Finger Lakes jest to rejon w
zachodnio-centralnej części stanu Nowego Jorku. Swoją nazwę wziął
od układu jedynastu jezior, które swoim wyglądem przypominają
palca ręki. Jeziora są długie i wąskie skierowane w jednym
kierunku. Jeziora Cayuga i Seneca są największymi jeziorami z tego
rejonu jak i jedne z najgłębszych w Stanach Zjednoczonych. Ich dna
są poniżej poziomu morza. Oba osiągają
długość prawie 64 km (40 mil) i nie osiągają więcej niż 5.6 km
(3.5 mil) szerokości. Cayuga jest najdłuższa, kiedy Seneca jest
największa i najgłębsza 188 m (618 ft). Jeziora
zaczęły się formować ponad dwa miliony lat temu przez lodowiec,
który kilkakrotnie tutaj dochodził. Lodowiec miał ponad 3 km
grubości. Jak topniał to powstawały gigantyczne rzeki,
które płynęly z północy na południe, formując dna aktualnych
jezior. Ostatni lodowiec doszedł tutaj 20,000 lat temu i pchał tyle
ziemi, że „zbudował” moreny na południowych brzegach
dzisiejszych jezior. 10,000 lat temu jak lodowiec stopniał, to woda
już nie miała jak odpływać i została uwięziona tworząc
jeziora.
Finger Lakes jest też największym i najbardziej znanym rejonem winiarni we wschodnich Stanach Zjednoczonych. Region posiada ponad 200 winiarni. Sławę i sprzyjające warunki region ten zawdzięcza głównie jeziorom i ziemi jaką tutaj zostawił lodowiec. Strome zbocza wokół jezior pomagają w nawadnianiu ziemi deszczem a jednocześnie szybkim wysuszaniu przez napływ suchego lądowego powietrza. Czyli jedne z lepszych warunków do produkcji wina. Ze względu na swój klimat region ten słynie głównie z Cabernet Franc, Cabernet Sauvignon, Pinot Noir i Lemberger. Z białych się wyróżniają Riesling, Chardonnay, i Gewurztraminer. Jest też wiele win z lokalnie uprawianych szczepów jak Niagara czy experymentowanych połączeń szczepów europejskich i amerykańskich o nazwach trudnych do zapamiętania. Finger Lakes zdecydowanie najbardziej przyczynia się do produkcji wina w stanie Nowy Jork, dzięki czemu NY jest trzecim co do wielkości stanem produkującym wina, ustępując miejsca jedynie Kaliforni i Washington.
Jako przyszli właściciele
sklepu z winami ciężko było ominąć ten rejon w naszej edukacji.
Wiadomo ciężko porównać te wina do Kalifornijskich win z Napa ale
przecież nie można się skupiać tylko na jednym rejonie i trzeba
być otwartym na inne światy. Tak więc kiedy pojawił się pomysł
wyjechania gdzieś niedaleko (400 km), gdzie można spędzić troszkę czasu na
świeżym powietrzu Finger Lakes szybko wpadł nam do głowy. Hike w
Watskin Glen Stste Park chętnie połączymy z odwiedzeniem jednej czy
dwóch winiarni. Niestety mieliśmy szczęście i okazało się, że
w ten weekend w miasteczku Watkins Glen jest festiwal wina.
Miasteczko Watkins Glen jest niewielkim miasteczkiem położonym na południowym brzegu
jeziora Seneca. Wynajeliśmy tu domek używając airbnb. Domek bardzo
fajny, czysty, wolno stojący i zadbany. Niestety nie można tego
powiedzieć o wielu innych domkach w miasteczku. Jest pół na pół.
Niektóre domki są zadbane i odremontowane, niestety z drugiej
strony wiele domów się sypie, lub już w ogóle zostały
opuszczone. A szkoda bo miasteczko ma
duży potencjał. Bliskość parków stanowych, piękne jezioro,
mnóstwo winiarni jak i ścieżki spacerowe przyciągają zapewne
setki turystów. Są tutaj ścieżki na hiki od winiarni do winiarni, a także możliwość noclegów po drodze. Część właścicieli szybko przeksztłciła swoje
domki w B&B i wynajmuje pokoje. Część niestety nie potrafi
nawet posprzątać na podwórku.
Z Nowego Jorku
wyjechaliśmy w piątek po pracy i dojechaliśmy dopiero na północ.
Szybka kolacja w stylu hiszpańskim i wszyscy zmęczeni podróżą
padli do spania. Skoro niedawno wróciliśmy z Hiszpani to nie mogło
się obyć bez przysmaków tamtejszej kuchni. Jako największy
specjał przywieźliśmy szynkę Iberyjską Bellota i parę serków.
Jednak się rozczarowaliśmy. Szynka hermetycznie pakowana nawet w
najmniejszym stopniu nie może być porównywalna ze świeżą, którą
jedliśmy w Hiszpanii. Była dobra, nie mówimy, że nie, ale świeża
szyneczka, krojona przy tobie to jak to się mówi „niebo w gębie”.
Dziś natomiast główny plan to festiwal wina.
Festiwal sam w sobie miał
swoje plusy i minusy. Może my „rozpieszczeni” Nowojorczycy nie
potrafimy już docenic mało miasteczkowego klimatu a może za bardzo
wzieliśmy to profesjonalnie. Cały festiwal był w parku i na
szczęście było kilka namiotów. Pogoda dopisała choć od czasu do
czasu padały ulewne deszcze (nie długo – ok. 5 min) ale za to
przynosiły fajne ochłodzenie.
Na festiwal przyszło
około 30 winiarni i w sumie polewali 200 rodzajów wina. Były
większe lepiej znane jak Lakewood – i mniejsze totalnie nam nie
znane. Niektóre nam się spodobały i nawet zakupiliśmy ich wina.
Ja gustuję w białych winach więc próbowałam głównie Resling
Dry albo Chardonay. Niestety nie znalazłam, żadnego winka które
spacjalnie przypadło mi do głowy. Nie mówię, że były nie dobre.
Większość mi smakowała ale każde wino z tego rejonu cechuje się
dużą mineralowatością co nie do końca jest cechą, którą lubię
w winie. Darek za to preferuje
czerwone wina i tu bardzo zasmakowały mu europejskie szczepy głównie
z Bordeaux jak i Pinot Noir. Wina te charakteryzują się pełnią
smaku, dobrze wybalansowane z dużą ilością minerałów.
Pochodziliśmy,
popróbowaliśmy winek i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zmęczeni
piciem winka – ciężko to nawet nazwać piciem. Na testowaniu zazwyczaj polewają ci bardzo mało a do tego co gorsze wina
wylewaliśmy aby mieć siłę na testowanie innych. Tak więc
wracając do domku wstąpiliśmy do baru na małe piwko aby się
ochłodzić. Wybraliśmy bar Rooster Fish, w którym produkują swoje własne piwa.
Finger Lakes słynie nie
tylko z win ale też z browarów. Podobno ma bardzo dużo
micro-browarów. To które próbowaliśmy było dobre ale wygląda,
że na piwną wycieczkę trzeba zaplanować inny weekend. Wracając
jeszcze do festiwalu zdziwił mnie brak lokalnych wyrobów. Myśmy
mieli bilety food & wine i spodziewałam się popróbować
troszkę lokalnych serków i innych specjałów. Niestety poza
humussem i makaronem z serem nie mieli dużego wyboru. Widać, że
festiwal traktowany jest jako największa atrakacja miasteczka.
Przyszło dużo ludzi, niektórzy nawet poprzynosili sobie kocyki,
stołeczki i własne jedzenie. Nie dziwię im się. Bardzo fajny
sposób na spędzenie soboty czy niedzieli. Cały festiwal umilała muzyka na żywo,
winiarnie polewały wino a gdzie nie gdzie można było jeszcze coś
przegryść.
Ale to nic w domku czeka
nas pyszna kolacyjka. Dziś szef kuchni serwuje jagnięcinę po
irlandzku z grila, wieprzowina w marynacie czosnkowo-cytrynowej oraz
oczywiście do tego szpinak z Peter Lugera. No to czas zabrać się
za szykowanie kolacji i dalszą część relaksu.
Oczywiście kolacja była
przepyszna a jagnięcina wyszła najlepsza jaką do tej pory jadłam.
Ilona

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz