niedziela, 26 lipca 2015

2015.07.25-26-Bermudy

Sir, have you collected all your belongings?
Yes, I have.
Takie pytanie oficer TSA zadał Darkowi jak przechodził przez bramki na JFK.


Jak widzicie na powyższym zdjęciu, Darek nie miał za dużo bagażu.
Zazwyczaj latamy z małą ilością bagażu, ale nigdy nie lecieliśmy międzynarodowo z samym aparatem, paszportem i kartą kredytową. Ale w końcu co więcej potrzebujemy na Bermudy na jedną noc.


Czy wiecie, ze Bermudy są tylko dwie godziny lotem od Nowego Jorku. O godzinę bliżej niż Miami. To jest tyle samo czasu co czasami potrzebujesz na dojechanie na drugi koniec NY.

Perspektywa wstawania w sobotę o 5 rano nas przerażała, ale 15 minut dojazdu samochodem na lotnisko zdecydowanie nam to zrekompensowało. Szybciej dojechaliśmy na JFK, niż potem Airtrain'em z parkingu na terminal.

Po około 1:35 wylądowalismy na Bermudach..... deszczowych Bermudach.


Byliśmy już na małych lotniskach i nie było dla nas zaskoczeniem, że musieliśmy iść na nogach z samolotu do "głównego" terminalu. To co nas jednak zaskoczyło to wygląd tego terminalu. Jest to budynek z lat 50-tych, który już miał swoje lata świetności. Bermudy żyją z turystyki, o czym się doskonale przekonaliśmy po podatkach jakie musieliśmy zapłacić kupując bilet lotniczy i rezerwując hotel. Terminal lotniska pokazał, że jednak podatki wydawane są na coś innego.


Oczywiście jak wszystko na Bermudach, deklaracje celne też były różowe. Brakowało mi jeszcze tylko różowego długopisu jak wypełniałam te deklaracje.
Bermudy promują się różowym kolorem, ponieważ jako jedni z nielicznych mają plaże z różowym piaskiem. Miejmy nadzieję, że zobaczymy to cudo natury za parę godzin.


Pewnie ze wszystkich ludzi w samolocie wygraliśmy konkurs na najkrótszy pobyt na wyspie. Nawet celnik nie mógł w to uwierzyć, ale bez niczego wbił nam pieczątkę i kazał nie tracić ani minuty i od razu się dobrze bawić. Tak więc korzystając z jego rady pojechaliśmy taksówką prosto do hotelu. Taxi wyszło $30 w lokalnej walucie. Co odpowiada dokładnie trzydziestu dolarów amerykańskich. Przelicznik jest zawsze 1:1. Może to nie jest mało jak za odcinek 12-sto milowy, ale ze względu na bardzo niskie limity prędkości i całkowity brak autostrad, kierowca jechał ponad pół godziny. W sumie w Moskwie się płaci $150 a w Tokyo ponad $300 za taxi z lotniska do centrum miasta.


Przez 30 minut podróży taksówką, nie tylko dowiedzieliśmy się wszystkich lokalnych plotek, poznaliśmy ciekawostki z życia lokalnego człowieka a także zobaczyliśmy wschodnią część wyspy.


Nasz hotel Fairmont Hamilton Princess znajduje się w centrum największego miasta na Bermudach, które jednocześnie jest stolicą tego kraju. Hamilton jest jedną z najmniejszych stolic na świecie. Liczba mieszkańców wynosi około 1800.


Ten cały wyjazd na Bermudy jest przez sieć hoteli Fairmont, w których musimy być  przynajmniej raz na pół roku żeby utrzymać zniżkę jako travel agent.. No bo jak tu zrezygnować z możliwości spania w hotelu gdzie za noc płacisz ponad $500 a nas to kosztuje niecałe $100. To w połączeniu z milami delty i perspektywą odwiedzenia kolejnej nowej strefy czasowej sprawiło, że się tu znaleźliśmy. Jest to już nasza 13 unikatowa strefa czasowa.


Nie tracąc ani minuty wyruszyliśmy zwiedzać Bermudy. Jak się dowiedzieliśmy Bermudy nie należą do taniego kraju a wręcz przeciwnie są czwartym krajem na świecie jeśli chodzi w PKB per capita. Wyprzedzają je tylko Katar, Liechtenstein i Macau. Pewnie to tłumaczy wysokie ceny wszystkich produktów w tym kraju. Od paliwa po $8 za galon po średnią cenę mieszkania, powyżej 1 mln. dolarów. Oczywiście wszędzie wliczany jest napiwek 17% i duże taksy. Przekonaliśmy się o tym płacąc za hotel gdzie cena podstawowa była $89 a z podatkami i innymi opłatami wyszło $150.

Miasteczko Hamilton przypomina nam Hamptons na Long Island. Ponieważ wyspy te nie należą do tanich to i ludzi którzy je odwiedzają nie należą do biednych. Po sklepach jakie są w miasteczku widać, że kobiety większość czasu spędzają na zakupach a mężczyźni grają w golfa.


Pomimo, że hotel znajduje się na plaży, to nie jest to ogrodzony resort i łatwo można wyjść do miasteczka. Niestety więcej jest tu ekskluzywnych restauracji niż barów z fajnym klimatem gdzie można się zrelaksować przy drinku. Tak więc szybko wzięliśmy prom na zachodnią część Bermudy, Ireland Island.


Mieliśmy nadzieję znaleźć klimatyczną knajpeczkę z lokalnym jedzeniem, a także pozwiedzać trochę ruin fortyfikacji.


Knajpkę znaleźliśmy, ale niestety poza kałamarnicami i krewetkami w kokosowej panierce nie mieli dużego wyboru rybek.


Niedaleko restauracji zaczynają się mury obronne wyspy. Niestety są one ruinami, a ich potencjał nie jest wykorzystany dla turystów. Zdecydowanie mogli troszkę lepiej to zagospodarować a turyści chętnie spędzali by tam dłuższy czas.


My po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć ruszyliśmy na poszukiwanie szklanej plaży. Legenda głosi, że angielscy żołnierze tak dużo pili alkoholu i wrzucali puste butelki do wody, że powstały plaże gdzie zamiast muszelek jest szkło. Porozbijane szkło z butelek było polerowane przez lata przez ocean i dlatego chodzenie po tej plaży jest bezpieczne i przyjemne. Niestety przypływ zalał plaże i nie dane było nam to zobaczyć.


Kolejnym unikatem jeśli chodzi o plaże na Bermudach są wspomniane już różowe piaski. Zanim jednak dotarliśmy do miejsca gdzie występują zatrzymaliśmy się zobaczyć latarnię Gibb's Hill. Działająca nieustannie od 1846 roku.


Pomimo brzydkiej pogody kupiliśmy bilety za całe $2.50 i wyspinaliśmy się na górę. Na szcycie latarni jest taras z którego można podziwiać cały kraj Bermudy.


Na szczęście deszcze były przelotne i mogliśmy iść na plaże szukać różowych piasków.


Najładniejsze plaże na Bermudach można znaleźć w rejonie Horseshoe Bay. Te plaże należą do jednych z dziesięciu najładniejszych plaży na świecie. Podzielamy tą opinie, rzeczywiście są przepiękne. Mają dużo małych, romantycznych zakątków, unikatowe formacje skalne, turkusowy ocean, no i oczywiście różowy piasek.


Piasek ten nie jest cały różowy jak pierwotnie się spodziewaliśmy. Po prostu normalny piasek wymieszany jest z różowymi kryształkami.


Ponieważ pogoda nie była dzisiaj najlepsza, więc mieliśmy to szczęście że mało ludzi postanowiło spędzić sobotę na plaży.


Ciesząc się z prawie pustych plaż skakaliśmy po skałach i pstrykaliśmy dużo zdjęć.


Korzystając z naszych jednodniowych biletów na autobusy i promy za "jedyne" $19 ruszyliśmy na poszukiwania przystanku autobusowego. Pomimo, że dużo bardziej wolimy podróżować samochodem, to takiej opcji nie było na tej wyspie. Obcokrajowcom nie wolno tu wypożyczać samochodu. Pewnie ze względu na lewostronny ruch, a także na wąskie, kręte uliczki.


Jak już wspomnieliśmy, Hamilton nie jest imprezowym miasteczkiem. Udało nam się jednak znaleźć restaurację Portofino. Bardzo przytulna, włoska knajpeczka do której nie musieliśmy się przebierać w wieczorowe stroje. Pewnie dlatego tam było tak dużo ludzi.


Po pysznej kolacji mieliśmy plan kupić po piwku (może dwa) i posiedzieć na hotelowej plaży, słuchając szumu fal. Plan ten się jednak nie powiódł, bo w tym śmiesznym kraju po 21 już nie można kupić żadnego alkoholu w sklepie. Na szczęście plusem bycia w dobrych hotelach jest wiele opcji jeśli chodzi o bary i restauracje. Takim oto sposobem wylądowaliśmy w hotelowym barze 1609.


Jest to jeden z tych ekskluzywnych barów gdzie koszule i suknie są mile widziane. My nie mieliśmy takich ciuchów ze sobą, ale jedyne co mogliśmy zrobić to umyć nasze nogi całe w różowym piasku w ich infinity pool (basenie).

Wracając z powrotem do pokoju znaleźliśmy miejsce gdzie była chyba lepsza impreza niż w barze 1609. Była to jednak zdecydowanie prywatna impreza.



Good Morning, have a Bermuda-full day!
Tak nas przywitał pracownik hotelu przy wymeldowywaniu się. Po szybkim śniadaniu, nie tracąc czasu ruszyliśmy na wschodni koniec wyspy do miasteczka St. George's. Jest to najstarsze miasto na wyspie. Podobało nam się dużo bardziej od bogatego Hamilton.


Do St. George's pojechaliśmy autobusem i przejazd zajął nam ok. 1h. Im bardziej zbliżaliśmy się do St. George's tym bardziej nam się podobała okolica. Domy były bardziej zadbane a ilość hoteli zdecydowanie malała.


St. George's jest początkiem Bermud. Wyspa pierwotnie nazywana przez żeglarzy „Diabelską Wyspą” została osiedlona kiedy w 1609 rozbił się na niej Angielski statek. W 1612 roku wyspa oficjanie została uznana przez koronę angielską i wysłano statek z pierwszymi prawdziwymi osadnikami. St. George przez pierwsze 200 lat był stolicą kraju, która następnie została przeniesiona do Hamilton. Dziś St. George jest uznany przez UNESCO za kulturowe dziedzictwo świata.


Żałujemy, że nie mogliśmy spędzić więcej czasu w tym miasteczku ale udało nam się zobaczyć parę ciekawostek. Jako pierwszy odwiedziliśmy Secretary Road Cemetery na którym chowano wiele żołnierzy w 19-20 wieku. Najsłynniejszy był pogrzeb gen. George Samson w 1923 roku.


Następnym przystankiem był fort Świętej Katarzyny. Fort budowany w 17 wieku przeszedł kilka rozbudowań. Ostatnie udoskonalenia były w 1793 roku a w czasach pierwszej i drugiej wojny światowej służył za miejsce treningów.


Tak zwiedzając doszliśmy do Tobacco Bay. Jest to jedna z najpopularniejszych i najładniejszych plaży nie tylko w St. George's ale na całych Bermudach.


My byliśmy stosunkowo wcześnie i na szczęście znów nie było dużych tłumów. Plaża jak i cała zatoka jest przepiękna a uroku dodają jej skały wystające gdzie nie gdzie z wody.


Przyszedł czas powrotu. W końcu musieliśmy dziś jeszcze złapać samolot powrotny. W drodze na przystanek udało nam się jeszcze odwiedzić Unfinisched Church (Niedokończony Kościół). Są to ruiny i szkoda, że kościół nigdy nie został dokończony ale z drugiej strony dzięki temu ma swój urok.


Ostatnim punktem był prawdziwy kościół. Tym razem dokończony, otwarty a jednocześnie najstarszy kościół Anglo-Katolicki poza Wielką Brytania. Początkowo był to jedyny punk zgromadzeń w mieście a w 1616 roku odbył się tu pierwszy sąd. Pierwotny drewniany kościół z roku 1612 został zastąpiony w 1713 roku kamienną konstrukcją, i powiększony w 1814.


Przyszedł czas na powrót. Lotnisko znajduje się bardzo blisko St. George's, więc dotarcie zajęło nam tylko 10 minut autobusem. Na lotnisku, spotkała nas miła niespodzianka. Odprawa celna do Stanów tam się odbywa. Zajęło nam to 15 minut a nie godzinę jak w Nowym Jorku. Nasze Global Entry o które się staramy by się tu nie przydało. Byliśmy już prawie w domku (tzn. na terenie Stanów Zjednoczonych) ale przed nami był jeszcze lot a jak sama nazwa mówi Trójkąt Bermudzki jest dość blisko. Na szczęście zagadka tego tajemniczego zjawiska, przyczyny wielu tragedii została już wyjaśniona. Pierwsze udokumentowane zaginięcie statku było w 1840 roku a ostatnie w 1971 roku. Przez ponad 100 lat zginęło w tym rejonie setki statków, yachtów i samolotów. Jak się później okazało przyczyną tych tragedii były erupcje metanu z podwodnych złóż w tym rejonie. Metan wydobywał się ze szczelin na dnie i powiększał się do ogromnych rozmiarów w miarę wypływania na powierzchnię. Powstały z wody i pęcherzyków metanu płyn ma gęstość dużo niższą niż woda, przez co znajdujące się w nim statki tracą wyporność i toną. Gaz unoszący się dalej w powietrze powodował reakcje wybuchowe w silnikach samolotów.


Nam najbardziej na Bermudach podobały się plaże. Na pewno jest to raj na ziemi dla nurków i osób uwielbiających sporty wodne. Życie podwodne jest jeszcze ciekawsze niż to na lądzie, pełno jest tam bowiem raf, grot skalnych jak i wraków statków itp. Jeśli natomiast chodzi o same miasta i ogólne wrażenie to kraj jest zdecydowanie za drogi. Dla przeciętnego człowieka tygodniowe wakacje tam są w cenie paru tygodni w Europie. Dla Nowojorczyków na pewno dodatkową pokusą jest możliwość wyskoczenia na weekend do innego kraju (nie Kanady) i przez chwilę poczuć się jak w innym świecie.



Ilona

niedziela, 19 lipca 2015

2015.07.17-19-Finger Lakes, NY

Amerykanom nie wiele wyszło w życiu, zwłaszcza jeśli chodzi o politykę dni wolnych, ale wyszły in Summer Fridays. Idea pracy tylko pól dnia w piątki w okresie letnim staje się coraz bardziej popularna. Niektóre firmy dają swoim pracownikom każdy piątek wolny, a niektóre tylko 1-2 razy w miesiącu. Amerykanie jako jedna z niewielu gospodarek na świecie nie ma obowiązku dawać swoim pracownikom żadnych dni wolnych. Wszystko włącznie z macierzyńskim to jest tylko i wyłącznie dobra wola pracodawcy. Chciałam tu jeszcze dodać ze Amerykanie nie biorą wiele dni wolnych i pomimo, ze czasem maja 20 dni płatnych wakacji zużywają 10-15 w ciągu roku. Summer Friday jest chyba jednak bardziej popularny, widać to po korkach jakie są w każdy letni weekend. Mamy wrażenie ze coraz więcej ludzi opuszcza miasto latem.


Tak wiec po ok. 2h jazdy w korkach i przejechaniu tylko 40 mil wreszcie mogliśmy cieszyć się z Summer Friday, z jazdy i czekającej nas przygody z Finger Lakes. Ten weekend planowaliśmy spędzić z naszymi przyjaciółmi, którzy bardzo lubią winka,  więc naturalnym wyborem okazał się rejon Finger Lakes, który bardzo nam się spodobał (byliśmy tu niecałe dwa miesiące temu)


Watkins Glen, miasteczko do którego jechaliśmy znajduje się ok. 4.5h od Nowego Jorku (250 mil). Nam droga oczywiście zajęła dyzo więcej. Masa ludzi wyjeżdżających na weekendy, tanie ceny paliwa na pewno nie pomagają w zmniejszeniu korków, ale dlaczego Amerykanie puszczają większość autostrad przez miasta to już nie wiemy. Większość transportu na wschodnim wybrzeżu z północy na południe używa autostrady 95, która oczywiście przechodzi przez miasto Nowy Jork. Tak jakby nie można było zrobić jakiejś obwodnicy żeby odciążyć to i tak już przepełnione miasto. Ostatnio jeździliśmy po Hiszpanii, która gospodarczo jest za Stanami ale żeby wjechać z autostrady do miasta trzeba jechać kawałek od zjazdu. Co sprawia, że tiry jeżdżą dalej od miasta i nie robią się duże korki na autostradach.


W końcu dotarliśmy na kemping Watkins Glen.  Jest to chyba największy na jakim do tej pory byliśmy, ma 305 pól na namioty. Położony w samym środku parku stanowego Watkins Glen. Nam kemping się bardzo spodobał. Czyściutkie toalety, ładnie położy, dla chętnych pełno placów zabaw jak i duży basen. Gdyby nie komary to wszystko byłoby idealnie.


Nasi kochani przyjaciele przywitali nas na kempingu przepyszną kolacją. Serwowali Pork Chops, Kansas Cut a'la Beatka (przepyszna wieprzowinka).
A potem to jak zwykle polaków długie dyskusje przy ognisku....i do spania w nowym namiocie. Jak już wiecie ze wcześniejszych wpisów, jesteśmy na etapie kupowania namiotu. Tym razem do testowania wzięliśmy namiot firmy REI Half Dome Plus. Jest to dwu osobowy namiot, troszkę dłuższy niż normalny, więc można w nim trzymać plecaki itp.


Rano w sobotę obudziła nas burza....nie była to byle jaka burza. Grzmiało już od 6 rano, więc za długo nie pospaliśmy, a kiedy apogeum dotarło nad nasze głowy kolo 8 rano, to aż czuliśmy jak ziemia się trzęsie po każdym grzmocie. Oczywiście z nieba spadały hektolitry wody. Nasz nowy namiocik miał niezłą próbę i zdał egzamin. Jak wreszcie burza przeszła i wszyscy powychodziliśmy z namiotów to jednoznacznie z Darkiem stwierdziliśmy, że namiot zostaje. Przechodząc przez kemping widzieliśmy, że nie wszyscy mieli szczęście i wiele osób cały poranek spędziła na suszeniu wszystkiego co było w namiotach.


My mając fajne namioty i rozłożoną plandekę nad stołem mogliśmy zająć się przygotowywaniem śniadanka. Tym razem wybór padł na pastę z łososia:

Pasta z wędzonego łososia i koperku

8 oz. (225 g) kremowego sera białego (np. Philadelphia)
2 łyżki stołowe posiekanego koperku
2 łyżki stołowe świeżego soku z cytryny
1 łyżka stołowa mleka lub śmietany
1 łyżeczka kaparów (capers)
4 oz. (120 g) wędzonego łososia drobno pokrojonego
dodatkowo parę plastrów łososia do dekoracji
czerwona cebula, łodygi koperki, kapary do przybrania

1. Do miski włóż ser biały, koperek, sok z cytryny, mleko lub śmietanę, kapary i drobno pokrojonego łososia. Ze wszystkiego zrób jednolitą pastę przy wykorzystaniu blendera. Pastę można przechowywać w lodówce do dwóch dni. 

2. Bagietkę pokrój na cienkie kanapeczki i podgrzej na grillu lub zrób tosty. Gorące kromeczki posmaruj pastą i przypraw do smaku plastrami łososia, cebulką, koperkiem i kaparami.

Smacznego!!!


Po śniadanku nie można się było długo obijać i trzeba było ruszyć na spacerek do kanionu.


Kemping na którym byliśmy jest położony w parku stanowym Watkins Glen, który ma przepiękny kanion powstały 12 tys. lat temu, w okresie kiedy lodowiec się cofał. Jest to dosyć młody kanion i oczywiście nie można go porównywać do klasyki jak Grand Kanion ale jest zdecydowanie warty zobaczenia.


Miejsce to jest dosyć popularne i ładnie przygotowane dla pieszych. Chodzi się trasą po dnie wąwozu mijając 19 wodospadów a czasem nawet przechodząc za wodospadem.


Niestety popularność i łatwość dostępu sprawiły że były tam setki ludzi. Nawet ku mojemu zaskoczeniu spotkałam tam kolegę z pracy. Świat jest mały.....


Trasa ma ok. 4 mil ale nie jest techniczna....czasem tylko schody do góry (jest ich 830) mogą być meczące jak się nie ma kondycji i idzie się w upale 35 C.


My pokonaliśmy trasę z przyjemnością, pstrykając wiele zdjęć i podziwiając wodospady.


Widać było, że poziom wody podniósł się po porannej burzy.


Po spacerku wróciliśmy na pole namiotowe i upał zaczął nas dobijać, komary też.... Dzieciaki postanowiły ochłodzić się w basenie a rodzice przy zimnym winku rose. Jak nie byłam nigdy zwolenniczka różowych win tak teraz pijąc rożne wina zaliczam je do trzech kategorii. Pierwsza to oczywiście czerwone wina do jedzenia, jak Cabernet czy Pinot Noir. Druga to winka do sushi jak i po prostu do zrelaksowania się wieczorkiem...tu wygrywa Chardonnay. No i ostatnia kategoria która zaczęła się "tworzyć" po pewnym hiku w Adirondack to wina różowe, które są lekkie, pije się je dość zimne i fajnie ochładzają. Dziś padło na 2014 Saint Roch les Vignes, Rose. Lekkie, orzeźwiające, fajne wybalansowane między owocami a minerałami. O smaku malin, truskawek i białych brzoskwiń. Winko pochodzi ze stolicy win różowych, czyli z Prowansji, Francja.


Odpoczynek jednak nie trwał długo bo trzeba było się wziąć do roboty i nazbierać drzewa w końcu musimy mieć największe ognisko.


Obowiązkowa gra w Blokus - dzieciaki zaczynają nas ogrywać i trzeba nieźle wysilać mózg żeby nie przegrać. I akurat się zaczęło ochładzać na tyle aby pomyśleć o kolacji. Tym razem wymyśliliśmy jagnięcina marynowana w sosie z granatów podawana z sałatką z ogórków i rzodkiewki w kremie Fraiche. Jak to bywa z fancy przepisami przygotowanie zajęło nam prawie 2h. Ale za to jak smakowało.....hmmm.....palce lizać.


No i udało się...  ognisko było największe. Było tak duże jak Darek.


A skoro mieliśmy tak dużo drzewa to posiedzieliśmy chyba do 2 w nocy rozprawiając o komarach które same wprosiły się na nasza imprezę i tylko nas denerwowały. Czy wiecie, ze komary zabijają największą ilość ludzi ze wszystkich stworzeń. Liczba sięga ponad 1 mln ludzi rocznie. Główną przyczyną jest oczywiście malaria. Gryzie tylko komarzyca, bo potrzebuje krwi żeby mogła znieść jajeczka. Wypija 3x więcej krwi niż waży i odlatuje w rejony wody aby znieść 300 jajeczek ten cykl powtarza się co jakieś 3-4 dni. Komarzyca żyje do 2 miesięcy, a komar tylko do 10 dni. Czyli następnym razem zabijając komarzyce na swoim ciele pomyśl że zabiłeś 300 a może i więcej komarów.....krwawa masakra.


Chłopakom tak chodziła jagnięcinka po głowie, że w środku nocy stwierdzili że ja odgrzeją..... w ognisku. Ciekawy pomysł i dość dobry....nawet aż tak bardzo się nie spaliła.


Tym razem nie burza nas obudziła tylko słońce. Nie ma to jak rozstawić sobie namiot w słońcu. Namiot szybko się nagrzał i ciężko było w nim wytrzymać i musieliśmy wstawać. Aż tak bardzo jednak na to nie nie narzekaliśmy bo dużo pracy było przed nami. Śniadanko, pakowanie i obowiązkowa wycieczka po winiarniach.

Wchodząc do pierwszej winiarni Miles natrafiliśmy na ciężką decyzję.....okazało się, że poza winami maja tam też piwka. Hmmm.....w taki upal piwko wydaje się lepszym pomysłem. Spróbowaliśmy trzech piwek ale jak to bywa na testowaniu były to bardzo małe dwa łyki na każde piwko. Smak jednak nam został i zamiast pojechać do winiarni pojechaliśmy do browaru Climbing Bines Craft Ale Co.


Piwka mieli ciekawe ale niestety jedyne miejsce do siedzenia było na zewnątrz. Fajnie bo widoki przepiękne....ale raczej nie polecane przy 35C i dużej wilgotności.
Następnym naszym przystankiem (dość krótkim) była już nam dobrze znana winiarnia Red Tail Ridge. Strasznie zasmakował mi ostatnio od nich Riesling, ale niestety już go wyprzedali....widać ze wiem co dobre.


Wreszcie przyszedł czas na najlepszą winiarnię w tym rejonie (przynajmniej z tych, które znamy) Dr. Frank. Winiarnia ta ma winka na wyższym poziomie. Jak to Darek powiedział, takie o których trzeba trochę pomyśleć i można podyskutować o ich smakach. Samo położenie winiarni jest przepiękne i zdecydowanie warto tam wracać.


Nie mieliśmy już za bardzo czasu ani siły na więcej winiarni natomiast lunch wydawał się dobrym pomysłem. Pojechaliśmy zjeść do winiarni Bully Hills. Tu już nie testowaliśmy winka, natomiast jedzonko polecamy, zwłaszcza mięsko, które sami wędzą. Do lunchu wzięliśmy sobie Cabernet Franc, ich produkcji, które piloci wypili...biedni kierowcy tylko spróbowali parę łyków i kupili sobie po butelce do domku.


Słyszałam o tym pomyśle, ale po raz pierwszy spotkałam się z nim w życiu. Non-tipping policy. Podobno niektóre restauracje w Stanach podnoszą stawkę podstawową swoim pracownikom a przez to klient nie ma obowiązku dawania napiwku. Sama idea mi się podoba, bo napiwki czasem dochodzą do 20% (absurd), a pracownicy nie maja zagwarantowanej płacy przy słabym ruchu. Niestety wraz z tym jakość usług powinna zostać nadal na wysokim poziomie. Kelnerka była mila ale niestety pomieszała troszkę nasze zamówienie. Ogólnie i tak jestem za pomysłem mniejsze napiwki, wyższa pensja dla pracowników.....tylko czy amerykanie się przestawią, czy skończy się na tym, że pracownicy mają większe płace, klienci droższe jedzenie a napiwek i tak każdy zostawia w wysokości 15%.
I tak zakończyliśmy kolejny cudowny weekend....do następnego razu....za tydzień Bermudy.....hmmm.....będzie na pewno ciekawie i.....różowo.
Ilona