Ała,
ała,
ała......takimi
okrzykami rozpoczęliśmy
dzień
próbując
wstać
z łóżka.
Przez ostatnie dwa dni nasze nogi wykonały
dużo
pracy. Dzisiaj większość
dnia spędzimy
w samochodzie, więc
mamy nadzieję,
że
nasze nogi trochę
odpoczną.
Jedziemy do najstarszego miasta w Maroko, Fes. Mamy do pokonania
ponad 500 km, na szczęście
większość
autostradami.
Często opisy dróg są w trzech językach: arabskim, berbera i francuskim.
Często opisy dróg są w trzech językach: arabskim, berbera i francuskim.
Oczywiście
wyjazd z Marrakeszu nie był
łatwy.
Ilość
pasów na drogach nie ma żadnego
znaczenia, kierowcy i tak jeżdżą
jak im się
podoba, łamiąc
wszystkie przepisy. Gdy
wjechaliśmy
na autostradę
odetchnęliśmy
i pomyśleliśmy,
że
najgorsze za nami, ale byliśmy
w błędzie.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy
co dla nas Fes przygotowało.
Drogi szybkiego ruchu i autostrady w Maroko są
nawet dobrej jakości
więc
szybko zleciała
nam droga.
Ciekawie się jedzie przez Maroko, większość terenów jest górzysta i nie zalesiona, a także mało kto uprawia grunty. Pewnie dlatego, że ilość opadów jest niska i raczej nic tu nie urośnie. Bliżej oceanu widać więcej upraw i drzew.
Ciekawie się jedzie przez Maroko, większość terenów jest górzysta i nie zalesiona, a także mało kto uprawia grunty. Pewnie dlatego, że ilość opadów jest niska i raczej nic tu nie urośnie. Bliżej oceanu widać więcej upraw i drzew.
Autostrady
są
bardzo drogie jak na lokalne warunki. Za ten przejazd zapłaciliśmy
ponad 200 Dirhamów czyli ok. 80zł.
Występuje
dużo
policji. Zwłaszcza
w rejonach miast gdzie policja stoi z kolczatkami i obserwuje
samochody.
Ok.
18:30 zjechaliśmy
z autostrady i wjechaliśmy
do Fes. Tutaj zaczęła
się
jazda. Podstępem
zaczepił
nas lokalny na skuterze, któremu przez przypadek zajechałem
drogę
(to musiało
być
ustawione). Zaczął
przepraszać,
zobaczył
w samochodzie mapy więc
się
zapytał
gdzie jedziemy Odpowiedzieliśmy,
że
do centrum, do hotelu. Zaoferował
nam pomoc w znalezieniu drogi, ale mu odmówiliśmy,
zamknęliśmy
okno i pojechaliśmy
własną
drogą.
Oczywiście
on zawrócił
i nas znalazł,
dalej oferując
pomoc w dotarciu do hotelu. Jego droga pokrywała
się
z naszą
na GPSie więc
jechaliśmy
za nim. Wjechaliśmy
w centrum gdzie ulice są
tak wąskie,
że
ciężko
się
tam zmieścić
i dalszy dojazd o hotelu był
raczej nie możliwy.
Lokalny
pokazał
nam garaż
gdzie parkuje się
samochody wszystkich hoteli w centrum. Szybkość
z jaką
kazali nam parkować
i całe
zamieszanie trochę
nas przeraziły.
Oczywiście
chcieli kosmiczne pieniądze
za parking więc
powiedzieliśmy
im, że
musimy potwierdzić
w hotelu, że
jest to parking hotelowy. Nie chcieli się
na to zgodzić
ale byliśmy
stanowczy więc
nam pozwolili. Wzieliśmy
najcenniejsze bagaże
i wraz z Panem ze skuterka poszliśmy
do hotelu, który był
oddalony o 5 minut. Jak tylko weszliśmy
do hotelu Pan na recepcji poczęstował
nas tradycyjną ich herbatką z miętą
i powiedział,
nie martwcie się
pomogę
wam wyciągnąć
stamtąd
samochód. No i udało
się.
Wraz z pomocą
lokalnego przeparkowaliśmy
samochód z garażu
na ulicę,
gdzie podobno ma być
bezpieczniej. Po tych wydarzeniach musieliśmy się
odstresować
więc
wyszliśmy
na dach hotelu i zamówiliśmy
dobre Bordeaux.
Widok
jak sami widzicie był
dosyć
ładny
a Pan z recepcji opowiedział
nam troszkę
o mieście
i jego historii. Miasto Fes jest najstarszym miastem w Maroko. Jego
historia sięga
ponad 1200 lat wstecz. Jedną
z ciekawostek jest fakt, że
pod miastem jest sekretny tunel, który łączy
dwa domu założyciela
miasta i ma długość parę kilometrów.
Fajnie
się
siedziało,
piło
winko, patrzyło
na miasto, które pogrążało
się
pomału
w sen a jednocześnie
przygotowywało
się
do ich największego
święta.
Jutro rano gospodarz każdego
domu będzie
miał
przywilej zabicia baranka. Tak jak w Starym Testamencie zrobił
to Abraham zamiast zabijać
swojego syna Izaaka. Z
każdej
strony dochodziły
głosy
baranów, które chyba wyczuwały
co je czeka bo bardzo głośno
beczały.
Z oddali dochodziły
też
głosy
modlitw i przy tych dźwiękach bezpiecznie zasnęliśmy.
Śniadanko
oczywiście
zamówiliśmy
na dach i zaraz po nim udaliśmy
się
w najstarszą
część
miasta. Medina, czyli stare miasto jest otoczone murem, który posiada
19 bram. Najsłynniejsza
jest brama niebieska, od której to zaczęliśmy
zwiedzanie.
Miasto
Fes jak i Marrakesz ma dużo
zabytków ale dalej nie mogą
jakoś
ich pokazać
turystom Ich najważniejszym
celem jest oczywiście
handel. Jak nam powiedział
Pan w hotelu miasto jest zamknięte
bo jest święto
i całe
miasto jest zamknięte.
Nie mógł
zrozumieć,
że
nam nie chodzi o sklepy ale o zabytki i architekturę.
Pierwsze
wrażenie,
bród, syf i malaria. Wąskie,
ciasne uliczki na nich pełno
śmieci,
krwi z zarżniętych
baranów i gówien
zwierząt.
Od czasu do czasu widać
było
jak lokalni palili oderżnięte
głowy
baranów. Całe
szczęście,
że
miasto jest zamknięte
bo jakby do tego jeszcze dołożyć
tysiące
naganiaczy, którzy chcą
Ci coś
sprzedać
jak i multum turystów to nie wiem czy bym się
mógł
tu odnaleźć.
Było
trochę
lokalnych siedzących
na schodach zaczepiających
nas, usiłującym
nam pomóc trafić
ale sami nie wiedzieliśmy
gdzie idziemy.
Po
około
dwóch godzinach szwędania
się
po Fes wróciliśmy
do hotelu mając
negatywną
opinię
o tym mieście.
Odebraliśmy
nietknięty
samochód i ruszyliśmy
w dalszą
drogę
do miasteczka Chefchaouen. Zanim jednak wyjechaliśmy
na autostradę
przejechaliśmy
przez lotnisko odebrać
moją
siostrę,
która też
chciała
zobaczyć
ten inny kraj i obrzeżami
miasta udaliśmy
się
na północ.
Z
samochodu udało
nam się
poobserwować
lokalną
ludność
jak świętuje
ten ich najważniejszy
dzień.
Na ulicy było
bardzo dużo
śmieci,
skór, jak i palących
się
głów
baranów. Była
też
potężna
ilość
ludzi, która brała
udział
w tym święcie.
Słyszeliśmy
dużo
dobrego o tym mieście.
Między
innymi, że
Fes to jest taki stary Marrakesz, nie zniszczony przez cywilizację.
Ale jak tak wyglądał
Marrakesz to dobrze, że
się
zmienił.
Obydwa miasta mają
jeden wielki cel sprzedać
Ci wszystko ale w Marrakeszu robi się
to bardziej na placach albo w większych,
szerszych ulicach. Może
święto,
które aktualnie było
dodało
wiele negatywnych punktów. Miejmy nadzieję,
że
w innych okresach Fes się
znacznie lepiej prezentuje niż
podczas święta
Eid al-Adha. Może mam za wysokie oczekiwania od Maroka. Chyba za bardzo chciałem ten kraj porównać do krajów Europy południowej, które są jednak znacznie lepiej rozwinięte. W Maroku mają tak samo dużo zabytków jak w Europie, ale jakoś nie potrafią ich pokazać turystą. Ich król, Mohammed 6 bardzo stawia na turystykę, która przynosi krajowi duże dochody. Pewnie za parę lat kraj się zmieni i będzie bardziej przyjazny turystyce niż jest obecnie, ale to ludzie też muszą chcieć tego. Z tego co widziałem to nie potrafią, a może nie chcą zmienić wizerunku swojego kraju. Może taki im się podoba, taki kraj kochają, nie chcą z niego robić bardziej "europejskiego" kraju. Bo jak by na to nie patrzeć to jest nadal Afryka.
Darek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz