Druga noc w tym
samym hotelu – jak dla nas to już rozpusta. Uczciliśmy to nawet
śniadaniem w hotelu....tak wiem, jak dla nas to druga rozpusta.
Mieliśmy nadzieję na jakieś lokalne śniadanie. Niestety poza
szynką iberyjską, paroma lokalnymi serami i większym wyborem soków
owocowych to nie wiele to się różniło od hotelowych śniadań.
Ale było świeże i smaczne. Pojedzeni ruszyliśmy w drogę. Dziś
kierunek Gilbraltar....a zaraz po tym Malaga.
Droga jak to droga w
południowej Hiszpanii. Darek, znów stwierdzał, że nie ma lasów,
za to był zachwycony ilością wiatraków i jak Don Kichot chciał
je gonić. Po krajobrazie i wykorzystaniu energii naturalnej widać
było, że zbliżaliśmy się do oceanu. A ja już z góry
uprzedzałam, że na Giblartarze wieje.
Ja już na Gibraltarze
byłam wcześniej ale chętnie chciałam go zobaczyć po paru latach.
Dodatkowo bardzo mi się podobał – szczególnie małpki więc
miałam nadzieję tym razem zrobić troszkę lepsze zdjęcia niż za
pierwszym razem. Po przjechaniu ok. 150 km dotarliśmy do granicy
Gibraltaru. Z wcześniejszego doświadczenia wiem, że nie warto
pchać się na Gibraltar własnym autem tak więc zaparkowaliśmy w
miasteczku które graniczy z Gibraltarem. Z parkingu do przejścia
granicznego mieliśmy 5 minut na nogach. Darek najbardziej cieszył
się z 3 rzeczy, po pierwsze przeszedł przejście graniczne na
nogach, po drugie przeszedł po płycie czynnego lotniska, a po
trzecie był w nowym kraju, w którym jeszcze nigdy nie był.
Z granicą wszystko było
fajnie ale pan powiedział nam po polsku „Dzień dobry, dziękuję!”
a my byliśmy w takim szoku, że zapomnieliśmy poprosić o pieczątki
do paszportów. Szkoda....ale sami przyznajcie, kto by się
spodziewał polskiego celnika na Gibraltarze. Szok na maxa.
Drugą atrakcją jest
przejście przez płytę lotniska. Gibraltar ma lotnisko. Podobno
pasażerskie loty na Gibraltar zostały wznowione dopiero w 2006
roku. Niestety to państwo-miasto jest otoczone skałą i nie ma
wiele miejsca na stworzenie lotniska więc pas startowy przechodzi
przez zwykłą ulicę. Albo na odwrót...ulica wylotowa z kraju
przechodzi przez pas startowy.
Po standardowych zdjęciach
na pasie startowym ruszyliśmy główną ulicą do centrum miasta.
Gibraltar należy do Angli. W 1969 roku Giblartalczycy mogli
zdecydować w referendum czy chcą należeć do Angli czy Hiszpani,
12,138 osób zagłosowało za Anglią a tylko 44 za Hiszpanią. Takim
sposobem Gibraltar stał się kolonią Angielską, która używa
funtów i euro na przemian, jeździ po prawej stronie ale nadal
najbardziej popularnym daniem jest Fish & Chips. Jest też duży
plus, napisy i ludzie są dwu języczni.
Szczerze, spodziewałam
się troszkę innych sklepów na głównej ulicy. To co zobaczyliśmy
to nic innego jak ulica Floriańskaw w Krakowie, albo Krupówki w
Zakopanem. Pełno sklepów z ciuchami, kosmetykami i sprzętem
elektronicznym, a tylko od czasu do czasu jakiś sklep z pamiątkami.
Tak idąc, po 20 minutach doszliśmy do kolejki na szczyt Gibraltar
lub jak inni to nazywają na szczyt skały, która znajduje się
ponad 400 metrów n.p.m.
Kolejne zaskoczenie. Z
tego co ja pamiętałam, to kolejka zatrzymywała się w tzw.
mid-station. Stacja w połowie góry miała swój urok, bo jak ja tam
byłam, to było tam dużo małp. Kilka nawet otoczyło moją
koleżankę tylko dlatego, że coś jadła. Niestety aktualnie
kolejka nie zatrzymuje się w połowie drogi między kwietniem a
październikiem. Jak się spytałam pani dlaczego to odpowiedziała
„my nie obsługujemy”. Hmmm....dziwne to trochę.
Jadąc na górę nie
widzieliśmy małp....pewnie przeniosły się tam gdzie są ludzie.
Małpy na Gibraltarze, żyją swobodnie, ochrona parku chce im
zagwarantować jak najbardziej naturalne warunki, ale one doskonale
widzą, że tam gdzie ludzie jest jedzenie.
Wyjechaliśmy na szczyt.
Porobiliśmy parę zdjęć na wszystkie strony świata i spotkaliśmy
parę małp. Jak dla mnie było ich za mało. Widok nie wiele się
zmienił. Dalej był niesamowity. Stoisz na górze, a z każdej
strony co innego widać. Z jednej wąski ląd i granicę z Hiszpanią,
z drugiej port, z trzeciej kanał gibrartarski i w oddali Afrykę (do
której się wybieramy za 4 miesiące), a z czwartej niekończące
się Morze Śródziemne. Darek nazwał wszystko jedną wielką
komercją i centrum handlowym. Dopiero później zmienił zdanie jak
poszliśmy w mniej uczęszczane trasy. Zanim to się jednak stało
zrobiliśmy sobie małą przerwę na piwko. Darek jako smakosz piwa
szybko odkrył, że coś jest nie tak z jego piwem. Jak się okazało,
piwo było przedatowane. Na szczęście pracownicy stoiska grzecznie
nam podziękowali za zauważenie i pozwolili wymienić jedno na dwa
inne piwa. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy zwiedzać dalej. W
planie mieliśmy zejść do jaskiń, Micheal's Caves i sprawdzić ile
małp jest po drodze.
Plan nawet się udał. Po drodze spotkaliśmy troszkę małpek. Jedne miały nas gdzies i nie reagowały na nic, inne były młode i chciały się bawić i skakać po czym tylko się da, a inne po prostu szukały jedzenia.
Można było do nich dość blisko podchodzić a one spokojnie siedziały i nie bardzo przejmowały się samochodami czy ludźmi chodzącymi obok nich. Widać, że dla nich to normalka i same garną tam gdzie jest cywilizacja.
Doszliśmy do jaskiń....wszystko fajnie aż do momentu rozczarowania. Jaskinia jest dość duża, choć nie mogliśmy przejść całej trasy (hmmm....znów nie obsługujemy???), do tego gra świateł. Ja rozumiem, że to jest fajne jak się tylko ogląda jaskinie ale do zdjęć to była masakra. Zdjęcia wychodziły jak z jakiś filmów science-fiction i ciężko było ustawić fajne światło.
Dużo lepiej by było
jakby stosowali naturalne/żółte światło.
Po przejściu jaskini (ok.
20-30 min.) wróciliśmy z powrotem na szczyt kolejki. Z jednej strony
gonił nas czas a po drugie stwierdziliśmy, że i tak nie ma małp w
mid-station więc po co tam iść. I mieliśmy rację. Większość
małp skakała po wagoniku kolejki. Najpierw niewinnie sobie skakały
ale ludzie jak to ludzie zobaczyli blisko małpki i chcieli sobie z
nimi zrobić zdjęcie. A małpka jak to małpka jak zobaczyła blisko
coś na co może skoczyć to skoczyła. I takim sposobem niektórzy
turyści mają zdjęcia jak małpka im chodzi po ramionach, itp. Ja
tam się cieszę, że nic mnie nie podrapało.
Skała jest największą
atrakcją na Gibraltarze. Drugim ważnym punktem wycieczek jest
Europa Point. Teoretycznie z tego miejsca widać całe Morze
Śródziemne jak i Afrykę. Ludzkie oko mogło dziś zobaczyć
Afrykę...aparat chyba jednak nie do końca to uchwycił. Nie jest to
najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnej Europy ale
byliśmy wystarczająco blisko. Najbardziej wysunięty punkt jest po
stronie Hiszpańskiej parę kilometrów od Gibraltaru.
W punkcie Europa znajduje
się pomnik Generała Władysława Sikorskiego, którego samolot rozbił
się tutaj w 1943. Generał wraz z 16 innymi ludźmi nie przeżył
tej katastrofy. Do dziś trwają spory, czy był to zamach, czy
jedynie wypadek.....
Nie tracąc czasu po
Europa Point wróciliśmy do granicy. Zanim jednak to się stało to
czekała nas kolejna niespodzianka. Wcześniej w punkcie informacji
pan nam powiedział, że z punktu Europa można wrócić autobusem
numer 2 do Market Place i potem przesiąść się na numer 5. Taki
też mieliśmy plan dopóki nie dowiedzieliśmy się, że linia numer
5 jest obsługiwana przez inną firmę i w związku z tym pomimo że
mamy całodniowe bilety musimy dopłacić 2 EUR. My to olaliśmy i
poszliśmy na nogach. I dobrze....dzięki temu mogliśmy zobaczyć
jak lądował samolot. My uchwyciliśmy samo kołowanie ale to i tak
dużo, że mieliśmy szczęście spotkać w ogóle jakiś samolot
lądujący na Gibraltarze.
Zaraz po Gibraltarze, po
krótkiej przerwie na bułeczkę i konserwę ruszyliśmy do Malagi.
Malaga jest sprawcą całej tej wycieczki. Darek znał kiedyś osobę
z Malagi, która tak mu polecała to miejsce, że podczas losowania
Darek umieścił ją na naszej liście.
Z Gibraltaru do Malagi
było ok. 120 km. Czyli nie tak źle. Do tego widoki rozpieszczały
nas jeszcze bardziej. Gdzie niegdzie górki, gdzie niegdzie plaża.
Za to samochód ma trochę do życzenia. Ma nowy system, który
automatycznie wyłancza silnik po 5 sekundach stania w korku. Ponoć
ma to oszczędzać paliwo. Niestety bardziej to drażni niż to całe
oszczędzanie jest warte. Cały czas wyłancza silnik a co za tym
idzie też klimatyzację. Ruszając ze świateł, silnik się
automatycznie zapala ale trwa to parę sekund. Jest to drażliwe
zwłaszcza w jeździe po miastach. Dobrze, że można to wyłączyć
jednym przyciskiem. Wkońcu dotarliśmy do naszego hotelu, Las Vegas.
Tak to nazwa naszego hotelu. Hotel znajduje się przy samej plaży
więc teraz pisząć bloga siedzę sobie na balkonie i słucham szumu
fal...
Nie tracąc czasu
ruszyliśmy na miasto. Nie planowaliśmy dziś dużo zwiedzać tylko
odwiedzić stare miasto, wstąpić na jakąś przekąskę i wrócić
do hotelu. Jako naszą destynację wybraliśmy El Pimpi. Jest to
restauracja otwarta w 1971 roku. Przez El Pimpi przewinęło się
wiele sławnych ludzi. Jak np. rodzina Picasso, Antonio Banderas,
Tony Blair.....
Byliśmy w sumie
najedzeni, więc zamówiliśmy tylko deskę (talerz) serów i butelkę
wina Verdejo. Lekkie, fajne, chłodne, lokalne winko idealnie
pasowało do zestawu serków.
Po drodze do tej
restauracji zobaczyliśmy zamek który chętnie odwiedzimy jutro.
Po wypiciu winka,
przekąszeniu serków i poznaniu lokalnej restauracji postanowiliśmy
po pierwsze wrócić tam jutro na nadziewane bułeczki (specjalność
tego regionu) jak i odwiedzić bar z Craft Beers. Piwa z
mikro-browarów przyciągają naszą uwagę coraz bardziej więc
grzechem byłoby nie spróbować Hiszpańskich specjałów. Takim
sposobem doszliśmy do knajpki: Cerveceria
Arte & Sana Craft Beer Cafe. Trzeba przyznać, że chłopaki mają
bardzo ciekawy wybór. Mają kilkaset rodzajów piw z całego świata.
Myśmy próbowali hiszpańskich po wpiciu dwóch na miejscu udało
się wziąć jeszcze jedno do hotelu.
Po
relaksie przy piwku wróciliśmy do hotelu i siedząc na balkonie
słuchaliśmy fal Morza Śródziemnego. Jutro
dalsza część wyprawy...Granada a potem Sierra Nevada i spanie w
schronisku...będzie na pewno ciekawie.
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz