Dziś
cały
dzień
miał
być
dedykowany Sewilli.
Jak już
Darek pisał
we wcześniejszym
wpisie wczoraj udało nam się trochę liznąć
Sewillę,
zobaczyć
katedrę,
starą
fabrykę
tytoniu i najsłynniejszy
hotel Alfonso XIII. Hiszpanie żyją
w swojej własnej
strefie czasowej i restauracje otwierają
o 20 godzinie, my się pomału
przestawiliśmy
na "lokalny" czas i wczoraj poszliśmy
spać
koło
3 rano (pisanie bloga zajmuje trochę
czasu). Tak więc
dziś
spaliśmy
prawie do południa.
Po szybkim śniadanku
ruszyliśmy
na miasto.
Pierwszy nasz punkt to Plaza de Espana przy Parku Maria Luisa. Plac Hiszpanii – na pierwszy rzut oka jest super. Budowa tego obiektu została ukończona w 1928 roku. Pierwotnie miały się odbywać tam targi przemysłu i technologi. Dziś budynek zajmują agencje rządowe a plac jest niebanalną atrakcją turystyczną. Mnie powaliła nie tylko architektura (Art-Deco) ale przede wszystkim stan w jakim to wszystko jest zachowane. Nie sądzę, żeby on był zamykany na noc a mimo to jest czysty, zadbany i aż miło tam spędzić czas. Oczywiście nie brakuje ludzi handlujących pamiątkami i łódek które można wypożyczyć i przepłynąć „sadzawkę” wokół placu.
Następnie
parkiem przeszliśmy nad rzekę. Park jak to park, zdecydowanie
wyróżnia się roślinnością. W przeciwieństwie do roślinności
klimatu umiarkowanego tu przeplata się bardziej roślinność
tropikalną. Widzieliśmy nawet drzewa z pomarańczami co dla nas nie
jest typowym widokiem.
Rzeką
chcieliśmy się przejść w rejony starego miasta (czytaj katedry)
ale szybko wybrzeże nas rozczarowało. Nie było za bardzo
zagospodarowane. Dopiero później dość mały kawałek był deptak
i ludzie chętnie tam biegali. My jednak uderzyliśmy do Katedry.
Google nam wcześniej powiedziało, że katedra otwarta jest do
17:30....a tu upsss....na miejscu się okazało, że do 15:30....tak
więc nici ze zwiedzania katedry w środku. A szkoda bo chętnie
byśmy zobaczyli jak wygląda 3 co do wielkości katedra od środka, pozostało nam tylko podziwianie zewnętrznej dekoracji.
Ostatnią
atrakcją w tym rejonie miasta był zamek, Alcazar. My kupiliśmy
bilety wcześniej na internecie aby ominąć kolejki i wejście
mieliśmy dopiero na 5:30. Takim sposobem mieliśmy troszkę czasu
który postanowiliśmy wykorzystać na odwiedzenie Bodegi Santa Cruz.
Miejsce to słynie z dwóch rzeczy. Po pierwsze podobno mają
najlepsze tapas a po drugie rachunki piszą na ladzie.
Rzeczywiście
nie da się ukryć tapas mają bardzo dobre a szczególnie szynkę,
Iberian Ham. Szynka na podobieństwo szynki parmeńskiej, prosciutto
itp. która produkowana jest tylko ze świń wychodowanych na ziemi
hiszpańskiej. Podobno do roku 2005 szynka ta była nie do kupienia w
Stanach Zjednoczonych, gdyż nie przeszła standardów sanepidu. Na
szczęście to się zmieniło bo szynka jest przepyszna.
Szynkę
można przechowywać podobno nawet do dwóch lat. Ważne jest aby jej
koniec (nogi) były zawinięte w papier w celu zachowania świerzośći.
A kiedy zacznie się ją już jeść dobrze jest przykrywać ją
folią plastikową lub aluminiową. Tak przynajmniej powiedział nam
barman, po hiszpańsku, którego Darek poznał jak ja buszowałam po sklepie z
pamiątkami. Darek zna troszkę hiszpańskiego (meksykańskiego) z Mangi, więc miejmy nadzieję, że wszystko dobrze zrozumiał, bo mamy zamiar przywieźć ze sobą do Stanów "kawałeczek”. Ciekawe co na to powiedzą celnicy na JFK?
Ja natomiast w sklepie spotkałam polkę. Dość dużo
polaków się tu spotyka ale co się dziwić jak wszyscy jesteśmy
jedną wielką europejską rodziną. Oczywiście w między czasie jak ja byłam w sklepie Darka zainteresowała pewna beczka i spróbował lokalnego wina. Nam to smakowało jak cherry, ciekawe czy właściciel je robi sam w piwnicy.
Zbliżał
się czas wejścia na zamek i musieliśmy pożegnać się z przemiłym
barmanem. Na koniec oczywiście barman dostał od nas napiwek. I tu
kolejna fajna reakcja...wziął monetę i jak w koszykówkę, rzucił
monetę do wiaderka gdzie trafiały wszystkie napiwki. Szczerze,
szacując po odległości nie było to łatwe zadanie.
W
końcu przyszedł czas na Alcazar. Jest to zamek królewski, który
pierwotnie wybudowany był przez muzułmańskiego króla a następnie
po podboju Andaluzji przerobiony na zamek królewski, który do dziś
uznawany jest za jeden z najładniejszych w Hiszpanii.
Rzeczywiście
zamek robi wrażenie, choć według mnie nadal wygrywa zamek w
Grenadzie. Tam będziemy dopiero za kilka dni. Oba zamki jak i
większość budowli w Andaluzji cechuje połączenie stylów
islamskich z europejskimi. Mnie się to bardzo podoba. Wprowadza to
trochę egzotyki od europejskiego stylu i sprawia, że Andaluzja jest
wyjątkowa.
Zdecydowanie
najładniejsze w zamku były ogrody. Niesamowicie duże, zadbane i
nawet był tam nie jeden paw. Jak widać zdecydowanie przykuł naszą uwagę i został obfotografowany i sfilmowany na dziesiątą stronę.
Ogrody
otoczone są murem, po którym można się przespacerować i
podziwiać ogrody z góry. Szczerze....duże to...ciekawe czy my
zwiedziliśmy to całe.
Udało
nam się za to znaleźć łaźnie, a właściwie jedną dużą wannę.
Ciekawe, muszę przyznać...ale kąpać bym się tam nie chciała.
Ciekawe jak często zmieniali tam wodę i ile osób naraz tam
wchodziło. Podobno służyło to też za miejsce schładzania się. Rzeczywiście jak się tam weszło to powiewał przyjemny chłód. Pewnie dlatego, że cała łaźnia znajdowała się pod ziemią.
Ostatni
punkt na naszej mapie Sewilli to Parasol. Dokładna nazwa to Espacio
Metropol Parasol. Jest to drewniana struktura o wysokości 26 m po
której górze można chodzić. Podobno jest to największa drewniana
konstrukcja i jak to bywa na współczesną sztukę nie do końca
można zrozumieć co autor miał na myśli. Pomysł jednak mi się
podoba i jako platforma widokowa spełnia swoje zadanie.
Ponieważ często architektura wygląda lepiej jak jest podświetlona to postanowiliśmy zjeść kolację i poczekać na zmierzch. Dodatkowo chciałam wspomnieć, że spacerek z Alcazar do Parasola to ok. 15-20 minut na nóżkach. Wybraliśmy restaurację (która bardziej przypomina jadłodajnię albo bar mleczny), która była dość blisko i miała bardzo dużo klientów. Niestety jedzenie nie było najlepsze. Zamówiliśmy mix wędlin które były bardzo dobre ale chleb i hiszpański placek ziemniaczany już nie przypadły nam do gustu.
Ściemniło się i ruszyliśmy pochodzić po parasole. Zajęło nam trochę czasu aby zorientować się gdzie jest wejście ale zauważyliśmy dużą wycieczkę i poszliśmy za nimi. Pani w kasie myślała, że jesteśmy z nimi więc nie musieliśmy nic płacić, choć i tak nie jestem pewna czy trzeba. Z tego co mi się wydaje płatne jest tylko muzeum powstałe w podziemiach Parasola. Muzeum to powstało jak wykopywali ziemię pod budowę i odkryli stare mury. Niestety dość krótko w ciągu dnia jest ono otwarte i już z góry wiedzieliśmy, że nam się nie uda go odwiedzić. Mogliśmy tylko zobaczyć przez szybę jego fragment.
Wyjechaliśmy
na górę i rzeczywiście fajne to. Na samym szczycie zrobili chodnik
i można zobaczyć Sewillę z góry ze wszystkich stron świata.
Dodatkowo wrażenie, że chodzi się po czymś co wygląda dość
krucho jest niesamowite.
To
co nas zaskoczyło to fakt, że Sewilla jest dość niska. Budynki
które wystawały ponad miasto to w większości kaplice, kościoły,
zamki itp.
Do
hotelu standardowo wróciliśmy na nóżkach ale już bez żadnych
dodatkowych przystanków. Jutro ruszamy jeszcze dalej na południe.
Pierwszy przystanek to Gibraltar.
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz