Sir, have you collected all your belongings?
Yes, I have.
Takie pytanie oficer TSA zadał Darkowi
jak przechodził przez bramki na JFK.
Jak widzicie na powyższym zdjęciu,
Darek nie miał za dużo bagażu.
Zazwyczaj latamy z małą ilością
bagażu, ale nigdy nie lecieliśmy międzynarodowo z samym aparatem,
paszportem i kartą kredytową. Ale w końcu co więcej potrzebujemy
na Bermudy na jedną noc.
Czy wiecie, ze Bermudy są tylko dwie
godziny lotem od Nowego Jorku. O godzinę bliżej niż Miami. To jest
tyle samo czasu co czasami potrzebujesz na dojechanie na drugi koniec
NY.
Perspektywa wstawania w sobotę o 5
rano nas przerażała, ale 15 minut dojazdu samochodem na lotnisko
zdecydowanie nam to zrekompensowało. Szybciej dojechaliśmy na JFK,
niż potem Airtrain'em z parkingu na terminal.
Po około 1:35 wylądowalismy na
Bermudach..... deszczowych Bermudach.
Byliśmy już na małych lotniskach i
nie było dla nas zaskoczeniem, że musieliśmy iść na nogach z
samolotu do "głównego" terminalu. To co nas jednak
zaskoczyło to wygląd tego terminalu. Jest to budynek z lat 50-tych,
który już miał swoje lata świetności. Bermudy żyją z
turystyki, o czym się doskonale przekonaliśmy po podatkach jakie
musieliśmy zapłacić kupując bilet lotniczy i rezerwując hotel.
Terminal lotniska pokazał, że jednak podatki wydawane są na coś
innego.
Oczywiście jak wszystko na Bermudach,
deklaracje celne też były różowe. Brakowało mi jeszcze tylko
różowego długopisu jak wypełniałam te deklaracje.
Bermudy promują się różowym
kolorem, ponieważ jako jedni z nielicznych mają plaże z różowym
piaskiem. Miejmy nadzieję, że zobaczymy to cudo natury za parę
godzin.
Pewnie ze wszystkich ludzi w samolocie
wygraliśmy konkurs na najkrótszy pobyt na wyspie. Nawet celnik nie
mógł w to uwierzyć, ale bez niczego wbił nam pieczątkę i kazał
nie tracić ani minuty i od razu się dobrze bawić. Tak więc
korzystając z jego rady pojechaliśmy taksówką prosto do hotelu.
Taxi wyszło $30 w lokalnej walucie. Co odpowiada dokładnie trzydziestu dolarów amerykańskich. Przelicznik jest zawsze 1:1. Może to nie jest mało
jak za odcinek 12-sto milowy, ale ze względu na bardzo niskie limity
prędkości i całkowity brak autostrad, kierowca jechał ponad pół
godziny. W sumie w Moskwie się płaci $150 a w Tokyo ponad $300 za
taxi z lotniska do centrum miasta.
Przez 30 minut podróży taksówką,
nie tylko dowiedzieliśmy się wszystkich lokalnych plotek,
poznaliśmy ciekawostki z życia lokalnego człowieka a także
zobaczyliśmy wschodnią część wyspy.
Nasz hotel Fairmont Hamilton Princess
znajduje się w centrum największego miasta na Bermudach, które
jednocześnie jest stolicą tego kraju. Hamilton jest jedną z
najmniejszych stolic na świecie. Liczba mieszkańców wynosi około
1800.
Ten cały wyjazd na Bermudy jest przez sieć hoteli Fairmont, w których musimy być przynajmniej raz na pół roku żeby utrzymać zniżkę jako travel agent.. No bo jak
tu zrezygnować z możliwości spania w hotelu gdzie za noc płacisz
ponad $500 a nas to kosztuje niecałe $100. To w połączeniu z
milami delty i perspektywą odwiedzenia kolejnej nowej strefy
czasowej sprawiło, że się tu
znaleźliśmy. Jest to już nasza 13 unikatowa strefa czasowa.
Nie tracąc ani minuty wyruszyliśmy
zwiedzać Bermudy. Jak się dowiedzieliśmy
Bermudy nie należą do taniego kraju a wręcz przeciwnie są
czwartym krajem na świecie jeśli chodzi w PKB per capita.
Wyprzedzają je tylko Katar, Liechtenstein i Macau. Pewnie to tłumaczy wysokie ceny wszystkich produktów w tym kraju. Od paliwa po $8 za
galon po średnią cenę mieszkania, powyżej 1 mln. dolarów.
Oczywiście wszędzie wliczany jest napiwek 17% i duże taksy.
Przekonaliśmy się o tym płacąc za hotel gdzie cena podstawowa
była $89 a z podatkami i innymi opłatami wyszło $150.
Miasteczko Hamilton przypomina nam
Hamptons na Long Island. Ponieważ wyspy te nie należą do tanich to
i ludzi którzy je odwiedzają nie należą do biednych. Po sklepach
jakie są w miasteczku widać, że kobiety większość czasu
spędzają na zakupach a mężczyźni grają w golfa.
Pomimo, że hotel znajduje się na plaży, to nie jest to ogrodzony resort i łatwo można wyjść do miasteczka.
Niestety więcej jest tu ekskluzywnych restauracji niż barów z
fajnym klimatem gdzie można się zrelaksować przy drinku. Tak więc
szybko wzięliśmy prom na zachodnią część Bermudy, Ireland Island.
Mieliśmy nadzieję znaleźć
klimatyczną knajpeczkę z lokalnym jedzeniem, a także pozwiedzać
trochę ruin fortyfikacji.
Knajpkę znaleźliśmy, ale niestety
poza kałamarnicami i krewetkami w kokosowej panierce nie mieli
dużego wyboru rybek.
Niedaleko restauracji zaczynają się
mury obronne wyspy. Niestety są one ruinami, a ich
potencjał nie jest wykorzystany dla turystów. Zdecydowanie mogli
troszkę lepiej to zagospodarować a turyści chętnie spędzali by
tam dłuższy czas.
My po zrobieniu kilku pamiątkowych
zdjęć ruszyliśmy na poszukiwanie szklanej plaży. Legenda głosi,
że angielscy żołnierze tak dużo pili alkoholu i wrzucali puste
butelki do wody, że powstały plaże gdzie zamiast muszelek jest
szkło. Porozbijane szkło z butelek było polerowane przez lata
przez ocean i dlatego chodzenie po tej plaży jest bezpieczne i
przyjemne. Niestety przypływ zalał plaże i nie dane było nam to
zobaczyć.
Kolejnym unikatem jeśli chodzi o plaże
na Bermudach są wspomniane już różowe piaski. Zanim jednak
dotarliśmy do miejsca gdzie występują zatrzymaliśmy się
zobaczyć latarnię Gibb's Hill. Działająca nieustannie od 1846 roku.
Pomimo brzydkiej pogody kupiliśmy
bilety za całe $2.50 i wyspinaliśmy się na górę. Na szcycie
latarni jest taras z którego można podziwiać cały kraj Bermudy.
Na szczęście deszcze były przelotne i
mogliśmy iść na plaże szukać różowych piasków.
Najładniejsze plaże na Bermudach
można znaleźć w rejonie Horseshoe Bay. Te plaże należą do
jednych z dziesięciu najładniejszych plaży na świecie. Podzielamy tą opinie,
rzeczywiście są przepiękne. Mają dużo małych, romantycznych
zakątków, unikatowe formacje skalne, turkusowy ocean, no i
oczywiście różowy piasek.
Piasek ten nie jest cały różowy jak
pierwotnie się spodziewaliśmy. Po prostu normalny piasek wymieszany
jest z różowymi kryształkami.
Ponieważ pogoda nie była dzisiaj
najlepsza, więc mieliśmy to szczęście że mało ludzi postanowiło
spędzić sobotę na plaży.
Ciesząc się z prawie pustych plaż
skakaliśmy po skałach i pstrykaliśmy dużo zdjęć.
Korzystając z naszych jednodniowych
biletów na autobusy i promy za "jedyne" $19 ruszyliśmy na
poszukiwania przystanku autobusowego. Pomimo, że dużo bardziej
wolimy podróżować samochodem, to takiej opcji nie było na tej
wyspie. Obcokrajowcom nie wolno tu wypożyczać samochodu. Pewnie ze
względu na lewostronny ruch, a także na wąskie, kręte uliczki.
Jak już wspomnieliśmy, Hamilton nie
jest imprezowym miasteczkiem. Udało nam się jednak znaleźć
restaurację Portofino. Bardzo przytulna, włoska knajpeczka do której
nie musieliśmy się przebierać w wieczorowe stroje. Pewnie dlatego
tam było tak dużo ludzi.
Po pysznej kolacji mieliśmy plan kupić
po piwku (może dwa) i posiedzieć na hotelowej plaży, słuchając
szumu fal. Plan ten się jednak nie powiódł, bo w tym śmiesznym
kraju po 21 już nie można kupić żadnego alkoholu w sklepie. Na
szczęście plusem bycia w dobrych hotelach jest wiele opcji jeśli
chodzi o bary i restauracje. Takim oto sposobem wylądowaliśmy w
hotelowym barze 1609.
Jest to jeden z tych ekskluzywnych
barów gdzie koszule i suknie są mile widziane. My nie mieliśmy
takich ciuchów ze sobą, ale jedyne co mogliśmy zrobić to umyć
nasze nogi całe w różowym piasku w ich infinity pool (basenie).
Wracając z powrotem do pokoju
znaleźliśmy miejsce gdzie była chyba lepsza impreza niż w barze
1609. Była to jednak zdecydowanie prywatna impreza.
Good Morning, have a Bermuda-full day!
Tak nas przywitał pracownik hotelu
przy wymeldowywaniu się. Po szybkim śniadaniu, nie tracąc czasu
ruszyliśmy na wschodni koniec wyspy do miasteczka St. George's. Jest to najstarsze miasto na wyspie. Podobało nam się
dużo bardziej od bogatego Hamilton.
Do St. George's
pojechaliśmy autobusem i przejazd zajął nam ok. 1h. Im bardziej
zbliżaliśmy się do St. George's tym bardziej nam się podobała
okolica. Domy były bardziej zadbane a ilość hoteli zdecydowanie
malała.
St. George's jest
początkiem Bermud. Wyspa pierwotnie nazywana przez żeglarzy
„Diabelską Wyspą” została osiedlona kiedy w 1609 rozbił się
na niej Angielski statek. W 1612 roku wyspa oficjanie została uznana
przez koronę angielską i wysłano statek z pierwszymi prawdziwymi
osadnikami. St. George przez pierwsze 200 lat był stolicą kraju,
która następnie została przeniesiona do Hamilton. Dziś St. George
jest uznany przez UNESCO za kulturowe dziedzictwo świata.
Żałujemy, że nie
mogliśmy spędzić więcej czasu w tym miasteczku ale udało nam się
zobaczyć parę ciekawostek. Jako pierwszy odwiedziliśmy Secretary
Road Cemetery na którym chowano wiele żołnierzy w 19-20 wieku.
Najsłynniejszy był pogrzeb gen. George Samson w 1923 roku.
Następnym
przystankiem był fort Świętej Katarzyny. Fort budowany w 17 wieku
przeszedł kilka rozbudowań. Ostatnie udoskonalenia były w 1793 roku
a w czasach pierwszej i drugiej wojny światowej służył za miejsce
treningów.
Tak zwiedzając
doszliśmy do Tobacco Bay. Jest to jedna z najpopularniejszych i
najładniejszych plaży nie tylko w St. George's ale na całych
Bermudach.
My byliśmy
stosunkowo wcześnie i na szczęście znów nie było dużych tłumów.
Plaża jak i cała zatoka jest przepiękna a uroku dodają jej skały
wystające gdzie nie gdzie z wody.
Przyszedł czas
powrotu. W końcu musieliśmy dziś jeszcze złapać samolot
powrotny. W drodze na przystanek udało nam się jeszcze odwiedzić
Unfinisched Church (Niedokończony Kościół). Są to ruiny i
szkoda, że kościół nigdy nie został dokończony ale z drugiej
strony dzięki temu ma swój urok.
Ostatnim punktem był
prawdziwy kościół. Tym razem dokończony, otwarty a jednocześnie
najstarszy kościół Anglo-Katolicki poza Wielką Brytania.
Początkowo był to jedyny punk zgromadzeń w mieście a w 1616 roku
odbył się tu pierwszy sąd. Pierwotny drewniany kościół z roku
1612 został zastąpiony w 1713 roku kamienną konstrukcją, i
powiększony w 1814.
Przyszedł czas na
powrót. Lotnisko znajduje się bardzo blisko St. George's, więc
dotarcie zajęło nam tylko 10 minut autobusem. Na lotnisku, spotkała
nas miła niespodzianka. Odprawa celna do Stanów tam się odbywa.
Zajęło nam to 15 minut a nie godzinę jak w Nowym Jorku. Nasze Global
Entry o które się staramy by się tu nie przydało. Byliśmy już
prawie w domku (tzn. na terenie Stanów Zjednoczonych) ale przed nami
był jeszcze lot a jak sama nazwa mówi Trójkąt Bermudzki jest dość
blisko. Na szczęście zagadka tego tajemniczego zjawiska, przyczyny
wielu tragedii została już wyjaśniona. Pierwsze udokumentowane
zaginięcie statku było w 1840 roku a ostatnie w 1971 roku. Przez
ponad 100 lat zginęło w tym rejonie setki statków, yachtów i
samolotów. Jak się później okazało przyczyną tych tragedii były
erupcje metanu z podwodnych złóż w tym rejonie. Metan wydobywał
się ze szczelin na dnie i powiększał się do ogromnych rozmiarów
w miarę wypływania na powierzchnię. Powstały z wody i pęcherzyków
metanu płyn ma gęstość dużo niższą niż woda, przez co
znajdujące się w nim statki tracą wyporność i toną. Gaz
unoszący się dalej w powietrze powodował reakcje wybuchowe w
silnikach samolotów.
Nam najbardziej na
Bermudach podobały się plaże. Na pewno jest to raj na ziemi dla
nurków i osób uwielbiających sporty wodne. Życie podwodne jest
jeszcze ciekawsze niż to na lądzie, pełno jest tam bowiem raf,
grot skalnych jak i wraków statków itp. Jeśli natomiast chodzi o
same miasta i ogólne wrażenie to kraj jest zdecydowanie za drogi.
Dla przeciętnego człowieka tygodniowe wakacje tam są w cenie paru
tygodni w Europie. Dla Nowojorczyków na pewno dodatkową pokusą
jest możliwość wyskoczenia na weekend do innego kraju (nie Kanady)
i przez chwilę poczuć się jak w innym świecie.
Ilona

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz