Jak już wspominałam
Finger Lakes to nie tylko wina i winiarnie ale przede wszystkim
wspaniałe jeziora, trasy na hike itp. Tak więc na dziś zaplanowaną
mieliśmy wycieczkę do Watkins Glen State Park. Jest to jeden z najładniejszych, jak nie najładniejszy park w tym rejonie. Przepływa przez niego strumyk, który na krótkim odcinku ma aż 19 wodospadów. Park ma parę ciekawych tras na spacery, zarówno brzegami jak i w samym wąwozie.
Tak więc po leniwym
niedzielnym śniadanku, spakowaniu aut ruszyliśmy do parku....i tu
nie miła niespodzianka. Zaczęło padać. Niestety nawet nie
zapowiadało się, że przestanie. W takiej pogodzie chodzenie po
wąwozie to bardziej męczarnia niż przyjemność więc
postanowiliśmy „przeczekać” deszcz w jednej z wielu winiarni. Z drugiej strony, i tak mamy zamiar tu wrócić i pozwiedzać lokalne browary, których też jest bardzo dużo więc miejmy nadzieję, że wtedy pogoda dopisze i zrobimy ten hike. Jako pierwszą winiarnię wybraliśmy Lakewood.
Rodzina Stamp (właściciele Lakewood) zaczęła sadzić krzewy winorośli od ponad pół wieku. Na początku tylko sprzedawali winogrona, dopiero od 1988 zaczęli produkować swoje wina. Rozpoczęli tylko z paroma rodzajami, aktualnie mają ponad 20 rodzajów szczepów.
Jak
to bywa w winiarniach, głównym punktem jest testowanie win.
Oczywiście polewają Ci tylko tyle, że można wypłukać usta ale
przecież na tym polega cała zabawa. Nie można wypić za dużo bo
wtedy każde wino zaczyna smakować i za bardzo się nie będzie wyczuwało różnicy. Za testowanie trzeba było
zapłacić $2 za osobę, które były odliczane po zakupie butelki
wina. Miłe i dobry marketing dla producentów. Nam szczególnie
przypadł do gustu Riesling 3-ciej Generacji. Jak nam Pani
opowiedziała jest to specjalne wino, które stworzyły wspólnymi
siłami wszystkie 3 pokolenia właścicieli winiarni. Ich celem było
stworzenie jak najbardziej wytrawnego Rieslinga. Muszę przyznać, że
bardzo dobrze im to wyszło. Ja gustuję w Rieslingach głównie z
Niemiec. Do tej pory bardzo ciężko było mi znaleźć Rieslinga z
Finger Lakes, który uznałam za WOW. Wygląda na to, że znalazłam
swój idealnie wybalansowany Riesling.
Tak więc po małych
zakupach ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejną winiarnią na naszej
liście była Glenora. Dość fajnie położona winiarnia, która
posiada też hotel i restaurację. Dziś nie było pogody, żeby
pochodzić po okolicy ale na pewno musi tam być cudownie w słoneczne
dni.
Tutaj testowanie jest
troszkę droższe ($3) ale za to uwiedli nas serami. Do każdego
winka był podawany ser który idealnie wypełniał smak. Tym razem
skończyliśmy na zakupach serów. Winkami nas nie powalili, aż tak
bardzo za to sery mieli wyśmienite. Szczególnie zasmakował nam
Twilight Cheddar, Wasabi Cheddar i w ramach eksperymentów wzieliśmy
jeszcze czosnkowy cheddar. Może pomyślicie, że ser wasabi do wina
totalnie nie pasuje. Ale jak go podali z winem Yellow Cab (mix czerwonych szczepów), to nie tylko kupiliśmy ser ale też i winko.
Obie winiarnie były dobre, ale to jednak nie było to. Zaczęliśmy więc bardziej szukać i pojechaliśmy do Red Tail Ridge. Miejsce to poleciła nam szefowa Darka. Winiarnia jest bardzo młoda, nawet nie ma 10 lat. Jest prowadzona przez małżeństwo, którym znudziło się życie w miastach. W 2004 roku kupili ziemię w tym rejonie i zaczęli się bawić w farmerów.
Było to drugie
miejsce gdzie znalazłam Riesling, który podbił moje serce (albo
podniebienie). Finger Lakes bardzo słynie z Rislinga. Ma do tego
idealny, trochę zimnawy klimat. Niestety jednak większość ich win
jest słodkawa a te wytrawne są zbyt cytrynowe. Na szczęście od
czasu do czasu można spotkać idealny, wytrawny
Risling.
Kolejny przystanek to
winiarnia Dr. Konstantin Frank, założona w 1962 roku. Winiarnia
położona na stoku z którego rozpościera się piękny widok na
jezioro Keuka. Bardzo spodobało nam się otoczenie
winiarni, piękny widok, taras na którym w pogodne dni odbywa się
testowanie win oraz bardzo uprzejma obsługa.
Obsługiwał nas Pan, którego rodzina pochodzi z Krakowa, jakiś tam pra-pra dziadek. Tak więc po polsku nic nie mówił ale nazywał się Kruk. Dodatkowo zaplusowali, że nie musieliśmy nic płacić, a do tego przy zakupie wina dostaliśmy zniżkę 25% dla osób z branży.
Obsługiwał nas Pan, którego rodzina pochodzi z Krakowa, jakiś tam pra-pra dziadek. Tak więc po polsku nic nie mówił ale nazywał się Kruk. Dodatkowo zaplusowali, że nie musieliśmy nic płacić, a do tego przy zakupie wina dostaliśmy zniżkę 25% dla osób z branży.
Ostatnim punktem naszej
wycieczki była winiarnia Heron Hill. Też ładnie położona na zboczu góry z przepięknym widokiem na jezioro z pomieszczenia do testowania. Wine Magazine wybrał to pomieszczenie, jako jedno z 10 najlepszych w Stanach. Testowanie kosztuje $5 od osoby, ale dla ludzi z branży było za darmo. Miło z ich strony.
Po testowaniu win Dr. Frank, te już nie powalały nas tak bardzo. Wina z Dr. Frank są poważniejsze i długo ich smak zostaje w ustach. Znaleźliśmy jednak coś dla siebie i wzięliśmy po butelce Chardonnay i Cabernet Franc.
Po testowaniu win Dr. Frank, te już nie powalały nas tak bardzo. Wina z Dr. Frank są poważniejsze i długo ich smak zostaje w ustach. Znaleźliśmy jednak coś dla siebie i wzięliśmy po butelce Chardonnay i Cabernet Franc.
Pomimo, że pogoda nam nie
dopisała i nie udało nam się zrealizować naszego pierwotnego
planu to dzień był udany i odkryliśmy nowy świat win, który jest
tak blisko Nowego Jorku. Zostaje jeszcze świat serków i piw ale to
przy następnej okazji. Ale przecież Nowy Jork to tylko mały region na całej kuli ziemskiej.....czeka nas przecież Kalifornia, Bawaria, Szkocja, Szwajcaria, Francja i wiele innych regionów z pysznym jedzonkiem, winami i innymi przysmakami. Póki co będziemy kontynuować odkrywanie naszego podwórka i za tydzień wyruszamy poznawać mikro-browary w Pensylwanii (Philadelphia).
Dzień zakończyliśmy
pyszną kolacją w Luna Mazze Grille w małym miasteczku Hammondsport, oczywiście z winkiem z winiarni Dr. Konstantin Frank.
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz