Madryt jest stolicą i
zarazem największym miastem Hiszpanii. Jest też trzecią co do
wielkości metropolią w Unii Europejskiej, zaraz po Londynie i
Paryżu. Madryt jest nie tylko siedzibą parlamentu ale również
króla Hiszpanii (Filipa VI).
My jednak nie planowaliśmy
poświęcić Madrytowi więcej niż jeden dzień, a tym bardziej królowi. Wiemy doskonale, że
jeden dzień to za mało aby poznać to miasto ale w drodze powrotnej
planujemy spędzić dodatkowy dzień w Madrycie a do tego wiemy, że
jeszcze nie raz będziemy w tym mieście zwiedzając pozostałe
części Hiszpanii.
Wylądowaliśmy (bagaże też) szczęśliwie o
10:30 rano i mieliśmy prawie cały dzień na zwiedzanie. Nie tracąc
czasu wzięliśmy taksówkę do hotelu. Wreszcie miasto, które ma
normalne ceny taksówek i do centrum Madrytu przejazd kosztuje 30
EUR. Na szczęście wartość Euro wyrównała się już prawie z dolarem więc wakacje w Europie nie są już takim luksusem. Mieszkamy w hotelu NH Breton. Nie jest to hotel położony w
samym centrum miasta ale na nogach można dojść do większości
atrakcji turystycznych. Tak więc całe miasto zwiedzaliśmy na
nóżkach...w końcu jest to najlepszy sposób na zwiedzanie.
Zanim jednak ruszyliśmy na główne atrakcje turystyczne musieliśmy zwalczyć JetLag, nie ma to jak szybkie Espresso na świeżym powietrzu.
Pierwszy na naszej liście był plac Cibeles gdzie znajduje się pałac i piękne fontanny. Palacio
de Cibeles pierwotnie był siedzibą poczty głównej a aktualnie
odgrywa rolę ratusza i jest siedzibą burmistrza miasta.
Zdecydowanie spodobały nam się nie tylko pałac ale również
fontanny z posągiem bogini Kybele.
Zbliżała się pora
lunchu a my byliśmy tylko po małym śniadaniu w samolocie, więc
poszliśmy szukać restauracji. Wcześniej wyczytałam, że Cafe Wok
jest polecane na lunch Niestety jak doszliśmy pod wskazany adres nic
tam nie było. Przyciągnęła nas jednak nie daleko stojąca
restauracja Yakitoro. Hiszpania słynie z Tapas. Ta restauracja nie
miała selekcji tapas (przystawek) ale porcje były dość małe więc
można je zaliczyć jako tapas. To jest w sumie sprytne. Małe
porcje, każdy chętnie przekąsi a zawsze można zamówić więcej.
Do tego w taki upał nie chce się dużo jeść. Tak więc wypiliśmy
po piwku/winku, przekąsiliśmy po małym szaszłyku i ruszyliśmy
dalej zwiedzać.
Madryt jest dość wysoko
położony, 646 m n.p.m – najwyżej położona stolica Europy, a
dopiero na 43 miejscu w rankingu stolic świata. Tak więc upały nam
aż tak nie dokuczały. W słońcu oczywiście było ok. 35C
natomiast w cieniu temperatura spadala już do przyjemnych 25C.
Madryt jest miejscem dość zielonym, ma dużo drzew, parków co daje
przyjemny cień i sprawia, że chętnie się spaceruje po mieście.
Następnym naszym
przystankiem było „Puerta de Alcala”, monument z 1778 roku,
który stoi tylko parę metrów od Park del Retiro. Park chcieliśmy
zwiedzić na rowerze ale niestety coś się zepsuło i nie działał
system wypożyczania.
Park przypomina trochę Central Park tylko
oczywiście jest dużo mniejszy. Można za to jak w Central Parku,
popływać łódką po jezioku, posiedzieć w cieniu lub poopalać
się.
Zwiedzanie miasta powinno
się przeplatać, krótkimi odpoczynkami. Zwłaszcza jeśli jest lato
a słońce i temperatura dodatkowo męczą. Kolejnym punktem na
naszej liście było Casino de Madrid. Podobno mają tam fajny taras
na którym zalecane jest wypicie kawy lub wina. Niestety jak się
okazało jest to prywatny klub w którym aktualnie była impreza i
wszyscy byli ładnie ubrani....zdecydowanie my w szortach nie
pasowaliśmy do tego towarzystwa. Tak więc pomaszerowaliśmy dalej w
rejony Plaza Mayor. Tam znów nie udało nam się wejść do tawerny
polecanej w internecie, Taberna de La Daniela.
Tawerna był ale
prawie nikogo nie było w środku i wyglądała bardziej na
jadłodajnie niż miejsce aby się ochłodzić. Tak więc poszliśmy
dalej szukać jakiegoś fajnego baru. I tu pozytywne niespodzianki, po pierwsze na
naszej drodze stanął sklep z szynką ineryjską i
serami....wyglądało wszystko przepysznie więc skusiliśmy się na
małe zakupy. Jak się potem okazało w hotelu, był to bardzo pyszny
wybór i szynka zniknęła w bardzo szybkim tempie. W sklepie znajdowało się wiele rodzajów szynek, ceny nawet dochodziły do 190 EUR za kilogram. Ciekawe jak to smakuje?
Druga niespodzianka była
zaplanowana, był to Market, Marcado del San Miguel. Jest to jedyny
targ w Madrycie, który nadal posiada metalową konstrukcję. Początki sięgają 1430
roku. Spodziewaliśmy się zobaczyć market podobny do
Budapesztaskiego....jednak nas pozytywnie rozczarował. Targ w
Budapeszcie jest bardzo fajny i zdecydowanie polecamy go odwiedzić.
Ten w Madrycie jest bardziej jak restauracja. To znaczy chodzisz
sobie po stoiskach i na jednym możesz kupić piwo, na innym wino a
to wszystko poprzeplatane jest stoiskami z przekąskami tzw. tapas.
Wszystko jest oczywiście bardzo dobrej jakości i reprezentuje
autentyczną kuchnię hiszpańską.
Nasze pierwsze tapas były
dość bezpieczne. Jakiś ser kozi, kawior, prosciutto itp. Druga
partia to już były większe wynalazki. Jedne nazywały się Gulas
(nie ma to nic wspólnego z polskim gulaszem), jest to młody węgorz,
który pomimo że ma 2-3 lat jest dość mały, ma tylko 8 cm
długości i wyglądem przypomina spaghetti. Do tego była druga
kanapeczka z pasztetem z kaczki.
Pojedzeni poszliśmy zwiedzać
dalej, na Plaza Mayor, ichniejszy rynek tylko ma mniej knajpek a
więcej sklepów z pamiątkami. Niedaleko znajduje się również
zamek królewski (Royal Palace). Pałac ten należy do rodziny
królewskiej, która jednak tam nie mieszka. Pałac ten
wykorzystywany jest tylko na formalne uroczystości a na co dzień
rodzina królewska mieszka w Palacio de la Zarzuela na obrzeżach
Madrytu. Budowla robi wrażenie choć znów zdecydowaliśmy nie
wchodzić, gdyż większość komnat przeznaczona jest na muzeum
sztuki. Można za to pochodzić na około, zobaczyć dziedziniec,
katedrę Almudena i piękny widok na odległe góry.
Na tym skończyliśmy
zwiedzanie. Pomimo, że było już po 7 wieczorem to jeszcze było
jasno. Na naszej liście zostało jeszcze Temple of Debod (świątynia
egipska przeniesiona do Madrytu). Świątynię tą jednak zaliczymy w
ostatni dzień naszych wakacji.
Noc jednak była jeszcze
przed nami długa więc postanowiliśmy odwiedzić dzielnicę La Latina.
Darek wyczytał, że podobno są tam najlepsze tapas. Żadna
restauracja nie zainteresowała nas jakoś specjalnie poza
irlandzkim barem. Malutki bar ale miał swój klimat i przypominał
nam bary z Dublina. Jak się okazało barmanem był polak, który w
Madrycie mieszka już ok 20 lat. Zaczął nam opowiadać, parę
ciekawostek.
Po pierwsze oryginalne
tapas to nic innego jak resztki z zeszłego dnia. To co dzień
wcześniej nie zeszło podawało się w mniejszych porcjach przed
kolacją. Przekonaliśmy się o tym, kiedy w drodze powrotnej do hotelu wstąpiliśmy do jeszcze jednego baru i dostaliśmy risotto....które nie grzeszyło świeżością. Jednak w dobrych restauracjach tapas przybierają formę przekąski i oznacza
mniejszą porcję regularnego jedzenia.
Po drugie dowiedzieliśmy
się, że ciężko w Hiszpanii powiedzieć coś na styl „tu są
najlepsze bary”. Podobno Hiszpanie nie mają zwyczaju zapraszać
znajomych do siebie do domu tylko do baru lub restauracji. Takim
sposobem restauracje, tawerny i bary powstają wszędzie i zazwyczaj
są bardzo dochodowe.
Posiedzieliśmy chwilę,
posłuchaliśmy opowieści i nawet nie zauważyliśmy kiedy bar stał
się pełny. Widać było, że jak tylko słońce zaszło i zrobiło
się chłodniej to ludzie wyszli na ulice. Nasz dzień dobiegał
końca bo nie przespana noc w samolocie dawała nam się we znaki. A
jutro ciężki dzień – jedziemy do Sewilli po drodze zatrzymując
się w Cordobie.
Ilona
A jak tam jezyk hiszpanski wam sie podoba? Troszke inny niz tu, nie? Tak fajnie niby seplenia :)
OdpowiedzUsuńDarek jakoś daje radę . Łamanym bo łamanym hiszpańskim ale daje radę dowiedzieć się co tam potrzebuje. Jak powoli mówią to nie ma tak źle :)
OdpowiedzUsuńHiszpański podobny do meksykańskiego, przynajmniej w naszym zakresie słów. W miarę się dogadujemy, oni też czasami mówią po angielsku.....
OdpowiedzUsuń