niedziela, 31 maja 2015

2015.05.31-Finger Lakes, NY

Jak już wspominałam Finger Lakes to nie tylko wina i winiarnie ale przede wszystkim wspaniałe jeziora, trasy na hike itp. Tak więc na dziś zaplanowaną mieliśmy wycieczkę do Watkins Glen State Park. Jest to jeden z najładniejszych, jak nie najładniejszy park w tym rejonie. Przepływa przez niego strumyk, który na krótkim odcinku ma aż 19 wodospadów. Park ma parę ciekawych tras na spacery, zarówno brzegami jak i w samym wąwozie. 


Tak więc po leniwym niedzielnym śniadanku, spakowaniu aut ruszyliśmy do parku....i tu nie miła niespodzianka. Zaczęło padać. Niestety nawet nie zapowiadało się, że przestanie. W takiej pogodzie chodzenie po wąwozie to bardziej męczarnia niż przyjemność więc postanowiliśmy „przeczekać” deszcz w jednej z wielu winiarni. Z drugiej strony, i tak mamy zamiar tu wrócić i pozwiedzać lokalne browary, których też jest bardzo dużo więc miejmy nadzieję, że wtedy pogoda dopisze i zrobimy ten hike. Jako pierwszą winiarnię wybraliśmy Lakewood.

Rodzina Stamp (właściciele Lakewood) zaczęła sadzić krzewy winorośli od ponad pół wieku. Na początku tylko sprzedawali winogrona, dopiero od 1988 zaczęli produkować swoje wina. Rozpoczęli tylko z paroma rodzajami, aktualnie mają ponad 20 rodzajów szczepów.
Jak to bywa w winiarniach, głównym punktem jest testowanie win. Oczywiście polewają Ci tylko tyle, że można wypłukać usta ale przecież na tym polega cała zabawa. Nie można wypić za dużo bo wtedy każde wino zaczyna smakować i za bardzo się nie będzie wyczuwało różnicy. Za testowanie trzeba było zapłacić $2 za osobę, które były odliczane po zakupie butelki wina. Miłe i dobry marketing dla producentów. Nam szczególnie przypadł do gustu Riesling 3-ciej Generacji. Jak nam Pani opowiedziała jest to specjalne wino, które stworzyły wspólnymi siłami wszystkie 3 pokolenia właścicieli winiarni. Ich celem było stworzenie jak najbardziej wytrawnego Rieslinga. Muszę przyznać, że bardzo dobrze im to wyszło. Ja gustuję w Rieslingach głównie z Niemiec. Do tej pory bardzo ciężko było mi znaleźć Rieslinga z Finger Lakes, który uznałam za WOW. Wygląda na to, że znalazłam swój idealnie wybalansowany Riesling.


Tak więc po małych zakupach ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejną winiarnią na naszej liście była Glenora. Dość fajnie położona winiarnia, która posiada też hotel i restaurację. Dziś nie było pogody, żeby pochodzić po okolicy ale na pewno musi tam być cudownie w słoneczne dni.


Tutaj testowanie jest troszkę droższe ($3) ale za to uwiedli nas serami. Do każdego winka był podawany ser który idealnie wypełniał smak. Tym razem skończyliśmy na zakupach serów. Winkami nas nie powalili, aż tak bardzo za to sery mieli wyśmienite. Szczególnie zasmakował nam Twilight Cheddar, Wasabi Cheddar i w ramach eksperymentów wzieliśmy jeszcze czosnkowy cheddar. Może pomyślicie, że ser wasabi do wina totalnie nie pasuje. Ale jak go podali z winem Yellow Cab (mix czerwonych szczepów),  to nie tylko kupiliśmy ser ale też i winko.


Obie winiarnie były dobre, ale to jednak nie było to. Zaczęliśmy więc bardziej szukać i pojechaliśmy do Red Tail Ridge. Miejsce to poleciła nam szefowa Darka. Winiarnia jest bardzo młoda, nawet nie ma 10 lat. Jest prowadzona przez małżeństwo, którym znudziło się życie w miastach. W 2004 roku kupili ziemię w tym rejonie i zaczęli się bawić w farmerów.
Było to drugie miejsce gdzie znalazłam Riesling, który podbił moje serce (albo podniebienie). Finger Lakes bardzo słynie z Rislinga. Ma do tego idealny, trochę zimnawy klimat. Niestety jednak większość ich win jest słodkawa a te wytrawne są zbyt cytrynowe. Na szczęście od czasu do czasu można spotkać idealny, wytrawny Risling.


Kolejny przystanek to winiarnia Dr. Konstantin Frank, założona w 1962 roku. Winiarnia położona na stoku z którego rozpościera się piękny widok na jezioro Keuka. Bardzo spodobało nam się otoczenie winiarni, piękny widok, taras na którym w pogodne dni odbywa się testowanie win oraz bardzo uprzejma obsługa.


Obsługiwał nas Pan, którego rodzina pochodzi z Krakowa, jakiś tam pra-pra dziadek. Tak więc po polsku nic nie mówił ale nazywał się Kruk. Dodatkowo zaplusowali, że nie musieliśmy nic płacić, a do tego przy zakupie wina dostaliśmy zniżkę 25% dla osób z branży.


Ostatnim punktem naszej wycieczki była winiarnia Heron Hill. Też ładnie położona na zboczu góry z przepięknym widokiem na jezioro z pomieszczenia do testowania. Wine Magazine wybrał to pomieszczenie, jako jedno z 10 najlepszych w Stanach. Testowanie kosztuje $5 od osoby, ale dla ludzi z branży było za darmo. Miło z ich strony.


Po testowaniu win Dr. Frank, te już nie powalały nas tak bardzo. Wina z Dr. Frank są poważniejsze i długo ich smak zostaje w ustach. Znaleźliśmy jednak coś dla siebie i wzięliśmy po butelce Chardonnay i Cabernet Franc. 


Pomimo, że pogoda nam nie dopisała i nie udało nam się zrealizować naszego pierwotnego planu to dzień był udany i odkryliśmy nowy świat win, który jest tak blisko Nowego Jorku. Zostaje jeszcze świat serków i piw ale to przy następnej okazji. Ale przecież Nowy Jork to tylko mały region na całej kuli ziemskiej.....czeka nas przecież Kalifornia, Bawaria, Szkocja, Szwajcaria, Francja i wiele innych regionów z pysznym jedzonkiem, winami i innymi przysmakami. Póki co będziemy kontynuować odkrywanie naszego podwórka i za tydzień wyruszamy poznawać mikro-browary w Pensylwanii (Philadelphia).

Dzień zakończyliśmy pyszną kolacją w Luna Mazze Grille w małym miasteczku Hammondsport, oczywiście z winkiem z winiarni Dr. Konstantin Frank.


Ilona

sobota, 30 maja 2015

2015.05.30-Finger Lakes, NY

Finger Lakes jest to rejon w zachodnio-centralnej części stanu Nowego Jorku. Swoją nazwę wziął od układu jedynastu jezior, które swoim wyglądem przypominają palca ręki. Jeziora są długie i wąskie skierowane w jednym kierunku. Jeziora Cayuga i Seneca są największymi jeziorami z tego rejonu jak i jedne z najgłębszych w Stanach Zjednoczonych. Ich dna są poniżej poziomu morza. Oba osiągają długość prawie 64 km (40 mil) i nie osiągają więcej niż 5.6 km (3.5 mil) szerokości. Cayuga jest najdłuższa, kiedy Seneca jest największa i najgłębsza 188 m (618 ft). Jeziora zaczęły się formować ponad dwa miliony lat temu przez lodowiec, który kilkakrotnie tutaj dochodził. Lodowiec miał ponad 3 km grubości. Jak topniał to powstawały gigantyczne rzeki, które płynęly z północy na południe, formując dna aktualnych jezior. Ostatni lodowiec doszedł tutaj 20,000 lat temu i pchał tyle ziemi, że „zbudował” moreny na południowych brzegach dzisiejszych jezior. 10,000 lat temu jak lodowiec stopniał, to woda już nie miała jak odpływać i została uwięziona tworząc jeziora.


Finger Lakes jest też największym i najbardziej znanym rejonem winiarni we wschodnich Stanach Zjednoczonych. Region posiada ponad 200 winiarni. Sławę i sprzyjające warunki region ten zawdzięcza głównie jeziorom i ziemi jaką tutaj zostawił lodowiec. Strome zbocza wokół jezior pomagają w nawadnianiu ziemi deszczem a jednocześnie szybkim wysuszaniu przez napływ suchego lądowego powietrza. Czyli jedne z lepszych warunków do produkcji wina. Ze względu na swój klimat region ten słynie głównie z Cabernet Franc, Cabernet Sauvignon, Pinot Noir i Lemberger. Z białych się wyróżniają Riesling, Chardonnay, i Gewurztraminer. Jest też wiele win z lokalnie uprawianych szczepów jak Niagara czy experymentowanych połączeń szczepów europejskich i amerykańskich o nazwach trudnych do zapamiętania. Finger Lakes zdecydowanie najbardziej przyczynia się do produkcji wina w stanie Nowy Jork, dzięki czemu NY jest trzecim co do wielkości stanem produkującym wina, ustępując miejsca jedynie Kaliforni i Washington.


Jako przyszli właściciele sklepu z winami ciężko było ominąć ten rejon w naszej edukacji. Wiadomo ciężko porównać te wina do Kalifornijskich win z Napa ale przecież nie można się skupiać tylko na jednym rejonie i trzeba być otwartym na inne światy. Tak więc kiedy pojawił się pomysł wyjechania gdzieś niedaleko (400 km), gdzie można spędzić troszkę czasu na świeżym powietrzu Finger Lakes szybko wpadł nam do głowy. Hike w Watskin Glen Stste Park chętnie połączymy z odwiedzeniem jednej czy dwóch winiarni. Niestety mieliśmy szczęście i okazało się, że w ten weekend w miasteczku Watkins Glen jest festiwal wina.


Miasteczko Watkins Glen jest niewielkim miasteczkiem położonym na południowym brzegu jeziora Seneca. Wynajeliśmy tu domek używając airbnb. Domek bardzo fajny, czysty, wolno stojący i zadbany. Niestety nie można tego powiedzieć o wielu innych domkach w miasteczku. Jest pół na pół. Niektóre domki są zadbane i odremontowane, niestety z drugiej strony wiele domów się sypie, lub już w ogóle zostały opuszczone. A szkoda bo miasteczko ma duży potencjał. Bliskość parków stanowych, piękne jezioro, mnóstwo winiarni jak i ścieżki spacerowe przyciągają zapewne setki turystów. Są tutaj ścieżki na hiki od winiarni do winiarni, a także możliwość noclegów po drodze. Część właścicieli szybko przeksztłciła swoje domki w B&B i wynajmuje pokoje. Część niestety nie potrafi nawet posprzątać na podwórku.


Z Nowego Jorku wyjechaliśmy w piątek po pracy i dojechaliśmy dopiero na północ. Szybka kolacja w stylu hiszpańskim i wszyscy zmęczeni podróżą padli do spania. Skoro niedawno wróciliśmy z Hiszpani to nie mogło się obyć bez przysmaków tamtejszej kuchni. Jako największy specjał przywieźliśmy szynkę Iberyjską Bellota i parę serków. Jednak się rozczarowaliśmy. Szynka hermetycznie pakowana nawet w najmniejszym stopniu nie może być porównywalna ze świeżą, którą jedliśmy w Hiszpanii. Była dobra, nie mówimy, że nie, ale świeża szyneczka, krojona przy tobie to jak to się mówi „niebo w gębie”. 


Dziś natomiast główny plan to festiwal wina.
Festiwal sam w sobie miał swoje plusy i minusy. Może my „rozpieszczeni” Nowojorczycy nie potrafimy już docenic mało miasteczkowego klimatu a może za bardzo wzieliśmy to profesjonalnie. Cały festiwal był w parku i na szczęście było kilka namiotów. Pogoda dopisała choć od czasu do czasu padały ulewne deszcze (nie długo – ok. 5 min) ale za to przynosiły fajne ochłodzenie.


Na festiwal przyszło około 30 winiarni i w sumie polewali 200 rodzajów wina. Były większe lepiej znane jak Lakewood – i mniejsze totalnie nam nie znane. Niektóre nam się spodobały i nawet zakupiliśmy ich wina. Ja gustuję w białych winach więc próbowałam głównie Resling Dry albo Chardonay. Niestety nie znalazłam, żadnego winka które spacjalnie przypadło mi do głowy. Nie mówię, że były nie dobre. Większość mi smakowała ale każde wino z tego rejonu cechuje się dużą mineralowatością co nie do końca jest cechą, którą lubię w winie. Darek za to preferuje czerwone wina i tu bardzo zasmakowały mu europejskie szczepy głównie z Bordeaux jak i Pinot Noir. Wina te charakteryzują się pełnią smaku, dobrze wybalansowane z dużą ilością minerałów.


Pochodziliśmy, popróbowaliśmy winek i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zmęczeni piciem winka – ciężko to nawet nazwać piciem. Na testowaniu zazwyczaj polewają ci bardzo mało a do tego co gorsze wina wylewaliśmy aby mieć siłę na testowanie innych. Tak więc wracając do domku wstąpiliśmy do baru na małe piwko aby się ochłodzić. Wybraliśmy bar Rooster Fish, w którym produkują swoje własne piwa.


Finger Lakes słynie nie tylko z win ale też z browarów. Podobno ma bardzo dużo micro-browarów. To które próbowaliśmy było dobre ale wygląda, że na piwną wycieczkę trzeba zaplanować inny weekend. Wracając jeszcze do festiwalu zdziwił mnie brak lokalnych wyrobów. Myśmy mieli bilety food & wine i spodziewałam się popróbować troszkę lokalnych serków i innych specjałów. Niestety poza humussem i makaronem z serem nie mieli dużego wyboru. Widać, że festiwal traktowany jest jako największa atrakacja miasteczka. Przyszło dużo ludzi, niektórzy nawet poprzynosili sobie kocyki, stołeczki i własne jedzenie. Nie dziwię im się. Bardzo fajny sposób na spędzenie soboty czy niedzieli. Cały festiwal umilała muzyka na żywo, winiarnie polewały wino a gdzie nie gdzie można było jeszcze coś przegryść.


Ale to nic w domku czeka nas pyszna kolacyjka. Dziś szef kuchni serwuje jagnięcinę po irlandzku z grila, wieprzowina w marynacie czosnkowo-cytrynowej oraz oczywiście do tego szpinak z Peter Lugera. No to czas zabrać się za szykowanie kolacji i dalszą część relaksu.


Oczywiście kolacja była przepyszna a jagnięcina wyszła najlepsza jaką do tej pory jadłam.


Ilona

poniedziałek, 25 maja 2015

2015.05.24-25-Madryt, Hiszpania

Bueno Sol (piękne słońce) obudziło nas dziś rano wkradając się do naszego pokoju przez drewniane rolety. Przespaliśmy całą noc padnięci po wczorajszym hiku. Podobno w hotelu mamy śniadanie ale stwierdziliśmy, że próba dowiedzenia się czy ono napewno jest wliczone i gdzie serwują jest zbyt skomplikowane dla nas. Dlatego szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy w drogę w kierunku Madrytu. Oczywiście wyjazd z miasteczka jak i przejazd przez góry to multum małych uliczek, zakrętów, serpentyn i rond. Natomiast widoki i roślinność umilały nam drogę. Widzieliśmy nawet kwitnące kaktusy.


Wraz z utratą wysokości widzieliśmy, że zbliżamy się do cywilizacji a jak już zobaczyliśmy wiatraki to wiedzieliśmy, że wąskie uliczki zmienią się wkrótce w autostradę. Do przejechania mieliśmy ok. 500 km (300 mil).


Autostrady w Hiszpanii nie są najgorsze. Wiadomo, że mogłyby być lepsze ale i tak w porównaniu do innych krajów są porównywalne lub nawet miejscami dużo lepsze. Wcześniej czytaliśmy, że autostrady w Hiszpanii są dość drogie. Pamiętam to też z mojego wcześniejszego pobytu tu. Nam się jakoś udało i musieliśmy zapłacić tylko dwa razy i to parę Euro. Zdziwiło nas, że jak dojeżdżaliśmy do Madrytu to autostrada rozchodziła się na płatną i nie płatną. Płatną nikt nie jechał a bezpłatna była bez korków i dobrej jakości. Koło piątej po południu dotarliśmy do Madrytu. Tym razem spaliśmy w innym hotelu zaraz przy Plaza de Espana. Hotel jak to hotel, trzy gwiazdkowy, czysty a co najważniejsze w samym centrum Madrytu. Wypakowaliśmy bagaże i pojechaliśmy na lotnisko oddać samochód. Po co komu samochód w dużym mieście kiedy jeszcze trzeba płacić za parking. Z lotniska wróciliśmy metrem co było kolejną przygodą.


Metro jest tu szybkie, punktualne i czyste. Zdziwiło nas tylko, że w wagonie mieliśmy plany 2 linii z czego żadna nie była nasza. Ale w ciągu 30 minut dojechaliśmy do centrum Madrytu i zaczęliśmy szukać gdzie by tu coś zjeść. Na tym wyjeździe jeszcze nie porównowaliśmy fast-food'ów więc przyszedł czas na KFC i McDonald. Zdecydowanie jakość jest lepsza niż w Stanach, za to McDonald dostał duży plus za serwowanie piwa. I tak zamawiając powiększony zestaw BigMac można zamiast dużej, kalorycznej i niezdrowej Coca-Coli dostać duże, świeże, lekkie piwo.


Posileni ruszyliśmy zwiedzić ostatnią atrakcję Madrytu, którą nie udało nam się zaliczyć tydzień temu. Była to świątynia Debot. Jest to egipska świątynia pierwotnie wybudowana 200 lat przed Chrystusem u źródeł Nilu. W 1960 roku w ramach przebudowy tamy na Nilu świątynia musiała zostać przeniesiona. Hiszpania ją “przygarnęła” i teraz jest jedną z największych atrakcji Madrytu.


Nie jest to duża budowla ale bardzo ciekawa i niesamowite, że przetrwała tyle lat. Na ścianach widać egipskie malowidła które nadal są bardzo czytelne...wow....prawie 2500 lat temu ta budowla została stworzona, potem przeniesiona na inny kontynent i nadal wiele ludzi może ją podziwiać.


Najlepiej jednak oglądać ją w nocy a ponieważ w Hiszpanii ściemnia się dopiero koło 21 to mieliśmy troszkę czasu. Ruszyliśmy więc odkryć dzielnicę Malasana. Podobno jest to najbardziej imprezowa dzielnica Madrytu. Może i jest ale myśmy nie znaleźli w niej nic ciekawego. Fakt było dużo młodych ludzi, zdecydowanie nie nasze klimaty, ale poza opuszczonymi lokalami, murami w graffiti nie widzieliśmy nic ciekawego. Tak więc szybko zmieniliśmy plany i poszliśmy w kierunku znanego nam już centrum. Po wczorajszym hiku nogi nas trochę bolą tak więc nie chodziliśmy za długo a do tego zaczęło się robić chłodnawo więc poszliśmy do restauracji z tapas koło naszego hotelu. Tapaspana, bardzo fajna knajpka w której serwują różnego rodzaju przystawki. Oczywiście nie obyło się bez szynki iberyjskiej i serka.


Ściemniło się więc znów wróciliśmy do świątyni Debot, która znajduje się niedaleko naszego hotelu. Było zdecydowanie mniej ludzi, choć nadal turyści robili sobie pamiątkowe zdjęcia. W nocy bez ludzi to miejsce prezentuje się dużo ładniej. W ciągu dnia można wejść do środka i pochodzić pod murami natomiast nocą można robić tylko zdjęcia z zewnątrz co i tak jest wystarczająco blisko.


Nasze pożegnanie z Hiszpanią nie było jakieś szalone czy intensywne. Po pierwsze byliśmy już zmęczeni troszkę tymi wakacjami....no bo jak to my twierdzimy jak wracasz wypoczęty z wakacji to znaczy, że były nudne. A po drugie Madryt nie jest tak fajny jak Sevilla gdzie na każdym kroku są jakieś kameralne knajpki.

Tak więc ostatnią noc przespaliśmy i zrelaksowani obudziliśmy się następnego dnia. Mieliśmy trochę czasu do samolotu a pamiętając o tych którzy śledzą naszego bloga chcieliśmy jak najszybciej nadrobić zaległości. Tak więc udaliśmy się na śniadanko do Starbucksa. Nie ma to jak poranna kawka, szybki internet i wspominanie hiku poprzez uaktualnianie bloga.


Potem przyszedł czas na zakupy. Bardzo nam smakowała szynka iberyjska jak i winka hiszpańskie więc chcieliśmy trochę przywieść do domu. Zwłaszcza, że tu wszystko jest tańsze niż w Stanach. Tak więc udaliśmy się do pobliskiego supermarketu, wybraliśmy szynkę, serek i parę butelek winka. Fajnie będzie je otworzyć za parę miesięcy i powspominać cudowne wakacje.....bo wakacje były jak „Życie w Madrycie...”


Z hotelu niestety musieliśmy się wymeldować wcześnie, nóżki nas za bardzo bolały aby gdzieś dalej chodzić więc po spakowaniu poszliśmy na lunch do dobrze już znanej nam Tapaspana. Znów skusiliśmy się na ich szyneczkę jak i dla odmiany spróbowaliśmy lokalnych szprotek. Wszystko było przepyszne a kelnerzy widząc, że piszemy bloga, udzielamy się na Tripadvisorze, wystawiamy w internecie zdjęcia z jedzeniem i gonimy po ich restauracji cykając nowe zdjęcie skakali koło nas jakbyśmy byli z jakiejś gazety. W sumie to dobry chwyt, udawać, że jest się kimś znanym a zrobią wszystko, żebyś ich miło zapamiętał. Tak więc nawet porcje dawali nam większe niż normalnie na tapas przystało.


No i na tym skończyły się nasze wspaniałe wakacje. Potem już tylko taxi na lotnisko, lot przez ocean i standardowe odczekanie godziny w kolejce na immigration. Miejmy nadzieję, że przed następnymi wakacjami będziemy mieć już Global Entry. Adios amigos!!!

Ilona


sobota, 23 maja 2015

2015.05.22-23-Sierra Nevada, Hiszpania

Koniec cywilizacji, musimy odpocząć na łonie natury. Były miasta, było morze, więc nastał czas na górki.


Jak się okazało najtrudniejsze dzisiaj było wydostanie się z podziemnego parkingu w Granadzie. Trochę nam zeszło zanim wyjechaliśmy, ale to była wina naszego hotelu. Miał jakieś wadliwe vouchery na parking. Po około 30 minutach jazdy na południe od miasta zjechaliśmy z autostrady, i tutaj zaczęła sie zabawa. GPS w samochodzie powiedział nam, że do celu, do miasteczka Capileira mamy zaledwie 30 km, ale pojedziemy godzinę. Godzinę, 30 km?!? Zaczęliśmy się zastanawiać.... Coś chyba nie tak. Po przejechaniu pierwszego kilometra wszystko się wyjaśniło. Były takie ostre serpentyny, że ledwo co można było jechać 30 km/h. W dodatku Hiszpanie jeżdzą jak to Hiszpanie.... szybko i ścinają zakręty.


Udało się jednak troszkę nadrobić i za 45 minut dojechaliśmy do Capileira. Bardzo małe miasteczko (500 mieszkańców) położone na wysokości 1400 metrów. Wszystkie domy pomalowane na biało, wąskie uliczki, parę sklepów, restauracji i lokalni wałęsający się po ulicach. Typowe, hiszpańskie, górskie miasteczko, fajny klimacik. Jutrzejszą noc mamy w nim spędzić to pewnie go lepiej poznamy i opiszemy.


Prosto skierowaliśmy się do "centrum" informacji. Mały, biały domek, do którego musiałem się schylić jak chciałem wejść. Pan nawet mówił troszkę po angielsku więc udało nam się dowiedzieć parę rzeczy o naszym hiku. Wyjechaliśmy z miasteczka i jeszcze jechaliśmy parę kilometrów w głąb doliny, ale już za wiele się nie podnosząc. Dojechalismy do jakieś starej hydroelektrowni i tam zaparkowaliśmy nasz samochód. Nie było żadnego parkingu ani nic takiego, samochód został zaparkowany na poboczu odludnej drogi. Miejmy nadzieje, że jutro tam będzie stał cały i z naszymi bagażami.


Byliśmy na wysokości 1500 metrów, nasze schronisko jest na 2500. Mamy do zrobienia tysiąc metrów do góry i lekko ponad 7 km. Pogoda troszkę mało ciekawa, na wysokości ok. 2000 m widać chmury, które zasłaniają szczyty Sierra Nevada. Szlak nie rozpieszczał od początku i ostro zaczął się wspinać do góry. Potem były małe niespodzianki, jakieś opuszczone wioski, jakieś rozgałęzienia, szlak trochę schodził w dół i szedł fajną dolinką.


Dużo było ścieżek wydeptanych prawdopodobnie przez pasące się zwierzęta. Parę razy zmyliło nas to i wylądowaliśmy w chaszczach, z których musieliśmy się wracać. Po drodze mijaliśmy parę górskich strumyków, parę akweduktów, pastwiska baranów na których się ich setki pasły.


Potem zrobiło się trochę płasko i zaczęliśmy się martwić. Bo ubywało kilometrów, a wysokości nie przybywało. I się zaczęło, ostatni kilometr był ostry, stromo..... ale w sumie spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Nawet jakoś się szło, może dlatego, że nie było słońca, temperatura była tylko 10C i powiewał chłodny wiaterek. Nie pociliśmy się.


W końcu ukazało nam się nasze schronisko. Duży, murowany budynek. Jak się późnie okazało to ma prawie 100 lóżek. Nam się dostał pokój numer 1 w którym może spać ponad 20 osób. Oczywiście nie wiemy jak nasz znajomy z Peru robił nam rezerwację, ale oczywiście jej nie mieliśmy. Dobrze, że schronisko nie jest pełne i nie było problemu z łóżkiem. Poprosiliśmy znajomego żeby tutaj zadzwonił, bo pewnie łatwiej im się było dogadać po hiszpańsku. Chyba jednak nie....


Zajęliśmy nasze łóżka, położyliśmy na nich śpiwory i wróciliśmy na świetlicę. Wzięliśmy butelke winka Rioja Tempranillo i odpoczywaliśmy. Na początku prawie nikogo nie było, ale tak po 7 wieczorem zaczęło się trochę ludzi schodzić. Było gdzieś 8 grup i każda mówiła innym jezykiem. Nawet było też dwóch chłopaków z Polski do których się dosiedliśmy i stworzyliśmy polską grupę.
O 20 mają podawać kolację. Ciekawe co będzie do jedzenia?


W trakcie kolacji troszkę pogadaliśmy z rodakami. Oni tutaj w tych górkach spedzają tydzień. Chodzą od schroniska do schronu i tak przez tydzień....Nice....!!! Z tego co oni powiedzili to w górach Sierra Nevada jest tylko jedno prawdziwe schronisko (to w którym jesteśmy) natomiast reszta to tak zwane schrony, czyli murowane cztery ściany i dach i nic poza tym.


Na kolację dostaliśmy cztery posiłki. Zupa, makaron, kurczak i deser. Zamiast górskiej kozicy, które jak widać na powyższym obrazku chodzą wokół schroniska dostaliśmy kurczaka. Może i dobrze bo te kozy są takie fajne. Jedzenie było dobre, poza deserem, który im nie wyszedł, panacota z miodem. Jest godzina 21 wieczorem, powoli trzeba będzie mysleć o śpiworku i łóżeczku. Jutro ciężki dzień idziemy na szczyt Mulhacén, 3500 metrów. Na szczycie w południe ma być -5C. Jak w południowej Hiszpanii w lato, nie?
Od 22 i tak panuje cisza nocna, więc za długo nie posiedzimy w świetlicy.
Dobranoc.

Noc przebiegła spokojnie. Chociaż często się budziliśmy. Wiadomo, 2500 metrów i brak aklimatyzacji robi swoje. Jak wchodziliśmy w śpiwory to było zimno, więc wyzapinaliśmy się po szyję. W nocy chyba musieli grzać bo często było słychać jak ludzie rozpinają śpiwory. Obudziliśmy się rozpięci i bez skarpetek.
Śniadanie serwują od 7-9 rano. Nic specjalnego, ale co mamy oczekiwać? Byleby tylko załadować w siebie kalorie i w góry. Fajny klimat rano w świetlicy panował. Ludzie jedząc śniadanie oglądali mapy, sprawdzali pogodę, rozmawiali o warunkach w górach. Typowe śniadanie w schronisku.
W schronisku mają wypożyczalnie sprzętu, ale powiedzieli, że już nie ma dużo śniegu i damy radę. Są jeszcze duże płaty śniegu, ale można je obejść.
Zostawiliśmy większość naszych rzeczy, bo i tak tu wrócimy i już z lekkimi plecakami poszliśmy w góry.


Na początku szliśmy wzdłuż strumyka Mulhacén, aż do jezior które znajdowały się na wysokości około 3000 metrów. Szlak nie był trudny, trochę skałek, ale nic wielkiego, czasami było troszkę śniegu, ale albo przez niego szliśmy, a jak było za stromo to obchodziliśmy.


Od jezior się zaczęło. Po pierwsze, byliśmy już na wysokości ponad 3000 metrów, więc tlenu mniej, po drugie nachylenie stoku się zwiekszyło, a po trzecie, pogoda przestała z nami współpracować. Wiatr się zwiększał, robiło sie chłodniej (-5C) i chmury zaczęły wszystko zasłaniać.


Szły z nami dwie inne grupy. Jedni z Austrii, a drudzy lokalni z Hiszpani. Wreście o 12:30 pm stanęliśmy na szczycie!!!!!!!!


Mulhacén, 3482 metrów (11,423 ft) jest to najwyższy szczyt Hiszpanii i najwyższy w Europie poza Alpami i Kaukazem. Jest to też najwyższy szczyt w Europie na jaki się wspinaliśmy. Wychodziliśmy na wyższe, ale na innych kontynentach.
Na górze było parę innych grup, którzy zbierali się do schodzenia w dół, bo niestety warunki pogodowe nie sprzyjały.


Na szczyt dochodzą trzy szlaki. Jeden od jezior (nasza droga), drugi, północny, bardzo techniczny i trzeci południowy (granią), tym co mamy schodzić. Po paru pamiątkowych zdięciach, filmie i krótkich dialogach z innymi zaczeliśmy schodzić granią w dół. Na początku się szło nawet OK, szlak był oznaczony i pogoda sprzyjała. Nie było dużo chmur. Wiedzieliśmy, że muismy odbić w prawo, żeby dojść do schroniska. To już nie był szlak, ale ludzie tamtędy chodzą, więc ścieżka powinna być wydeptana.


Po pół godzinie pogoda się zmieniła. Znowu wyszły duże chmury i widoczność się zmniejszyła do paru metrów. Tutaj muszę naskarżyć na leni Hiszpanów. Ich szlaki w ogóle nie są oznaczone. Nigdzie nie ma namalowanego szlaku na skałach albo drzewach, czasami (bardzo rzadko, raz na kilometr) jest wbity słupek w ziemię z numerem szlaku. Są kopczyki z kamieni, ale też bardzo rzadko. Podczas widoczności na parę metrów jest ciężko. Szliśmy pomału, oczywiście nie wiedząc czy idziemy szlakiem czy nie. Zaczął padać śnieg i wiatr się wzmagał. Widoczność była na parę metrów. Za pomocą GPS, mapy topograficznej i map satelitarnych załadowanych wcześniej na telefon szliśmy w kierunku schroniska. Szło się ciężko, były mokre skały i dosyć stromo. Czesto słyszeliśmy ludzi, którzy pobłądzili i się nawzajem nawoływali. Myśmy tylko słyszeli głosy, ale widoczność była tak mała, że nie można było nikogo zobaczyć.


W pewnym momencie wpadło na nas czterech Hiszpanów, którzy zaczęli nam tłumaczyć gdzie chcą iść. Oczywiście jak to Hiszpanie nie mieli żadnej mapy, ani nic bardziej zaawansowanego. Szli na jakiś autobus, który gdzieś miał przyjechać. Oczywiście nie szli w dobrym kierunku. Otworzyliśmy nasze mapy i dopiero tam nam pokazali gdzie chcą iść. Tak się składało, że ich pół "trasy" pokrywało się z naszą, więc wyprowadziliśmy lokalnych z gór. W połowie drogi pokazaliśmy im gdzie mają iść i poszliśmy w naszym kierunku. Ciekawe czy doszli do celu? Przynajmniej mają nauczkę, że w takie duże góry nie idzie się bez przygotowania. Pogoda może się szybko zmienić i wtedy jest ciężko.


Gdzieś na wysokości 2600 m wyszliśmy z chmur i wreszcie widzieliśmy gdzie idziemy. Po chwili również ukazało nam się schronisko, więc nawet jak szlak był nie oznaczony to szliśmy na azymut.


Po kolejnej godzinie dotarliśmy do schroniska. Tutaj w końcu mogliśmy odpocząć i się posilić. Piwko i konserwa świetnie smakowały, ale też nie mogliśmy się rozsiadać, bo musieliśmy zejść na dół. 7 km i 1000 metrow w dół. Obowiązkowe zakupienie pamiątkowych koszulek ze szczytem Mulhacén (można już było je kupić, bo szczyt zaliczony) i w drogę.


Zejście przebiegło bez żadnych komplikacji i po 2:15, ku naszej radości, ukazała się nasza BMW. Pod koniec schodzenia czuliśmy nasze kolana. Ten dzień był dla nich dużym obciążeniem. Najpierw 1200 metrów (4000 ft) do góry, a potem 2200 metrów (7200 ft) w dół. W sumie w ten dzień zrobiliśmy 18 km. Im bardziej schodziliśmy w dół tym ładniejsza pogoda się robiła. Wreszcie mogliśmy podziwiać piękną dolinę i otaczające je góry w których spędziliśmy ostatnie 2 dni.


Schodząc w dół towarzyszyły nam nie tylko kozy i barany ale też super lokalne strachy na wróble. Nawet dobrze mówili po angielsku.


Góry Sierra Nevada, położone są 20 km od wybrzeża Morza Śródziemnego. Nie przypuszczaliśmy, że Hiszpania ma aż tak potężne góry. Jak już wspominaliśmy najwyższy szczyt to Mulhacen ale jest też wiele innych szczytów powyżej 3000 m które warto zdobyć. W tych górach położony jest również duży resort narciarski. Jak to w europejskich górach znajduje się też dużo małych klimatycznych miasteczek położonych na stromych stokach gór.


Głodni, zmęczeni i spragnieni zapakowaliśmy się do samochodu i po 20 minutach dojechaliśmy do Capileira. Nawet szybko udało nam się znaleźć hotel. Pomimo, że miasteczko jest niewielkie to dla osoby spoza miasteczka trudno jest nawigować i cokolwiek znaleźć. Jeżdżenie samochodem po tych wąskich, stromych uliczkach nie było łatwe. Mimo, że miasteczko jest nastawione na turystów pan w naszym hotelu w ogóle nie mówił po angielsku. Często za to lubiał powtarzać “bueno”. Udało nam się jednak dowiedzieć przy pomocy języka migowego i paru słów hiszpańskich które znamy, gdzie mamy zaparkować samochód i gdzie jest nasz pokój. Bardzo przytulny pokoik tak jak i miasteczko, z przepięknym “buena vista”. Zdziwiło nas tylko, że w hotelu było dość zimno i nie można było włączyć ogrzewania. Wygląda, że dla nich to jest środek lata nawet pomimo, że na zewnątrz jest tylko 10C.


O restaurację już się nie pytaliśmy na recepcji bo stwierdziliśmy, że i tak się nie wiele dowiemy. Poszliśmy za to na główną ulicę (czyli pod hotel) i znaleźliśmy restaurację El Asador która nam od razu przypadła do gustu. W restauracji było menu po angielsku, przyjmowali karty kredytowe i było kilka innych grup. Czyli wyglądało dość obiecująco. I tak rzeczywiście było. Wybór był dość bogaty. Mieli troszkę dań kuchni włoskiej ale to od razu wykreśliliśmy jako opcję. Ostatnie doświadczenia nam pokazały, żeby jednak trzymać się ich lokalnej kuchni. Naszą uwagę przykuł dział lokalnego mięsiwa. Więc na przystawkę poleciał oczywiście Iberian Ham, tutaj trzeba dodać, że porcja było wielka. Ilonka zamówiła kawałek wieprzowiny marynowany w papryce i czosnku a ja poszalałem i zamówiłem całą nogę jagnięcia.


Ale było pyszne. Porcje były ogromne więc winko do kolacji się przydało i poprawiło nam trawienie. Kelner polecił nam winko z niedalekiej Granady i był to rzeczywiście dobry wybór. Idealnie pasowało do naszych mięs. Byłem głodny a do tego jedzenie było przepyszne więc zajadałem aż mi się uszy trzęsły.


Bardzo polecamy tą restaurację, Al Asador. Jak będziecie w okolicy albo znudzą wam się plaże i będziecie chcieli schłodzić się w górach to polecamy miasteczko jak i wspomnianą restaurację. Po kolacji byliśmy tak zmęczeni, że od razu padliśmy do łóżka w śpiworach bo było tak zimno.

Darek