wspominał, że drogi P5309 i R419 pomimo że ogólnie dostępne i polecane są najgorszymi drogami jakimi do tej pory jechaliśmy. Tak więc droga wydłużyła się do 7h. Asfalt był...ale my byśmy woleli jakby go nie było. Dziury na drodze były non-stop i trzeba było zwalniać do 10 km/h. A że było ich tak dużo to 10km/h (no może 15 km/h to była nasza ogólna średnia. Czasem asfalt pokrywał tylko 1/4 drogi, czasem mieściło się na nim tylko jedno koło.


Przejeżdżaliśmy przez miasteczka i zastanawialiśmy się jak lokalni sobie radzą. Bo samochody było widać...oczywiście stare rozlatujące się Mercedesy. Nie ważne, że na podwórku mają brud i śpią prawie na śmieciach ale Merol musi być. Niektóre miasteczka wyglądały na opuszczone.....podobno w Maroku kręcony był film Snajper (American Sniper). Nie zdziwiłabym się jakby ta droga i miasteczka jakie mijaliśmy po drodze były planem filmowym.


Nagle po 6,5h droga odzyskała normalną postać. Otoczenie było bardziej cywilizowane, aż w końcu naszym oczom ukazała się dolinka gór Rif a w niej małe miasteczko w którym już z daleka można było zobaczyć dominujący kolor niebieski.


Pomimo, że już zbliżał się zmierzch miasteczko nadal żyło i na ulicy było pełno ludzi. Nikt jednak nie chciał nam pokazać drogi, nikt nas nie zaczepiał, żebyśmy coś kupili i mogliśmy spokojnie dojechać do hotelu. Nasz hotel (Hotel Parador) jest położony przy samej Medinie (starym mieście), parking hotelu jest ostatnim gdzie można zaparkować. Po Medinie nie można jeździć. Uliczki Mediny są bardzo wąskie, często są schody a wejście do domu jest prosto z ulicy.


Pomimo, że miasto wyglądało na bezpieczne my woleliśmy odpocząć w hotelowej restauracji. Miasteczko nie jest duże więc spokojnie możemy je oglądnąć na następny dzień. Dziś natomiast totalny relaks na tarasie hotelu, kolacja, winko/piwko co kto woli i podziwianie widoków. Pomimo, że górki już były schowane pod przykryciem nocy my nadal czuliśmy i wiedzieliśmy, że one tam są. Pięknie otaczają miasteczko. To był zasłużony relaks po ciężkiej podróży.


Jak to u nas bywa....nie ma czasu, nie ma czasu. i tak w piątek po szybkim, w miarę wczesnym śniadanku ruszyliśmy połazić po Medinie. Jak już wspominałam całe miasteczko Chefchaouen jest pomalowane na niebiesko. Szczególnie Medina, wszystkie domki są niebieskie. Podobno pomalowali to żydzi którzy w XV wieku tu się osiedlili. Dotarli oni tu po tym jak zostali wypędzeni z Granady w Hiszpanii. Domki nadal są utrzymywane w niebieskich barwach i jest tu czyściej niż w innych większych miastach.


Jak to bywa w Maroku, stare miasto jest otoczone murem do którego prowadzą bramy. Jest ich pięć. Za bramami jest małe śmietnisko ale nadal nie jest to aż tak straszne jak w innych miejscach, które widzieliśmy. Pochodziliśmy po uliczkach zaglądając w każdy kąt.


Ponieważ byliśmy dość wcześnie i nadal był drugi dzień święta nie wiele straganów było otwartych. Ale może to i dobrze. Pomimo, że tu myślałam, sobie coś kupić to i tak się cieszę, że udało nam się spędzić w tym miasteczku parę godzin bez bycia naganianym. Spotkaliśmy tylko parę lokalnych ludzi, którzy szli od domu do domu ale nawet nie zwracali na nas większej uwagi. Pewnie przywykli, że tu jest dużo turystów. W końcu samo miasteczko ma ok. 100 hoteli a tylko 40 tys mieszkańców.


I pewnie nie wiele mniej kotków. Koty są bardzo popularne w Maroku i można je spotkać na każdym kroku. Ja tam zdecydowanie cieszyłam się, że one są bo gdyby nie kotki pewnie byłoby tu pełno szczurów.....a przecież kotki są dużo przyjemniejsze od szczurów.


Otaczające górki wyglądają bardzo fajnie. Myślę, że jest to miejsce w którym można spędzić parę dni. Odpocząć sobie od zgiełku dużych miast jak i połazić po górkach. Ale jak chcecie tu dojechać to jedźcie od Casablanki czy Tangier, z tamtych stron drogi są znacznie lepsze o czym się przekonaliśmy wracając z powrotem do Casablanki. Tym razem droga minęła nam spokojnie, szybko i bez większych dziur.


Ilona

środa, 23 września 2015

2015.09.23-Fes, Maroko (dzień 5)

Ała, ała, ała......takimi okrzykami rozpoczęliśmy dzień próbując wstać z łóżka. Przez ostatnie dwa dni nasze nogi wykonały dużo pracy. Dzisiaj większość dnia spędzimy w samochodzie, więc mamy nadzieję, że nasze nogi trochę odpoczną. Jedziemy do najstarszego miasta w Maroko, Fes. Mamy do pokonania ponad 500 km, na szczęście większość autostradami. 
Często opisy dróg są w trzech językach: arabskim, berbera i francuskim.


Oczywiście wyjazd z Marrakeszu nie był łatwy. Ilość pasów na drogach nie ma żadnego znaczenia, kierowcy i tak jeżdżą jak im się podoba, łamiąc wszystkie przepisy. Gdy wjechaliśmy na autostradę odetchnęliśmy i pomyśleliśmy, że najgorsze za nami, ale byliśmy w błędzie. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co dla nas Fes przygotowało. Drogi szybkiego ruchu i autostrady w Maroko są nawet dobrej jakości więc szybko zleciała nam droga.
Ciekawie się jedzie przez Maroko, większość terenów jest górzysta i nie zalesiona, a także mało kto uprawia grunty. Pewnie dlatego, że ilość opadów jest niska i raczej nic tu nie urośnie. Bliżej oceanu widać więcej upraw i drzew.


Autostrady są bardzo drogie jak na lokalne warunki. Za ten przejazd zapłaciliśmy ponad 200 Dirhamów czyli ok. 80zł. Występuje dużo policji. Zwłaszcza w rejonach miast gdzie policja stoi z kolczatkami i obserwuje samochody.


Ok. 18:30 zjechaliśmy z autostrady i wjechaliśmy do Fes. Tutaj zaczęła się jazda. Podstępem zaczepił nas lokalny na skuterze, któremu przez przypadek zajechałem drogę (to musiało być ustawione). Zaczął przepraszać, zobaczył w samochodzie mapy więc się zapytał gdzie jedziemy Odpowiedzieliśmy, że do centrum, do hotelu. Zaoferował nam pomoc w znalezieniu drogi, ale mu odmówiliśmy, zamknęliśmy okno i pojechaliśmy własną drogą. Oczywiście on zawrócił i nas znalazł, dalej oferując pomoc w dotarciu do hotelu. Jego droga pokrywała się z naszą na GPSie więc jechaliśmy za nim. Wjechaliśmy w centrum gdzie ulice są tak wąskie, że ciężko się tam zmieścić i dalszy dojazd o hotelu był raczej nie możliwy.


Lokalny pokazał nam garaż gdzie parkuje się samochody wszystkich hoteli w centrum. Szybkość z jaką kazali nam parkować i całe zamieszanie trochę nas przeraziły. Oczywiście chcieli kosmiczne pieniądze za parking więc powiedzieliśmy im, że musimy potwierdzić w hotelu, że jest to parking hotelowy. Nie chcieli się na to zgodzić ale byliśmy stanowczy więc nam pozwolili. Wzieliśmy najcenniejsze bagaże i wraz z Panem ze skuterka poszliśmy do hotelu, który był oddalony o 5 minut. Jak tylko weszliśmy do hotelu Pan na recepcji poczęstował nas tradycyjną ich herbatką z miętą i powiedział, nie martwcie się pomogę wam wyciągnąć stamtąd samochód. No i udało się. Wraz z pomocą lokalnego przeparkowaliśmy samochód z garażu na ulicę, gdzie podobno ma być bezpieczniej. Po tych wydarzeniach musieliśmy się odstresować więc wyszliśmy na dach hotelu i zamówiliśmy dobre Bordeaux.


Widok jak sami widzicie był dosyć ładny a Pan z recepcji opowiedział nam troszkę o mieście i jego historii. Miasto Fes jest najstarszym miastem w Maroko. Jego historia sięga ponad 1200 lat wstecz. Jedną z ciekawostek jest fakt, że pod miastem jest sekretny tunel, który łączy dwa domu założyciela miasta i ma długość parę kilometrów.


Fajnie się siedziało, piło winko, patrzyło na miasto, które pogrążało się pomału w sen a jednocześnie przygotowywało się do ich największego święta. Jutro rano gospodarz każdego domu będzie miał przywilej zabicia baranka. Tak jak w Starym Testamencie zrobił to Abraham zamiast zabijać swojego syna Izaaka. Z każdej strony dochodziły głosy baranów, które chyba wyczuwały co je czeka bo bardzo głośno beczały. Z oddali dochodziły też głosy modlitw i przy tych dźwiękach bezpiecznie zasnęliśmy.


Śniadanko oczywiście zamówiliśmy na dach i zaraz po nim udaliśmy się w najstarszą część miasta. Medina, czyli stare miasto jest otoczone murem, który posiada 19 bram. Najsłynniejsza jest brama niebieska, od której to zaczęliśmy zwiedzanie.


Miasto Fes jak i Marrakesz ma dużo zabytków ale dalej nie mogą jakoś ich pokazać turystom Ich najważniejszym celem jest oczywiście handel. Jak nam powiedział Pan w hotelu miasto jest zamknięte bo jest święto i całe miasto jest zamknięte. Nie mógł zrozumieć, że nam nie chodzi o sklepy ale o zabytki i architekturę.


Pierwsze wrażenie, bród, syf i malaria. Wąskie, ciasne uliczki na nich pełno śmieci, krwi z zarżniętych baranów i gówien zwierząt. Od czasu do czasu widać było jak lokalni palili oderżnięte głowy baranów. Całe szczęście, że miasto jest zamknięte bo jakby do tego jeszcze dołożyć tysiące naganiaczy, którzy chcą Ci coś sprzedać jak i multum turystów to nie wiem czy bym się mógł tu odnaleźć. Było trochę lokalnych siedzących na schodach zaczepiających nas, usiłującym nam pomóc trafić ale sami nie wiedzieliśmy gdzie idziemy.


Po około dwóch godzinach szwędania się po Fes wróciliśmy do hotelu mając negatywną opinię o tym mieście. Odebraliśmy nietknięty samochód i ruszyliśmy w dalszą drogę do miasteczka Chefchaouen. Zanim jednak wyjechaliśmy na autostradę przejechaliśmy przez lotnisko odebrać moją siostrę, która też chciała zobaczyć ten inny kraj i obrzeżami miasta udaliśmy się na północ.


Z samochodu udało nam się poobserwować lokalną ludność jak świętuje ten ich najważniejszy dzień. Na ulicy było bardzo dużo śmieci, skór, jak i palących się głów baranów. Była też potężna ilość ludzi, która brała udział w tym święcie.


Słyszeliśmy dużo dobrego o tym mieście. Między innymi, że Fes to jest taki stary Marrakesz, nie zniszczony przez cywilizację. Ale jak tak wyglądał Marrakesz to dobrze, że się zmienił. Obydwa miasta mają jeden wielki cel sprzedać Ci wszystko ale w Marrakeszu robi się to bardziej na placach albo w większych, szerszych ulicach. Może święto, które aktualnie było dodało wiele negatywnych punktów. Miejmy nadzieję, że w innych okresach Fes się znacznie lepiej prezentuje niż podczas święta Eid al-Adha. Może mam za wysokie oczekiwania od Maroka. Chyba za bardzo chciałem ten kraj porównać do krajów Europy południowej, które są jednak znacznie lepiej rozwinięte. W Maroku mają tak samo dużo zabytków jak w Europie, ale jakoś nie potrafią ich pokazać turystą. Ich król, Mohammed 6 bardzo stawia na turystykę, która przynosi krajowi duże dochody. Pewnie za parę lat kraj się zmieni i będzie bardziej przyjazny turystyce niż jest obecnie, ale to ludzie też muszą chcieć tego. Z tego co widziałem to nie potrafią, a może nie chcą zmienić wizerunku swojego kraju. Może taki im się podoba, taki kraj kochają, nie chcą z niego robić bardziej "europejskiego" kraju. Bo jak by na to nie patrzeć to jest nadal Afryka.

Darek