Maroko ma swoje perełki,
miejsca które nadal powalają i w których czujesz się dobrze.
Takie miejsca zazwyczaj znajdują się w górach. Byliśmy już na
tym wyjeździe w górach Atlas ale miasteczko Imlil, które pomimo, że ładnie położone a ludzie tam są mili nie powaliło nas. W
Imlil brakowało mi troszkę „cywilizacji”. Tak więc dalej
szukałam miejsca, które mi się najbardziej spodoba. Miejsca w
którym nie będę się bała, że ktoś mnie znów zaczepi chcąc
żebym coś kupiła. Miejsca w którym wreszcie odpocznę i
miasteczka w którym nie będę się bała chodzić po ulicach nocą.
Udało nam się. Po 7
godzinach jazdy po najgorszych drogach jakie można sobie wyobrazić, dotarliśmy do miasteczka Chefchaouen, niebieskiego miasteczka.
Dojazd do tego miasteczka jest możliwy tylko drogą. Nie ma tam
lotniska ani żaden pociąg tam nie jedzie. Wg. Google dojazd z Fes
miał nam zająć 3h.....niestety zajął 7h. Droga miała być
widokowa i przez góry (to zdecydowanie było) ale niestety nikt nie
wspominał, że drogi P5309 i R419 pomimo że ogólnie dostępne i
polecane są najgorszymi drogami jakimi do tej pory jechaliśmy. Tak
więc droga wydłużyła się do 7h. Asfalt był...ale my byśmy
woleli jakby go nie było. Dziury na drodze były non-stop i trzeba
było zwalniać do 10 km/h. A że było ich tak dużo to 10km/h (no
może 15 km/h to była nasza ogólna średnia. Czasem asfalt pokrywał
tylko 1/4 drogi, czasem mieściło się na nim tylko jedno koło.
Przejeżdżaliśmy przez
miasteczka i zastanawialiśmy się jak lokalni sobie radzą. Bo
samochody było widać...oczywiście stare rozlatujące się
Mercedesy. Nie ważne, że na podwórku mają brud i śpią prawie na
śmieciach ale Merol musi być. Niektóre miasteczka wyglądały na
opuszczone.....podobno w Maroku kręcony był film Snajper (American
Sniper). Nie zdziwiłabym się jakby ta droga i miasteczka jakie
mijaliśmy po drodze były planem filmowym.
Nagle po 6,5h droga
odzyskała normalną postać. Otoczenie było bardziej cywilizowane, aż w końcu naszym oczom ukazała się dolinka gór Rif a w
niej małe miasteczko w którym już z daleka można było zobaczyć
dominujący kolor niebieski.
Pomimo, że już zbliżał
się zmierzch miasteczko nadal żyło i na ulicy było pełno ludzi.
Nikt jednak nie chciał nam pokazać drogi, nikt nas nie zaczepiał,
żebyśmy coś kupili i mogliśmy spokojnie dojechać do hotelu. Nasz
hotel (Hotel Parador) jest położony przy samej Medinie (starym
mieście), parking hotelu jest ostatnim gdzie można zaparkować. Po
Medinie nie można jeździć. Uliczki Mediny są bardzo wąskie,
często są schody a wejście do domu jest prosto z ulicy.
Pomimo, że miasto
wyglądało na bezpieczne my woleliśmy odpocząć w hotelowej
restauracji. Miasteczko nie jest duże więc spokojnie możemy je
oglądnąć na następny dzień. Dziś natomiast totalny relaks na
tarasie hotelu, kolacja, winko/piwko co kto woli i podziwianie
widoków. Pomimo, że górki już były schowane pod przykryciem nocy
my nadal czuliśmy i wiedzieliśmy, że one tam są. Pięknie
otaczają miasteczko. To był zasłużony relaks po ciężkiej
podróży.
Jak to u nas bywa....nie
ma czasu, nie ma czasu. i tak w piątek po szybkim, w miarę wczesnym
śniadanku ruszyliśmy połazić po Medinie. Jak już wspominałam
całe miasteczko Chefchaouen jest pomalowane na niebiesko.
Szczególnie Medina, wszystkie domki są niebieskie. Podobno
pomalowali to żydzi którzy w XV wieku tu się osiedlili. Dotarli
oni tu po tym jak zostali wypędzeni z Granady w Hiszpanii. Domki
nadal są utrzymywane w niebieskich barwach i jest tu czyściej niż
w innych większych miastach.
Jak to bywa w Maroku,
stare miasto jest otoczone murem do którego prowadzą bramy. Jest
ich pięć. Za bramami jest małe śmietnisko ale nadal nie jest to
aż tak straszne jak w innych miejscach, które widzieliśmy.
Pochodziliśmy po uliczkach zaglądając w każdy kąt.
Ponieważ byliśmy dość
wcześnie i nadal był drugi dzień święta nie wiele straganów
było otwartych. Ale może to i dobrze. Pomimo, że tu myślałam,
sobie coś kupić to i tak się cieszę, że udało nam się spędzić
w tym miasteczku parę godzin bez bycia naganianym. Spotkaliśmy
tylko parę lokalnych ludzi, którzy szli od domu do domu ale nawet
nie zwracali na nas większej uwagi. Pewnie przywykli, że tu jest
dużo turystów. W końcu samo miasteczko ma ok. 100 hoteli a tylko
40 tys mieszkańców.
I pewnie nie wiele mniej kotków. Koty są bardzo popularne w Maroku i można je spotkać na każdym kroku. Ja tam zdecydowanie cieszyłam się, że one są bo gdyby nie kotki pewnie byłoby tu pełno szczurów.....a przecież kotki są dużo przyjemniejsze od szczurów.
Otaczające górki
wyglądają bardzo fajnie. Myślę, że jest to miejsce w którym
można spędzić parę dni. Odpocząć sobie od zgiełku dużych miast
jak i połazić po górkach. Ale jak chcecie tu dojechać to jedźcie
od Casablanki czy Tangier, z tamtych stron drogi są znacznie lepsze
o czym się przekonaliśmy wracając z powrotem do Casablanki. Tym
razem droga minęła nam spokojnie, szybko i bez większych dziur.
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz