wtorek, 30 września 2014

2014.09.29-Zjednoczone Emiraty Arabskie, Dubaj

Dzień trzeci...dzień pod hasłem NAJ. NAJszybszy roller-coster, NAJwyższy budynek, NAJdroższy hotel i miasto z NAJwiększą ilością rekordów....tak zgadza się Dubaj. Miasto, które swoja sławę zdobyło dzięki niesamowitym projektom architektonicznym ale również pobijaniu rekordów Guinnessa w czym tylko się da. Miasto w krórym pieniądze nie mają granic tak jak i marzenia architektów którzy potrafią zdziałać cuda i oszukać prawa fizyki.
Nasza przygoda zaczęła się NAJwcześniej ze wszystkich dni. Już o 7 rano spakowani i gotowi do dalszej drogi pojechaliśmy taksówką na lotnisko aby wypożyczyć samochód. Wszystko przebiegło sprawnie i już po godzinie siedzieliśmy w NAJmniejszym samochodzie jakim Darek kiedykolwiek jechał (nie licząc Maluszka) gotowi uderzyć na Dubaj. Ostatni przystanek naszej podróży. Po drodze jednak chcieliśmy odwiedzić Ferrari World. Park rozrywki w którym jest NAJszybszy roller-coaster na świecie (Ferrari Monterosa Coaster) jak i wiele innych atrakcji w stylu Ferrari. Niestety park otwierają dopiero o 11 więc mieliśmy troszkę nie planowanego czasu wolnego. Aby zabić nudę postanowiliśmy przejechać się na wyspę Sddiyat. Wyruszyliśmy tam w poszukiwaniu plaży abyśmy mogli zamoczyć nogi w morzu Arabskim. Niestety wszystko tam jest już wykupione przez deweloperów i cała wyspa to NAJwiększy plac budowy jaki do tej pory widzieliśmy. Long Island City na Queens to jest nic w porównaniu z tym co się dzieje w Emiratach. Po nie udanej próbie szukania plaży wróciliśmy na wyspę YAS (gdzie znajduje się Ferrari Park) i podjechaliśmy do IKEI na kawę i cynamonową drożdżówkę.


W końcu wybiła godzina 11, a my byliśmy pierwsi w kolejce do przekroczenia bramek i wejścia do Parku Ferrari. Od razu jak tylko mogliśmy ruszyliśmy na Ferrari Monterosa Coster. Jak już wspomniałam jest to najszybszy roller-coster na świecie. Osiąga on prędkość 240 km/h w 4.9 sekundy. Jeżdżąc na tej atrakcji nasze przyciąganie ziemskie (g) było 1.7 co jest dokładnie połową tego co astronauta przeżywa przy starcie. Uczucie zdecydowanie niesamowite i warte przeżycia. Nie do końca w tym czasie wiedzieliśmy co się dzieje z naszymi ciałami i sercami. Najgorsza chyba była jednak twarz wykrzywiana na wszystkie strony...aż potem poczułam mięśnie na policzkach o których istnieniu nie miałam pojęcia. Wszystko jednak było dokładnie sprawdzone i przygotowane pod kątem bezpieczeństwa. Nie mam na myśli tylko pasów i innych zapięć, co jest oczywiste ale również dostaliśmy okulary ochronne na oczy, prześwietlili nas czy nie wnosimy nic w kieszeniach do „karuzeli” oraz kontrolowali czas aby nikt nie wszedł po raz kolejny w czasie krótszym niż 15 minut.


W parku spędziliśmy w sumie około dwóch godzin, ale po Monterosa wszystkie atrakcje były jak byś się przesiadł z Ferrari do Forda Fiesty i jechał pod górę….Nie chcieliśmy tracić więcej czasu i Darek musiał przesiąść się z Ferrari do naszego Chevroleta. Czekał na nas Dubaj a nadal mieliśmy do pokonania 120 km. Na szczęście nie było większych korków i w ciągu godziny naszym oczom ukazały się pierwsze wieżowce. Korków nie było z paru przyczyn. Po pierwsze ludzie tu jeżdżą dość szybko swoimi dużymi paliwożernymi samochodami. Przy cenie $1.5 za galon (1.50 zł za litr) nie ma to jednak znaczenia. Do tego najważniejsza autostrada E11 łącząca Abu Dhabi z Dubajem ma minimum 4 a czasem nawet 7 pasów w każdą stronę.


Nadal byliśmy ciekawi temperatury wody w morzu Arabskim, więc pierwszym przystankiem była plaża publiczna w Dubaju. Dostęp do plaży jest tu utrudniony bo wszystkie lepsze miejsca są już zagospodarowane przez luksusowe hotele lub bogate wille. Plaża na którą trafiliśmy zaskoczyła nas czystością. Nadal dużo jej brakuje do plaż w hotelach pięcio-gwiazdkowych ale jak na plażę z publicznym dostępem była dość czysta. Darek chciał się w niej ochłodzić ale ciężkie to było zadanie gdyż temperatura wody wynosiła około 32 st. C. Na zewnątrz w tym kraju długo nie da się wytrzymać i szybko z powrotem wskoczyliśmy do naszego małego ale klimatyzowanego autka.

 
Kolejnym przystankiem na naszej liście miał być targ złota (Gold Souk) i dzielnica która miała najbardziej przypominać stare miasto (Bastakia Quarter) oba miejsca zwiedziliśmy tylko krążąc samochodem. Po pierwsze ciężko było znaleźć parking, po drugie baliśmy się zostawić auto na dłużej niż 5 minut a po trzecie to Bastakia Qurter przypominała bardziej slamsy niż stare miasto....no chyba, że nie znaleźliśmy właściwej części.
W końcu przyszedł czas na najważniejszą atrakcję, Burj Khalifa, NAJwyższy budynek na świecie. Parking dla chcących wyjechać na obserwatorium znajduje się w pobliskim centrum handlowym. Na szczęście parking jest bez limtu i bez opłat więc bardzo nie narzekaliśmy. Emiraty słyną z centrów handlowych. Podobno mają najlepsze i ludzie z całego świata przyjeżdżają tam na zakupy (szczególnie spotkaliśmy dużo rosjan). My nie widzieliśmy żadnej różnicy i poza małym wodospadem, który stanowi część dekoracji, nie zauważyliśmy nic szczególnego w tym miejscu.
 

Bilet na taras widokowy w Burj Khalifa najlepiej kupic z wyprzedzeniem, bo ciężko jest to zrobić na godzinę przed wejściem. Już byliśmy gotowi kupić bilet na 21 godzinę ale nasz urok osobisty sprawił, że Pani dała nam bilety na 19:30. Dubaj z góry jest niesamowity. Jeśli chodzi o samo doświadczenie bycia na górze tak wysokiego budynku to nie widzialam większej różnicy między Epire State Building czy Rockeffeler. Platforma obserwacyjna jest niestety tylko na 124 piętrze. Powyżej nadal przez 70 pięter ciągną się apartamenty. Pomimo wszystko widok z góry pozostanie w naszych pamięciach. Niesamowite jak na takiej pustyni potrafili stworzyć tak czyste, rozwinięte i powalające miasto. To miasto nie jest jak Vegas gdzie wszyscy przyjeźdżają się tylko zabawić. To miasto jest profesjonalne, biznesowe i eleganckie. Z tego co dowiedzieliśmy się, ku naszemu zdziwieniu ropa naftowa nie jest ich głównym źródłem dochodu. 80% przychodów kraj ma z innych dziedzin, głównie z turystyki.
 

Przed budynkiem są fontanny....ale nie byle jakie. Nie widziałam w swoim życiu wiele fontan. Chyba najlepsze do tej pory były w hotelu Bellagio w Las Vegas ale te przewyższyły swoją jakością wszystko co do tej pory widziałam. Woda wystrzeliwała, aż do wysokości -152 metry (500ft), arabska muzyka, gra świateł i sceneria tylko dodawały blasku całemu przedstwieniu. Zdecydowanie warto to zobaczyć. Nam się udało dwa razy. Raz jeszcze przed wyjazdem na górę budynku i raz z góry, będąc na 124 piętrze. Oba widoki są oszałamiające.

 
Jednak to nie był koniec naszego zwiedzania. Ostatnią noc spędziliśmy w Dubaju ale oczywiście w drodze powrotnej do hotelu musieliśmy odwiedzić hotel Burj Al Arab, hotel w kształcie żagla. Jest to jeden z najbardziej ekskluzywnych hoteli na świeci, gdzie noc kosztuje od $2tys a kończą się na kiku dziesięciu tysiącach dolarów. Hotel ten nie posiada standardowych pokoi tylko apartamenty gdzie najmniejszy ma 170 metrów kwadratowych a największy Apartament Królewski ma ponad 700 metrów kwadratowych powierzchni. Oczywiście my nawet nie rozważaliśmy spędzić tam nocy ale mieliśmy nadzieję napić się drinka. Jak nam później Google powiedziało za drinka w barze trzeba dać około $50. Niestety hotel ten jest dość dobrze strzeżony i nie można do niego wjechać a żeby wejść trzeba stać w dość długiej kolejce.

 
Było dość późno a na nas czekał nasz hotel, tak więc zrezygnowaliśmy i pojechaliśmy na wyspę Palm Jumeirah, gdzie mieliśmy spędzić noc. Uwielbiam sieć hoteli Fairemont. Przynajmniej raz na wakacjach staramy się tam spędzić noc i zrelaksować. Nie muszę pisać, że hotel jest super, pokoje i łazienki są duże i wszystko jest utrzymane w wysokim (4-5 gwiazdkowym) standardziej.


W tym hotelu (The Palm) nabardziej spodoała nam się hotelowa plaża. Hotel położony jest na wysie Palm (stworzonej przez człowieka) i ma dojście do plaży z widokiem na Dubaj. Wreście znalazłam odpowiednie miejsce na wypicie mojego urodzinowego szampana. Tak więc siedzieliśmy na leżakach, podziwialiśmy widok (wierzowce Dubaju) i relaksowaliśmy się przy szampanie/piwe. Aż nadszedł czas na napisania bloga....i takim sposobem wylądowaliśmy na balkonie hotelu. Jest super i aż szkoda wracać.....a jutro przed nami 14h lotu do zimnego Nowego Jorku.
 

To już jest koniec...nadszedł nasz ostatni dzień. Jednak na wakacjach nie można tracić żadnej minuty a wyspać zawsze się można w samolocie. Tak więc wstaliśmy o 5:30 rano i po szybkim śniadaniu i pakowaniu postanowiliśmy objechać wyspę The Palm Jumeirah. Niesamowite co człowiek potrafi stworzyć. Wyspa ta została stworzona jako pierwsza i najmniejsza w projekcie, który miał na celu wybudowanie trzech takich wysp aby udowodnić, że Dubaj może wszystko i ma nie limitowane pieniądze. Stworzone zostały tylko dwie wyspy. Nie da się opisać pod jakim byliśmy wrażeniem jeźdżąc samochodem po tej wyspie. Było to idealne zakończenie naszej wyprawy.


Cała podróż przebiegła bez żadnych problemów. Bawiliśmy się super, czuliśmy się bezpiecznie i nic nie pokrzyżowało naszych planów. Problemy zaczęły się kiedy przyszliśmy zrobić check-in. Pani na dzień dobry nas poinformowała, że odprawa naszego samolotu została zamknięta 0,5h temu. Zdziwiliśmy się bo mieliśmy jeszcze 1,5h do odlotu. Okazało się, że w Abu Dhabi jest inaczej, dlatego, że cała odprawa paszportowa odbywa się przed wylotem. Tak więc pognaliśmy do bramki numer 60, omijając wszystkie duty free i po siedmiu sprawdzeniach naszych paszportów doszliśmy do amerykańskiego urzędnika, który sprawdzał moją zieloną kartę, sprawdzili moje odciski palców i wbili nam pieczątki „witamy w Stanach”. Siedząc przy bramce byliśmy odizolowani od całego świata gdyż teoretycznie byliśmy już na terytorium USA. Podobno taki system sprawia, że na JFK nie mamy już odprawy paszportowej, przekonamy się za 14h. Wsiadając do samolotu zdziwiła nas jedna rzecz.....nikt nie miał ze sobą telewizora ;) W drodze do UAE widzieliśmy wiele ludzi z bardzo dużymi monitorami lub telewizorami tak min. 40 cali.


Lot minął nam spokojnie ale po trasie samolotu można łatwo zobaczyć w których krajach jest wojna. Pomimo, że pierwotna ścieżka samolotu miała przebiegać przez Irak i Syrię, jak również Krym. Samolot jednak skutecznie omijał te rejony i musiał skręcić na Iran a potem na Turcje. Można to było śledzić na monitorach w samolocie. Tak więc bezpiecznie wylądowaliśmy na JFK, nie mieliśmy już żadnej odprawy paszportowej i wreszcie poczuliśmy chłód.....teraz pozostają tylko wspomnienia i niesamowite zdjęcia.


piątek, 26 września 2014

2014.09.26-Zjednoczone Emiraty Arabskie, Abu Dhabi

Praca w "travel" ma swoje plusy... wlasciwie to tylko plusy. Pewnego dnia, wykonujac swoja codzienna prace dostalam e-maila, oferta tylko dla pracownikow...$600 bilet do Abu Dhabi dla dwoch osob....no i jak tu nie skorzystac.....
Tak wiec jestesmy....uciekajac od goracych dni w Nowym Jorku...ucieklismy...na pustynie.
Z takich okazji korzystamy dosyc czesto, wiec urlopu juz nam niewiele zostalo. Jest piatek wieczor, siedzimy na JFK i nie mozemy sie doczekac tego rewelacyjnego dlugiego weekendu w Emiratach Arabskich. Ale zanim to nastapi musimy przezyc 13h lotu.....zyczcie nam powodzenia i mamy nadzieje ze to przespimy....zwlaszcza ze poprzednia noc byla bardzo krotka bo swietowalismy moje urodziny. Niestety samolot jest pelen dzieci ale mamy nadzieje ze niania ktora jest na pokladzie spelni swoje zadanie. Poki co najbardziej zdziwila nas bardzo mala ilosc arabow a duza ilosc hindusow....czy my napewno lecimy do Abu Dhabi????
Nawet szybko dostalismy kolacje. Jedzenie bylo dosc dobre jak na jedzenie w samolocie. Jagniecina rozplywala sie w ustach a ja po raz pierwszy zjadlam cos lokalnego, biryani. Biryani jest to kurczak z ryzem ale cala sekret jest w lokalnych przyprawach. Po kolacji i piwku nawet nie wiedzac kiedy padlismy oboje.....Udalo nam sie przespac Atlantyk...Yupppiii....widac ze niania sie spisala bo zadne dziecko nie zaklocalo nam snu. 5 godzin pozniej obudzilismy sie nad Londynem....no to polowa drogi za nami. A wiecie czym na obudzili......lodami na sniadanie.
 

Po sniadaniu zaczelismy ogladac jakies filmy, ale oczy szybko nam sie zamykaly. Chyba tabletka jeszcze dziala... Po kolejnych pieciu godzinach snu obudzilismy sie nad  Baghdadem na kolejny posilek skladajacy sie z ryzu, vegetable curry i eggplant masala (dalo sie zjesc). Jeszcze "tylko" mamy dwie godzinki do Abu Dhabi. Aktualny czas w punkcie docelowym jest 5:30 po poludniu a wylecielismy z NY o 11 wieczorem. 


Udalo sie....wyladowalismy w kraju gdzie podobno nie mozna kupic alkoholu...i co zobaczylismy jako pierwsza atrakcje turystczna? Sklep Duty Free gdzie mozna kupic wiecej alkocholu niz normalnie na lotnisku. Nie szalelismy....kupilismy tylko pare piwek i udalismy sie do hotelu......czesto dotarcie do hotelu jest najtrudniejszym elementem podrozy. Po naszych przygodach z taksowkami w Rosji tym razem postawilismy na komunikacje miejska i wzielismy autobus.....kosztowalo nas to tylko $1 (4AED) - tak to mozna podrozowac. Wysiedlismy na przystanku ktory wydawal nam sie najblizej hotelu. Jednak w zyciu nic nie jest tak piekne jak na obrazku (czytaj na google maps). Jak sie okazalo z przystanku do hotelu czekal nas jeszcze spacerek ok. 30 min (3km). Wydawac by sie moglo ze to nic wielkiego poza tym ze w tym miescie jest bardzo malo chodnikow. Wiekszosc chodnikow jest krotka i laczy tylko przystanek autobusowy z parkingiem. Nie dziwimy sie ze ludzie nie maja ochoty na spacery po miescie jak temperatura jest ok 33-40 st. Celsius caly czas. Ale dalismy rade o 9 wieczor miasto jest dosc wymarle wiec dalismy rade i czasem idac ulica, czasem przekraczajac rondo na siage, a czasem pokonujac piaski pustyni dotarlismy szczescliwie do hotelu. Mielismy wielkie plany odwiedzic najwiekszy meczet w miescie (robi wrazenie widzielismy go jadac autobusem) ale bylo juz dosc pozno. Tak wiec stanelo na wizycie w hotelowym barze, zjedzeniu malej kolacji i uaktualnieniu bloga......jutro czeka nas ciezki dzien, duzo atrakcji i malo czasu. Miejmy nadzieje ze uda nam sie wczesnie wstac.....no to do jutra!


Dzień drugi naszej przygody rozpoczęliśmy dość wcześnie. Jet lag dawal nam sie we znaki i chociaz wcale dlugo nie spalismy to juz o 6 rano bylismy na nogach (w NY to 15). Nasza pierwszą zaplanowaną atrakcja byl Sheikh Zayed Grand Meczet. Poniewaz wstalismy tak wczesnie to do otwarcia Meczetu (9 rano) mielismy duzo czasu. Postanowilismy, wiec przejsc sie na nogach i przy okazji zobaczyc troche miasta. Standardowo naszym najwiekszym problemem bylo znalezienie chodnika. To jest niesamowite jak przystanek autobusowy ma pare metrow chodnika ktory nagle sie konczy pustynnym poboczem. Podobnie jest z przejsciami dla pieszych. Ladnie namalowana zebra na drodze wcale nie oznacza ze na jej drugim koncu jest chodnik. Po czesci jest to spowodowane wieloma nowymi projektami ktorych place budowy zagarnely czesci chodnika. Bardzo czesto jednak jest to spowodowane czyms innym...ale czym nie mamy pojecia....po prostu wyglada jakby go nie planowali zrobic. W RPA czy innych krajach po ktorych podrozowalismy byl podobny problem ale glowną jego przyczyna byl brak funduszy. W tym kraju nie sadzimy, ze brakuje pieniedzy na inwestycje. Widac ze duzo sie buduje i rozwija. 


Marsz w sloncu przy temperaturze 35 st. C nie nalezal do najprzyjemniejszych ale dotarlismy na czas do Meczetu. Budowla zdecydowanie robi wrazenie juz z oddali Natomiast jak sie wejdzie do jej srodka to powala swoja architektura. Został on wybudowany w latach 1996 - 2007 i jest to największy Meczet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i ósmy co do wielkości na świecie. 


Okazalo sie ze moj stroj byl nie wystarczajacy. Dluga spodnica i chusta zakrywajaca glowe to nie wszystko. Wymagane jest również aby kobiety (tylko kobiety) mialy dlugie rekawy. Na szczescie w Meczecie za darmo mozna wypozyczyc odpowiedni stroj. Szczerze.....masakra. Stroj jest czarny i zrobiony ze sztucznego materialu wiec prawie sie mozna w nim ugotowac przy takich temperaturach. Zeby niesprawiedliwosci bylo malo to mezczyzni moga nosic swoje stroje w kolorze bialym....zdecydowanie musi im byc chlodniej.


Meczet mozna zwiedzac caly. Nie ma problemu aby pochodzic po jego ogrodach, dziedzincu jak rowniez wejsc do glownej sali modlitw. Wszysko jest niesamowicie czyste tak ze bez oporu chodzilismy boso. Sciagniecie butow jest wymagane aby wejsc do sali modlitw ktora jest wylozona dywanami. Chodzic mozna wszedzie ale bardzo sprawdzaja twoj stroj i nie ma szansy, zeby ktos sie przeslizgnal bez specjalnego ubioru. Na kazdym kroku jest ochrona ktora bardzo rygorystycznie sprawdza ubior ale jednoczesnie jest bardzo mila i chetnie sluzy pomoca.



Co nas zaskoczyło to nie tylko ogromne piekno meczetu ale rowniez brak oplat. Nie placilismy ani za wejscie, ani za wypozyczenie stroju, ani za autobus powrotny. Po meczecie planowalismy pojechac na drugi koniec miasta aby zobaczyc Palac Emiratow. Postanowilismy poruszac sie autobusami jako najtanszym srodkiem transportu. Przejazd po miescie kosztuje 2 AED ($0.50) i oplate uiszcza sie u kierowcy. My niestety nie mielismy drobnych i liczylismy ze kierowca nam wyda reszte. A on tylko machnal i powiedzial siadajcie. Bylo to bardzo mile z jego strony. Z lokalnymi tak nie postapil i kazal im znalezc kogos w autobusie kto rozmieni pieniadze.

Tak wiec autobusem przemiescilismy sie na druga strone miasta nad Zatoke Perska. Nad zatoka maja bardzo ladna plaze z deptakiem ciagnacym sie kilometrami. 


Ochlodzeni klimatyzacja w autobusie i uzbrojeni w nowe butelki z zimna woda ruszylismy na 4 km spacer przepiekna ulica/deptakiem Corniche. Pod koniec braklo nam wody a nasze ciala osiagaly temperature wrzenia ale na szczescie po drodze spotkalismy budke z bankomatem ktora byla klimatyzowana. To dodalo nam energii na dokonczenie spaceru. Tutaj bardzo czesto spotyka się że budki z bankomatami, telefonami czy nawet przystanki autobusowe są klimatyzowane. Nie dziwi nas to gdyż temperatury w lipcu i sierpniu osiągają nawet 45 st C. Do tego powietrze jest bardzo suche i pomimo ze człowiek się nie poci dużo to organizm wysusza się od środka bardzo szybko. Nie pamiętamy żeby nam się tak chciało pic wody jak tutaj. Speedy, jak ty możesz wytrzymać w podobnym klimacie na co dzień.

Spragnieni wody i klimatyzowanego pomieszczenia wrescie dotarlismy do Palacu Emiratow.



Aktualnie jest tam przepiekny hotel z przepieknymi cenami. Jednak pozwalaja zwyklym ludzion tez wejsc do srodka. Hotel rzeczywiscie jest przepiekny a jego ogrody i otoczenie tylko dodaja mu uroku. Mielismy szczescie i udalo nam sie rowniez zalapac na plan filmowy. Ciekawe jaki jest tytul filmu...chetnie bysmy go ogladneli. W kazdym razie tylu uzbrojonych w karabiny maszynowe ludzi jeszcze nie widzielismy w jednym miejscu. Bylo to jednak stricto na potrzeby filmu i nie do końca wierzymy ze bron byla prawdziwa, ale tez nie chcielismy tego sprawdzac i grzecznie sluchalismy polecen ochrony.

Jak juz wspominalam bylismy tak spragnieni ze poszlismy na piwo/drinki do hotelu nie patrzac nawet na ceny. Na szczescie nie bylo tak zle i za wode, piwo, pinacolade i lody...tak potrzebowalismy duzo zeby sie ochlodzic...zaplacilismy tylko $50.


Ochodzeni wyruszylismy na poszukiwania przystanku autobusowego. Udalo sie to w miare szybko choc oczywiscie ze znanych juz problemow z chodnikami nie obylo sie bez krazenia na okolo. Spieszylismy sie bo popoludniu mielismy juz wykupiona wycieczke na pustynne safari.

W hotelu mielismy tylko 15 minut na przebranie sie bo punktualnie o 15:45 przyjechal po nas kierowca. Jechalismy Toyota Land Cruiser, ktora byla specjalnie wzmacniana rurami na wypadek dachowania. Bylo to wymagane gdyz glowna atrakcja byla jazda po wydmach. Na samochod przypadalo 6 psazerow plus kierowca. Po 40 minutach jazdy z hotelu i zebraniu pozostalych pasazerow spotkalismy sie na farmie wielbłądów z 11 innymi samochodami. Na farmie mielismy pare minut na porobienie sobie zdjec z wielbłądami. Moglimy chodzic miedzy nimi, dotykac, glaskac, przytulac. Co kto wolal. 


W tym czasie kierowcy ze wszystkich samochodów chłodzili silniki i zmniejszali cisnienie w oponach. Jednym slowem przygotowywali sie na zaatakowanie wydm. Mielismy szczescie bo jak sie okazalo nasz kierowca byl przewodnikiem (pewnie byl najlepszy z grupy). Co sie w sumie zgadza. Darek byl pod wielkim wrazeniem jak ten gosciu jezdzi. Szczegolnie jak portrafi bokiem zjezdzac po kilkunastu metrowych wydmach na dol. Ponoc w swojej siedmio letniej historii nigdy nie stracil kontroli nad samochodem i widac bylo ze wszystko co robil bylo dla niego przyjemna zabawa. Dla nas zreszta tez. Zabawa lepsza niz jazda na roller-costerze Darek probowal sie nauczyc jak prowadzic samochod po piasku i wydmach aby przygotowac sie na grudniowy wyjazd w kaniony. 


Po ok. 45 minutach rajdu mielismy przerwe aby podziwiac zachod slonca na pustyni. Jak tylko samochody sie ochlodzily ruszylismy w droge do oazy gdzie czekaly na nas rozne atrakcje. Oczywiscie dojazd do oazy odbyl sie w 100% po wydmach. W oazie moglismy przejechac sie na wielbladzie (trwalo to moze 2 minuty), isc na henne ktora robili na dloniach i rekach, wypalic lokalna fajke wodna, ogladnac taniec brzucha i zjesc przepyszny obiad. O dziwo moglismy rowniez kupic sobie piwo i inne drinki alkoholowe. Ku naszemu zdziwieniu minimalny wiek na zakup alkoholu tu jest 21 lat.



W oazie spedzilismy dobre dwie godziny korzystajac z atrakcji, siedzac przy stolach na tradycyjnych dywanach arabskich rozlozonych na piasku pustyni. Siedzielismy (lub lezelismy) na poduszkach i podziwiwalismy spokoj pustyni, zachodzace slonce i przepiekne gwiazdy.



W naszej grupie byly 3 osoby z Hiszpani i jedna z Tajwanu. Jak sie okazalo Mon (dziewczyna z Tajwanu) mieszka w naszym hotelu i podobnie jak my przyleciala do Abu Dhabi wczoraj. Rowniez tak jak i my jutro uderza do Dubaju i wylatuje we wtorek. Jedyna roznica jest taka ze my wracamy do domu a ona ma przed soba jeszcze prawie miesiac wakacji. Planuje odwiedzic Londyn, Paryz i …....Bialystok. Sama smietanka Europy. Okazalo sie ze Polske zna dosc dobrze bo robila tam kiedys praktyki z Caritas i wtedy poznala rodzine z Bialegostoku z ktora sie zaprzyjaznila. Pozytywnie zdziwila nas swoim sposobem podrozowania. Nie dosc ze podrozuje sama a jest dosc mloda (moze ma 23 lata) to na pytanie jak planuje sie dostac jutro do Dubaju odpowiedziala ze jeszcze nie wie ale cos na pewno wymysli. Zyczymy jej powodzenia!

Dzien byl tak intensywny ze w drodze powrotnej prawie wszyscy spali w samochodzie. Jednak bylo to jeden z tych dni w zyciu ktorych sie nigdy nie zapomni. No bo czy można zapomnieć coś tak pięknego.....








środa, 3 września 2014

2014.08.29-Franconia Notch, White Mountains, NH

Podróżujemy, tego nie da się ukryć od wielu lat. Czasem samotnie, czasem w grupie....najważniejsze, żeby odkrywać nowe miejsca. Byliśmy już na 5 kontynentach, dwa jeszcze czekają na odkrycie. Bloga pisać planowaliśmy od dawna ale, teraz siedząc przy ognisku w hotelu "milion gwiazdkowym" postanowiliśmy go wreszcie zacząć...
Nasz "hotel" znajduje się blisko naszego domu ale jest też blisko naszych serc. Białe Góry w New Hampshire oczarowały nas tak bardzo, że większość długich weekendów spędzamy tutaj.
W Białych Górach byliśmy wiele razy, ale zawsze wybieraliśmy słynny "Presidential Range". Tym razem pod wpływem zdjęcia jakie zobaczyliśmy w sklepie "REI" na dole Manhattanu wybraliśmy nieznany nam zakątek tych pięknych gór, Franconia Notch.
Jak to bywa w długie weekendy, wyjazd z Nowego Jorku trwał godzinami, zwłaszcza, że aktualnie jest US Open. Zajęło nam to dokładnie 4 godziny, pomimo że, wyjechaliśmy w południe. Po dziewięciu godzinach (563 km/350 mile) dotarliśmy na Lafayette kemping. Jest to kemping położony w samym sercu Franconia Notch. Mieliśmy wielkie szczęście że parę tygodni wcześniej udało nam się zrobić rezerwacje. Nie zdążyliśmy wjechać przed zamknięciem, ale miejsce na nas czekało i udało nam się zakończyć dzień przepyszną jagnięciną z grilla której towarzyszyła butelka przepysznego czerwonego wina "2012 Cane & Fable, Cabernet Sauvignon".


Dopiero następnego dnia (sobota) wcześnie rano zobaczyliśmy piękno otaczających nas gór. Widok z kempingu był oczarowujący. Po obfitym śniadaniu wyruszyliśmy na 13 milowy "spacer". Trasa rozpoczynała się prawie z naszego namiotu i przez dwie mile łagodnie wlokła się w dół rzeki. Potem zaczęła się zabawa, czyli prościutko do góry bez rozpieszczania, ponad 2500 feet wspinaliśmy się bez przerwy aby osiągnąć Franconia Ridge (4240 ft.)
W życiu górołazów nie ma łatwo. Nasza trasa szła w lewo, wiec my poszliśmy w prawo.


Dlaczego? Szczyt Libery (4459 ft.) wyglądał bardzo zachęcająco. Po krótkim odcinku stanęliśmy na szczycie. Widoki z niego zapierał dech w piersiach.


Ze szczytu było widać jak na dłoni trasę którą chcieliśmy pokonać. Wyglądała zachęcająco dlatego, że nie była łatwa. Czekały nas jeszcze trzy szyty i parę dolinek pomiędzy nimi. Tak więc po wypiciu na szczycie piwka szybko wzięliśmy się do roboty  i wróciliśmy na szlak aby zaatakować kolejny szczyt, Little Haystack (4760 ft). Little Haystack w tłumaczeniu oznacza "małą kupę siana".  Pogoda była fantastyczna, tak jak i energia w naszych nogach, więc szybko uporaliśmy się z tą kupą siana.
Na Haystack spotkaliśmy rangera który dowiedziawszy się o naszych dalszych planach wspinaczki odradzał nam kontynuacje, argumentując, że nie zdążymy przed zachodem słońca wrócić na kemping. My się jednak łatwo nie poddajemy i nie straszne nam wracanie z hików po nocy. Droga z little Haystack na górę Lafayette ciągnęła się w nieskończoność.


Trasa bowiem przechodzi przez szczyt Lincoln (5089 ft) jak i szczyt bez nazwy (5020 ft) i inne wzniesienia. Ciągłe wzniesienia i doliny jak i otwarta przestrzeń sprawiały, że trasa była przepiękna. Szła granią, ponad lasami, a widoki sprawiały, że nie zwracaliśmy uwagi na dodatkowe utrudnienia. Szczyt Lafayette (5260 ft) zdobyliśmy wcześniej niż ranger nam mówił, wiec udało nam się zrobić małą przerwę na piwo, zanim ruszyliśmy w drogę powrotną na dól.


Godzinę od szczytu znajduje się schronisko Greenleaf Hut (4200 ft) w której każdy turysta jest witany jak u siebie w domu. W chatce ucięliśmy sobie krótką przerwę ale już bez mocnego wiatru który był na szczycie.
W drodze na dól Ilonka dostała z niewiadomego źródła przypływ energii i wyprzedzając wszystkich zbiegliśmy prosto na nasz kemping. Dwie godziny wczesnej niż ranger mówił.
A potem było jak zawsze..... ognisko, kolacja, drinek, drinek, drinek i do spania.....

Podsumowanie dnia: 13 mil, różnica wzniesień 5000 ft.

Kolejnego dnia (niedziela) troszkę dłużej pospaliśmy, do 7:45. Po wyjściu z namiotu, sprawdzeniu pogody (pochmurno z możliwymi burzami) i śniadaniu z grilla wyruszyliśmy na kolejny szlak. Też zaczynał się na naszym podwórku (czytaj. przy namiocie) ale był troszkę krótszy od poprzedniego, bo dalej czuliśmy kolana po wcześniejszym zbieganiu ze szczytu Lafayette. W drogę wyruszyliśmy późno bo dopiero o 10 rano.


Po pól godzinnym marszu w górę rzeki, oczywiście pogoda się sprawdziła i deszczyk zaczął mżyć a potem po prostu padać, Po kolejnej pól godzinie dotarliśmy do stóp góry Cannon (4100 ft). Na górę można wyjechać kolejką linową albo iść 2.3 mile szlakiem i wspiąć się 2100 ft. Na szczyt szliśmy dwie godziny. Trasa oczywiście była stroma i śliska od deszczu.


Powyżej 3400 ft zaczęły się chmury, które nam już towarzyszyły do szczytu.


Tak jak wspomniałem na góre można wyjechać kolejką wiec jest tam małe schronisko gdzie na szczęście mają parę lanych piwek. Sierra Nevada nas ochłodziła. Potem mieliśmy plan zatrzymać się 1400 ft niżej w schronisku (Lonsome Lake Hut, 2760 ft) i zjeść ciepłą zupę. Jednak plany się zmieniły po drodze.
Zejście było okropnie ciężkie, BARDZO strome. Dobrze, że było dużo drzew to można się było trzymać korzeni. Czasami było prawie pionowo, i to oczywiście w deszczu = ślisko.....!!!


Po około dwóch godzinach dotarliśmy nad jezioro gdzie jest schronisko, ale trzeba było przejść jeszcze 0.3 mili w jedną stronę. Była już taka ulewa że postanowiliśmy zrezygnować z zupy i "lecieć" w dół na camping (kolejne 1000 ft w dół) gdzie już mieliśmy rozłożoną plandekę przeciwdeszczową i gdzie Ilonka obiecała robić pyszną gorącą herbatę z prądem o smaku wiśniowym (Captain Morgan).


I tak też się stało. Siedzieliśmy sobie na naszym polu (#46), popijaliśmy herbatkę, Ilonka karmiła chipmunki (już jej nawet na stół wychodziły)


 a ja odpalałem grilla na hamburgery


a potem mieliśmy wielki plan...... rozpalić ognisko.... dobrze ze trochę drzewa mieliśmy suchego.
Plan wypalił, ognisko też. Posiedzieliśmy przy ognisko dobrych parę godzin....

Podsumowanie dnia: 8 mil, różnica wzniesień 2500 ft. 

Poniedziałek, ostatni dzień - niestety już powrót i do pokonania kolejne 350 mil. Pogoda zrobiła się piękna, cieplutko, słonecznie, bez wiatru. Szkoda było marnować tak pięknego dnia więc postanowiliśmy jeszcze coś pozwiedzać. Pojechaliśmy do  "The Flume". Bardzo ładny, dwu milowy spacer przez kanion wśród szumiącego górskiego potoku.


Potem jeszcze odwiedziliśmy naturalny monument "Old man of the Mountain", który niestety w 2003 spadł, ale dalej jego duch jest w NH.


Wracając dostaliśmy serwisy na telefony i tu fantastyczna wiadomość!!!!!!! Wygraliśmy wejście na "the Wave". Tak więc w grudniu uderzamy do Arizony i Utah aby poskakać po lokalnych kanionach.

Darek