Po
wczorajszej jeździe
samochodem Darek nie chciał
słyszeć
o ruszaniu samochodu z hotelu. Jazda po autostradach to jedno, jazda
po mniejszych drogach z miasta do miasta też
da się
przeżyć
ale kierowanie po mieście, szukanie parkingu – masakra. Na szczęście
właściciel
hotelu doradził
nam, że
można
wziąć
taksówkę
na pół
dnia i wtedy taksówkarz obwiezie nas po najważniejszych
miejscach i zabierze do lokalnych zakładów
produkcji, różnego
rodzaju wyrobów. Brzmiało
ciekawie i wcale nie drogo. Dlatego na taki sposób zwiedzania się
dziś
zdecydowaliśmy.
Marrakesz jest dużym
miastem, założonym
około
1000 lat temu, ale ludzie się
już
tutaj
osiedlali wiele lat wcześniej.
Znajduje się
on na wysokości
450 metrów u stóp pasma gór Atlas. Jest jednym z główniejszym
miast handlowych Maroko. Występuje
tu straszny kontrast między
bogatymi a biednymi. Bogaci Francuzi, albo ludzie z innych krajów
kupują
przepiękne
posiadłości,
gdzie w ponad 20,000 domów dalej nie ma wody ani prądu.
Niby
powiedzieliśmy
kierowcy jakie atrakcje nas interesują
ale większość
miejsc i tak była
wybrana przez naszego taksówkarza. Jako pierwsze miejsce
odwiedziliśmy
Pałac
El Bahia...no dobra nie do końca.
Zaparkowaliśmy
pod pałacem
ale weszliśmy
najpierw do sklepu zwanego perfumerią.
Z jednej strony jest to perfumeria a z drugiej miejsce gdzie można
kupić
przyprawy.
Pracownica
sklepu bardzo ładną
angielszczyzną
opowiedziała
nam o produkcji olejku z drzewa Argani. Drzewa ta są
unikatowe dla wschodnio-południowego
rejonu Maroka. Jednak to co nas najbardziej zaszokowało
w tym drzewie to kozy.....kozy bowiem wchodzą
na to drzewo i wyjadają
jego owoce.
Tak
to nie jest fotomontaż.
Takie zdjęcie
pokazała
nam Pani w sklepie i początkowo
myśleliśmy
fotomontaż.....ale potem w internecie znaleźliśmy
dużo
podobnych zdjęć.
Tak więc
kozy wychodzą
na drzewo, wyjadają
owoce i wypluwają
pestki z których produkowany jest olejek. Kozy wypasa berber
(mężczyzna
żyjący
w górach) natomiast resztę
pracy wykonują
już
kobiety, które ręcznie
ucierają
pestki i wytwarzają
olejek.
Oczywiście
musieliśmy
zrobić
tam zakupy w ramach „podziękowania”
więc
kupiliśmy
przyprawy i herbatkę
+ miętę
aby parzyć
sobie w domku ich narodowy napój zwany Berber Whiskey.
W końcu
przyszedł
czas na pałac.
Pałac
wybudowany w 19 wieku miał
być
podobno największy
w tych czasach w Marrakeszu. Łączy
w sobie style architektury islamskiej i marokańskiej.
Ładny
ale zdecydowanie dużo
uboższy,
niż
Alhambra w Hiszpanii. Spodziewałam
się
dużego
zamku, z dużą
ilością
korytarzy pokoi czy pięknymi
ogrodami. Jednak tu wszystkie pomieszczenia wyglądały
podobnie a cały
pałac
może
być
dużo
lepiej zagospodarowany. Zdobienia nadal jednak przykuwały moją uwagę i bardzo je podziwiałam.
Po
zamku przyszedł
czas na ogrody Majorelle. Podobno najładniejsze
ogrody w całym Marrakeszu. Jacques Majorelle, francuski malarz, był
on pod tak dużym
wrażeniem Marrakeszu, że
postanowił
się
tu osiedlić.
Tak więc
w 1923 kupił
ziemię,
która teraz jest znana jako Jardin (ogrody) Majorelle.
Stworzył
tam swoje studio, które zostało
zaprojektowane w stylu Art Deco a jego ściany
zostały
wymalowane w kolorze Majorelle Blue. Wokół
studia stworzył
przepiękne
egzotyczne ogrody gdzie sprowadzał
okazy z różnych
części
świata.
W 1947 roku udostępnił
ogrody do zwiedzania. Niestety po jego śmierci
w 1962 ogrody podupadły
i przez 18 lat niszczały.
Dopiero w 1980 roku ogrody te kupił
Yves Saint Laurent razem z Pierre Berge i ogrody odzyskały
swoją
świetlność.
Aktualnie ogrodami zajmuje się
fundacja YSL a w byłym
studium malarskim jest muzeum opowiadające
historie ludów Maroka zwanych Berber.
Niedaleko
ogrodów jest park palmowy. Jest to obszar gdzie ze względu
na pustynny klimat jest dużo
palm a także
oczywiście
lokalni zarabiają
pieniądze
wożąc
ludzi na wielbłądach.
My z wielbłądów
zrezygnowaliśmy
(jeździliśmy
na nich w Emiratach Arabskich, nic specjalnego) z czego może
nie do końca
był
zadowolony nasz przewodnik czy lokalni ludzie. No ale cóż...nie
możemy
płacić
za wszystko co oni chcą
a my nie koniecznie. Mamy zamiar tu wrócić
i pojechać
na Saharę
na parę
dni na wielbłądach,
a nie po jakiejś
małej
pustyni jeździć.
Kolejne
miejsce nas znów zaskoczyło.
Nie do końca
wiedzieliśmy
gdzie jedziemy bo nasz taksówkarz średnio
(znał
parę
słów)
mówił
po Angielsku. Próbował
nam coś
wytłumaczyć
o produkcji czego....ale czego to nie zrozumieliśmy...a
okazało
się,
że
chodziło
o skóry. Tak więc
wysiedliśmy
z auta i na dzień
dobry dostaliśmy
miętę.
Darek myślał,
że
mu zaraz dadzą
herbatkę
z miętą
o to nam dali jako maskę.
Zaprowadzili nas bowiem do miejsca gdzie obrabiane są
skóry. Leżą
one w dużych
betonowych kotłach
i nabierają
swoich właściwości.
Śmierdzi
tam skórami, amoniakiem i innymi farbami. Bo jak skóra jest już
obrobiona i wyschnięta
to również
tam nadają
jej kolor. Mięta
nam się
przydała
bo jak tylko drażnił
nas zapach to wąchaliśmy
miętę,
która zabijała
go skutecznie.
Podziwiam
ludzi tam pracujących.
Naprawdę,
ciężkie
warunki. Nie czuliśmy
się
jednak niebezpiecznie bo widzieliśmy
tam innych turystów. Sami na pewno nigdy byśmy
tam nie trafili a doświadczenie
warte przeżycia.
Oczywiście
później
w ramach podziękowania
wypadało
coś
kupić
tak więc
tym razem skończyło
się
na pasku i poszewce na poduszkę
w sumie za 1000 Dirhamów (ok $100). Nie taka zła
cena biorąc
pod uwagę
jak ciężko
ludzie pracują
wyrabiając
to wszystko. Cena wywoławcza
była
2500, ale kto się
nie targuje ten przepłaca.
Zdecydowanie
szybciej zwiedza się
z kierowcą,
do tego korki i niektóre skrzyżowania
są
nie do pokonania dla turystów. Znaleźliśmy
się
na takim jednym gdzie każdy
chciał
kierować
ruchem (wyobrażcie
to sobie), mówili tylko po arabsku lub w języku
berber (nie rozróżniam)
i każdy
skręcał
jak mu się
podobało.
Do tego piesi, rowerzyści
i jakiś
osiołek
też
się
znalazł.
Nasz kierowca tylko powiedział
„ojjojojojo...” i jakoś
wybrnął
z tego zaplątania.
Saadian
Tombs czyli groby członków
dynastii Saadi. Groby odkryte zostały
w 1917 roku a zostały
stworzone ok. 1570 – 1600 roku. Groby same w sobie to głównie
płyta
na ziemi ale dekoracje pomieszczeń
są
niesamowite. Przepięknie
„dziergane” mury wyglądają
jakby ktoś
wyszył
to a nie stworzył
w kamieniu. Miejsce to jest niewielkie ale zdecydowanie warte
odwiedzenia. Do tego nadal remontują
i pewnie za niedługo
stworzą
tam piękne
ogrody.
Ostatnim
punktem wycieczki a jednocześnie
najbardziej popularnym był
plac Jemaa el-Fnaa. Jak to lokalni nazywają
„duży
plac”. Ponoć
jest to największy
plac handlowy w Afryce. Rzeczywiście
ludzi jest tam tysiące,
a handlarzy jeszcze więcej.
Na
placu głównie
handlują
berbers, którzy sprzedają
wyroby ze skóry, głównie
ich słynne
buty. Darek nawet chciał
sobie kupić
jakieś
jako pantofle ale Pan sprzedawca nie miał
klapek...tylo japonki albo typowe marokańskie
buty. No taka tu jest moda. Mnie jak zwykle najbardziej spodobały
się
kolory. Wszystko jest takie żywe.
Ale
na placu można
kupić
jeszcze dużo
innych rzeczy, właściwie
to podejrzewam, że
można
tam kupić
wszystko.
Zaskoczyła
nas ilość
stoisk z sokami pomarańczowymi,
świerzo
wyciskanymi na poczekaniu. Było
tego multum. Zdecydowanie dobry pomysł
na ochłodzenie
się
bo słoneczko
już
przyświecało
i coraz bardziej chciało
się
pić.
Jak
już
wspomniałam
na placu można
kupić
pewnie wszystko ale też
można
zobaczyć
wszystko...ktoś ma małpę,
ktoś
zaklina węża,
ktoś
ma sokoła....każdy
próbuje zarobić
pieniądze
jak się
tylko da. My możemy
się
poszczycić,
że
wydaliśmy
tylko 10 Dirhamów ($1) na magnesik. Uczymy się
robić
zakupy uczymy....potem zobaczyliśmy jeszcze meczet, podobno największy w Maroku i najwyższy w Afryce. Zobaczyliśmy tylko z zewnątrz bo nie można tam wchodzić.
Co
myślimy o Maroku i Marrakeszu po tych prawie dwóch
dniach.....odczucia mamy mieszane. Trudno pisać o całym kraju jeśli
tak naprawdę widzieliśmy tylko Marrakesz. Marrakesz niestety nie
wywarł na mnie pozytywnego wrażenia. Nasz hotel i ludzie w hotelu
super, przyjaźni, wszystko zrobią dla Ciebie, czujesz się jak król
i dostajesz serwis lepszy niż w znanych pięcio-gwiazdkowych
hotelach. Natomiast poza murami...poza bezpiecznym hotelem jesteś
„chodzącym portfelem”. Każdy chce Ci pokazać drogę (i dostać
za to kasę), możesz zobaczyć jak coś robią czy pooglądać
sklep....ale spróbuj czegoś nie kupić. Ceny mają z kosmosu i
trzeba od razu dzielić co najmniej na trzy. W takiej atmosferze
nawet odechciewa się kupować pamiątki czy chodzić po placu
targowym dla rozrywki. Jest to bardzo męczące. Osobiście myślę,
że zarobili by dużo więcej jakby traktowali klientów jak
europejczycy. Jest cena, możesz sobie oglądać i przymierzać do
woli. Są strasznie nachalni. Nie wiem czy to nasza „zachodnia”
mentalność gdzie każdy woli być schowany za swoim telefonem
komórkowym. Fakt, faktem, tutaj życie toczy się na ulicy. Ludzie
idą do domu tylko spać. Każdy z każdym się wita, nawet w tak
dużym mieście jak Marrakesz nasz taksówkarz non-stop mówił komuś „Assalaamu'Alaikum”. Ciężko uwierzyć, że nasz kierowca znał
wszystkich. Myślę, że to otwartość ludzi, przyjazność itp.
Wiele ludzi myśli, że ten kraj jest niebezpieczny. Nie myślę tak.
Nie sądzę, że mają tu kieszonkowców czy ktoś cię okradnie
(oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku) natomiast wszędzie
chcą, żebyś coś kupił. Nie widać tu dużo żebraków
(spotkaliśmy może dwóch) a więcej jest naganiaczy. Trzeba mieć
duże nerwy i starać się nie rozmawiać z nikim...bo
inaczej....znów sięgniesz do portfela a potem do bankomatu.
Byliśmy
już w wielu krajach ale po raz pierwszy w Afryce Północnej. RPA
jest dużo lepsze. Bardziej cywilizowane, większość ludzi mówi po
angielsku ale z drugiej strony widać większe kontrasty między
lokalnymi a anglikami. RPA też zwiedzaliśmy bardziej parki więc
byli tam przewodnicy. Nie zagłębialiśmy się w mniejsze miasteczka
(poza Coffee Bay) ale nie byliśmy tak „otoczeni”. Tutaj
pocieszające jest, że każdy pracuje – tzn. chce coś sprzedać
ale smutne, że widzą w tobie chodzący portfel i myślą, że
sypiesz dirhamami na prawo i lewo....ciekawe jaka będzie nasza
opinia o tym kraju pod koniec wyjazdu.
Ilona




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz