“Darek: Kochanie, słyszałem,
że
w górach spadł
śnieg, to co jedziemy pod namiot?
Ilona: Jasne
przecież
już
jest koniec kwietnia, najwyższa
pora rozpocząć
sezon kempingowy.”
I tym o to sposobem
w sobotę
nad ranem jedziemy w góry. Wyjeżdżając
z Nowego Jorku o 4 rano temperatura była
4C. Czy my napewno dziś
chemy jechać
na kemping?
Pierwszy śnieg
zobaczyliśmy
dopiero w Adirondack w oklicy Lake Placid. Pół
godziny później
dojechaliśmy
nad jezioro Heart, nad którym planujemy rozbić
namiot. Było
-2C i pokrywa śniegu
około
3-5 cm. Czy to nie są
wymarzone warunki na kemping? Zawsze chciałem
na tym kempingu mieszkać
bo jest idealnie położony
koło
głównych
szlaków górskich. Niestety nigdy nie było
miejsca jak chciałem
robić
rezerwacje. Kemping ten jest otwarty cały
rok ale chcąc
mieć
miejsce na lato trzeba robić
rezerwację
pół
roku wcześniej.
Dla ludzi, którzy nie lubią
namiotów można
też
wynająć
domki nad samym jeziorem.
Nie tracąc
czasu, nie rozbijając
namiotu poszliśmy
w góry. Zanim jednak wyszliśmy
musieliśmy
niestety wypożyczyć
rakiety. Prawo stanu NY nakazuje posiadanie rakiet lub nart jeśli
idzie się
w góry w warunkach zimowych. Jest to bardzo chory przepis bo o wiele
bezpieczniej i łatwiej
chodzi się
w rakach niż w rakietach. Wiadomo jak spadnie metr świeżego
śniegu
to rakiety bardziej się
przydają bo nie robisz głębokich
dziur na trasach. Wiedzieliśmy,
że
wyżej
w górach jest więcej
śniegu
i lodu ale przecież
duża
ilość
ludzi już
to dawno ubiła.
Przepisy przepisami, prawo prawem, lżejsi
o $40, ciężsi
o parę
kilogramów z przypiętymi
rakietami do plecaków i założonymi
rakami na nogach ruszyliśmy
zdobywać
szczyty. Naszym celem było
zdobycie pięciotysięcznika
Algonquin, 5114 ft., który znajduje się
3000 ft. nad nami.
Na trasie
spotkaliśmy
wiele ludzi, którzy tak jak my mieli założone
raki lub raczki na buty a oczywiście
rakiety przyczepione do plecaków. Pomimo tego nie brakowało
nie rozważnych
ludzi, którzy nie mieli tego ani tego. I potem widzieliśmy
jak zjeżdżali
na tyłku
na dół.
Na początku
szlak na Marcy (najwyższy
szczyt stanu NY, który zdobyliśmy
rok temu) i nasz szlak szły
razem. Po mili szlak na Algonquin odbija w prawo i dalej lekko wznosi
się
do góry. Po około
dwóch milach doszliśmy
do pieknęgo
lodospadu nad, którym zrobiliśmy
sobie małą
przerwę.
I od tego miejsca
zaczęła
się
jazda, dwie mile i około dwóch tysięcy stóp do góry. W miarę
podnoszenia się
do góry, ilość
śniegu
znacznie zaczęła
przybywać
. Ale duża
ilość
ludzi ubiła
szlak więc
nie było
problemu z jego znajdywaniem. Trasa była
dość
wąska
i ubita więc
raki były
rewelacyjnym wyborem. Nie wyobrażam
sobie jak można
iść
po tej wąskiej
i stromej trasie w rakietach.
Na wysokości
3800 ft. spotkaliśmy
dużą
grupę
ludzi, którzy siedzieli w „kuchni”. Siedzili na rozgałęzieniu
szlaków i uzupełniali
energię
przed zaatakowaniem szczytu Wright, 4587 ft. Długo
jednak z nimi nie rozmawialiśmy
bo nasz szlak szedł
na Algonquin. Szlak nadal nas nie rozpieszczał
i nadal ostro szedł
w górę.
Spotkaliśmy
paru ludzi, którzy już
wracali ze szczytu mówiąc,
że
wyżej
jest ciężko.
Jest duży
wiatr i są
chmury, ale wydeptany szlak jest nadal widoczny.
Troszkę
powyżej 4000 ft. las
się
kończył
i musieliśmy
ubrać
GORE-TEXy, które skutecznie chroniły
nas przed silnym, mroźnym
wiatrem. Mieliśmy
troszkę
więcej
szczęścia
niż
nasi poprzednicy bo chmury się
pomału
rozchodziły
i szczyt zaczął
się
pojawiać.
Walczyliśmy
dobre pół
godziny w zimowych warunkach i w końcu
udało
nam się
zdobyć
szczyt Algonquin.
Zimowa
aura nie pozwoliła nam na długie
przesiadywanie na szczycie i po paru zdjęciach
zbiegliśmy
w dół,
gdzie w zaciszu drzew mogliśmy
odpocząć
i uzupełnić
kalorie. O wiele łatwiej
schodzi się
zimą
z gór w rakach niż
w lecie nawet po suchych kamieniach. Dlatego prawie zbiegając
pokonaliśmy
2000 ft w dół.
I tu wielkie zdziwienie – wiosna. Śniegu
prawie nie było.
Zastanawialiśmy
się
jak to się
stało,
jak cały
dzień
byliśmy
w minusowych temperaturach. Na dole musiało
być
znacznie cieplej i mocniejsze słoneczko.
Schodząc
na dół mijaliśmy trochę ludzi, którzy w godzinach popołudniowych
szli dopiero w góry. Po wielkości ich plecaków widać było, że
oni dziś nie wracają. Ci to dopiero są cool...spanie wysoko w
górach zimową porą – szacun!!! Na trasie słyszeliśmy też dużo
francuskiej mowy co oznacza, że dużo ludzi przyjechało z
Kanadyjskiej prowincji Quebec. Kanada ma piękne góry ale tylko na
zachodzie. Wschód jest bardzo płaski więc często Kanadyjczycy
przyjeżdżają do Adirondack albo w Białe Góry (NH) i tak mają
znacznie bliżej niż my z Nowego Jorku.
Około
piątej
dotarliśmy
na nasz kemping i po szybkim rozłożeniu
namiotu wzięliśmy
się
za przygotowywanie kolacji. Po raz pierwszy rozbijałem
namiot na śniegu
i muszę
przyznać,
że
o wiele łatwiej
wbija się
śledzie
niż
w suchą
glebę.
Mamy nowe dobre śpiwory więc miejmy nadzieję, że dobrze spełnią swoje zadanie i w nocy nie zmarzniemy. Namiot rozbity, ognisko rozpalone – czas na kolacje.
Dziś szef kuchni serwuje jagnięcinę po Irlandzku.
Mamy nowe dobre śpiwory więc miejmy nadzieję, że dobrze spełnią swoje zadanie i w nocy nie zmarzniemy. Namiot rozbity, ognisko rozpalone – czas na kolacje.
Dziś szef kuchni serwuje jagnięcinę po Irlandzku.
Przepis na jagnięcinę w ziołach i mięcie (4 - 6 osób)
Składniki:
2 żebra jagnięciny
30g roztopionego masła
2 łyżki stołowe musztardy
4 łyżki stołowe oleju z oliwy
200g bułki tartej
2 gałązki rozmarynu
2 gałązki mięty
1 wiązka natki pietruszki
1 - 2 ząbków czosnku
skórka z jednej cytryny
Przygotowanie:
Mięso umyć i odkroić trochę tłuszczu, posolić i popieprzyć po obu stronach. Zmieszać roztopione masło z musztardą i rozsmarować po mięsistej części jagnięciny. Poszatkować wszystkie zioła, czosnek i skórkę z cytryny a następnie zmieszać z bułką tartą i oliwą. Obtoczyć mięso w przygotowanej miksturze. I odłożyć do lodówki aby się zamarynowało. Najlepiej marynować całą noc aby smak przeszedł przez całe mięso. Piec najlepiej na grillu, na średnim lub wyższym ogniu przez około 20-30 minut w zależności jak bardzo wypieczone mięso ma być. Ściągnąć z ognia, zawinąć we folię aluminiową na 5 do 7 minut i serwować.
Często
jadamy jagnięcinę
ale mieliśmy
ochotę
na spróbowanie nowej marynaty. Wyszło
przepysznie i zdecydowanie polecamy powyższy
przepis. Mięsko
marynowało
się
przez 24h.
Zauważyliśmy
plusy biwakowania zimą.
Nie ma robactwa, komarów, muszek itp. Jedząc
kolację,
popijając
herbatką
dodatkowe mięsko
nam nie wpadało
na talerz ani też
nas nic nie gryzło.
Po kolacji musieliśmy
dokładnie
wysprzątać
nasze pole namiotowe, ponieważ
jest tam dużo
niedźwiedzi.
Śmieci
musiliśmy
wyrzucić
do specjalnych koszy które były
za ogrodzeniem pod prądem,
żeby
misie nie rozgrzebywały.
Wreszcie
przyszedł
czas, żeby
sobie usiąść,
dołożyć
dużo
drzewa do ogniska, wypić
parę
dobrych, góralskich herbatek i powspominać
cudowny dzień.
Dobranoc, idziemy do ciepłych
śpiworów........
NIEDZIELA
Pomimo zimnej nocy (max -5C) udało nam się przespać całą noc i po 9h spania wstaliśmy gotowi na kolejny wspaniały dzień. Ponieważ niedługo jest nasza 5 rocznica, rozpoczęliśmy już świętowanie. Będąc w Lake Placid obowiązkowo trzeba odwiedzić Breakfast Club. My uwielbiamy to miejsce na śniadania a zwłaszcza ich łososiowe jajka po benedyktyńsku. Do miasteczka przyjechaliśmy o 11 rano więc mieliśmy godzinę czasu zanim oficjalnie w stanie Nowy Jork w niedzielę podają szampana czy inny alkohol. No a jak tu świętować tak ważną rocznicę bez szampana. Godzinę udało nam się zabić zakupami. Lake Placid posiada 4 outlety z bardzo dobrymi cenami i dużym wyborem. Dla nas wystarczająco dużo a nie musimy tracić czasu i nerwów w dużych centrach handlowych.
Pomimo zimnej nocy (max -5C) udało nam się przespać całą noc i po 9h spania wstaliśmy gotowi na kolejny wspaniały dzień. Ponieważ niedługo jest nasza 5 rocznica, rozpoczęliśmy już świętowanie. Będąc w Lake Placid obowiązkowo trzeba odwiedzić Breakfast Club. My uwielbiamy to miejsce na śniadania a zwłaszcza ich łososiowe jajka po benedyktyńsku. Do miasteczka przyjechaliśmy o 11 rano więc mieliśmy godzinę czasu zanim oficjalnie w stanie Nowy Jork w niedzielę podają szampana czy inny alkohol. No a jak tu świętować tak ważną rocznicę bez szampana. Godzinę udało nam się zabić zakupami. Lake Placid posiada 4 outlety z bardzo dobrymi cenami i dużym wyborem. Dla nas wystarczająco dużo a nie musimy tracić czasu i nerwów w dużych centrach handlowych.
W
końcu przyszedł czas na śniadanie. Mają tam duży wybór mimosy
(nawet jest opcja za $500 z Don Perignon) a także wiele opcji Bloody
Mary. Jak zwykle śniadanko było przepyszne i dało nam energie na
górki.
W
pobliży Lake Placid jest resort narciarki Whiteface, który już
jest zamknięty na sezon, ale oczywiście nie było to dla nas żadnym
problemem. Buty narciarskie zostały schowane do plecaka do którego
przypiąłem narty, założyłem raki na buty górskie i ruszyliśmy
w górę.
Na
dole widać było już wiosnę, śnieg zamienił się już w błoto
ale w miarę podchodzenia do góry, ilość śniegu przybywała. Po
drodze spotkaliśmy paru narciarzy, którzy mówili, że im wyżej
tym lepiej. Po wczorajszym hiku mieliśmy małe zakwasy więc
postanowiliśmy dojść tylko do połowy.
Po
zmianie obuwia i krótkiej przerwie, rozpocząłem jedyny w tym dniu
zjazd na dół.
Ten
zjazd bardzo różnił się od normalnych zjazdów. Jechałem bardzo
powoli i bardzo często zakręcałem. Chciałem, żeby ten zjazd
trwał jak najdłużej bo wiedziałem, że nie będzie następnego.
Śnieg był ciężki i mokry. Przypominał mi zmielony cukier ale był
na tyle śliski, że mimo że nie miałem żadnych specjalnych,
wiosennych smarów, mogłem dalej fantastycznie się bawić. Pod
koniec czasami musiałem ściągać narty, żeby przejść kawałek
łąki albo błotka.
Niektórzy
pewnie pomyślą, jaki to jest sens wychodzić do góry godzinę aby
zjechać parę minut. Każda minuta dla mnie na nartach jest bezcenna
a każdy dzień na nartach przedłuża tylko mój sezon który w tym
roku już trwa pół roku i rozpoczął się dokładnie w Whiteface
na początku listopada. Mam nadzieję, że dziś nie był to ostatni
dzień narciarskiego sezonu.
A
po drugie, jak to Ilonka powiedziała, tu nie chodzi tyle o narty co
o hike w górę, a na dół można sobie ułatwić życie używając
nart. Mój osobisty fotograf jednak nie lubi sobie ułatwiać życia
i Ilonka nie tylko wyszła na górę aby mi zrobić zdjęcia ale
zleciała na dół na nóżkach.
To
by było na tyle jeśli chodzi o ten hikowo, kempingowo, narciarski
weekend. Sezon hikowy nigdy nie zamykamy, sezon kempingowy został
oficjalnie otwarty a sezon narciarski mamy nadzieję, że jeszcze się
nie skończył.
Darek










