3:45
rano z namiotu dochodzi dźwięk
budzika. Wstajemy. Mamy 15 minut na wybranie się
z namiotów, ubranie się
na hike (dobrze bo jest 5C, jak to w Afryce). O 4 nad ranem
zebraliśmy
się
w piwnicy schroniska gdzie śniadanie
było
serwowane na ziemi, a siedzieliśmy
na betonowych murkach na których jeszcze parę
minut temu spał
nasz przewodnik. Oczywiście
ciemno, parę
świeczek
dawało
lekkie światło,
może
i dobrze bo źle
wyglądaliśmy.
Każdy
z grupy prawie nie spał
tej nocy, wiadomo jest to ciężkie
na wysokości
3200 m, bez aklimatyzacji. Wybór na śniadanie
był
dość
duży
ale my zdecydowaliśmy
się
tylko na chleb z serkiem topionym. Woleliśmy
nie ryzykować
otwartych wcześniej
słoików
z drzemami, jajek ugotowanych na twardo chyba w czasie transportu czy
jogurtów z wypukłym
wieczkiem. Nasz przewodnik stwierdził,
że
jogurt jest dobry bo przecież
jego data ważności
jeszcze nie minęła.
4:30
plecaki na plecach i ruszamy na szczyt Toubkal 4167 m n.p.m. To jest
tylko 1000 m, nie jest aż
tak dużo
ale na tej wysokości
to jest wiele. Na początku
szliśmy
po ciemku. Trasa ostro zaczęła
piąć
się
do góry. Przechodziliśmy
koło
jakiś
wodospadów, dużych
urwisk co jak potem wracaliśmy
to aż
dziwiliśmy
się,
że
tędy
szliśmy.
Przewodnik
robił
mało
przerw, ale tempo nawet nie było
za duże.
Ok. 6:30 nad ranem zaczęło
świtać
i pojawiały
się
kontury otaczających
nas gór. My dalej serpentynami po rumowisku skalnym wspnaliśmy
się
do góry. W okolicach 3700 m. brak tlenu coraz mocniej dawał
się
we znaki i częstsze
przerwy na wyrównanie oddechu były
wskazane.
Przełęcz
(3900 m) między
Toubkal a Wschodni Toubkal przywitała
nas promieniami słońca.
Przez ostatnie kilkaset metrów szło
się
już
nawet fajnie bo wszystko było
zmarznięte
i ziemia już
się
tak nie osuwała
spod butów. Idziemy dalej, przewodnik pokazał
nam punk z którego idzie się
tylko 15 minut do szczytu. Punkt wydawał
się
być
bardzo blisko ale szliśmy
do niego prawie godzinę...Wysokość!!!
Nie
wiem do końca
jakie to ma znaczenie ale przewodnik Hassan często
wspominał,
że
jesteśmy
jego wyjątkową
grupa ponieważ
pierwszy śnieg
tego roku spadł
w tym samym czasie kiedy my się
pojawiliśmy.
W górach widzieliśmy
nie tylko wczorajszy śnieg
ale też
z poprzedniego sezonu. W tym rejonie jest resort narciarski, który
oczywiście
zamierzam odwiedzić
zimą.
Nie
dużo
po 8 rano nasze stopy stanęły
na najwyższym
szczycie Afryki północnej, góra Toubkal 4167 m n.p.m. Byłem
rozczarowany, bo ponoć ze szczytu widać
Saharę,
ale widoczność
nie była,
aż
tak dobra. Pomimo braku widoku pustyni widok wszystkich gór pode mną był
niesamowity. Widok był
tak piękny,
że
nie zwracałem
uwagi na ujemną
temperaturę
i wiatr.
Odpoczynek
na szczycie po tak wyczerpującej
wspinaczce jest tak niesamowitym uczuciem, że
siedzieliśmy,
jedliśmy
energetycznego batona, piliśmy
wodę
i podziwialiśmy
widoki.
Na
szczycie spotkaliśmy
innego pana, który parę
dni wcześniej
zdobył
Kilimandżaro.
Mówił,
że
w niektórych miejscach Toubkal jest cięższy
niż
Kili. Nie do końca
nas to zdziwiło, bo przed wyjazdem do Maroka podobną
opinię
na internecie znalazła
Ilonka. Na Kilimandżaro
idzie się
6 dni ale podejście
jest stosunkowo łatwe.
Natomiast tu są
pewne odcinki trochę
stromsze.
Po
pamiątkowym
zdjęciu
z przewodnikiem pod metalowym wigwamem ruszyliśmy na dół.
Schodziło
się
nawet dosyć
szybko, ziemia była
dalej zamarznięta,
więc
się
nie usuwała
nam spod nóg. Z każdym
krokiem byliśmy
niżej,
z każdym
krokiem ból głowy
się
zmniejszał
(na wysokościach ból głowy
to standard). Wszystko wyglądało
inaczej, barwniej w promieniach słońca
niż
jak szliśmy
do góry.
Często mijaliśmy ludzi którzy bardzo powoli szli do góry. Pytali się
nas, jak jeszcze mają
daleko do szczytu. Odpowiadałem,
15-20 minut, przewodnik poprawiał,
jakąś
godzinkę.
W sumie tak, Hassan miał
racje, do góry idziesz trzy razy wolniej. Po około
dwóch godzinach wróciliśmy
do schroniska. Gdzie przywitały nas nasze muły.
Jak
się
wybiera trzydniową
opcję
zdobywania tego szczytu, to już
by był
koniec dzisiejszego hiku. My niestety takiego luksusu nie mamy i
musimy jeszcze schodzić
w dół,
aż
do miasteczka Imlil.
Szybkie
spakowanie namiotu, lunch na ziemi, na kocu obok schroniska i w dół.
Schodziliśmy
tą
samą
trasą
co wczoraj wychodziliśmy
do góry. Różniła
się
tylko tym, że
nie padało,
czyli było
gorąco.
Po
jakiś
4 godzinach zobaczyliśmy
pierwszą
cywilizacje, a po kolejnych 30 minutach doszliśmy
do bazy w Imlil.
Została
nam jeszcze tylko godzinka samochodem do Marrakeszu i w końcu
możemy odpocząć, ochłodzić się w basenie i zrelaksować przy dobrym winku.
Były
to dwa trudne, ciężkie
dni. Wiadomo, widzieliśmy mnóstwo ciekawych rzeczy, poznaliśmy parę
osób, doświadczyliśmy
wiele i oczywiście
zdobyliśmy
szczyt. Może
trochę
za wysoki szczyt jak na tak krótki okres, ale daliśmy
radę.
Jest to do zrobienia za dwa dni (gdy by się
nie dało
to firmy tego by nie organizowały),
ale jak ktoś
tylko lubi górki, a ich nie kocha tak jak ja, to polecam iść
na niższy
szczyt, albo spędzić w górkach trzy dni. Na koniec przewodnik powiedział,
że
mają
fajne hiki po górach na 6 dni i czy nie chcemy ich spróbować.
Ja powiedziałem....
hmmmmm, a Ilonka na to: powodzenia, baw się
dobrze i porób dużo
zdjęć.
Namówię
ją,
mam namiary na przewodnika.
Po baseniku była marokańska kolacja w towarzystwie lokalnego.
Po baseniku była marokańska kolacja w towarzystwie lokalnego.
Jeszcze
jedno chciałem
dodać.
Ludność
w górach żyje
bardzo biednie. Jest im ciężko,
widzieliśmy
biedę.
Chcemy im troszkę
pomóc. Rozmawialiśmy z przewodnikiem, i on powiedział,
że możemy pomóc wysyłając
paczkę
z używaną
odzieżą.
Najlepiej sportową,
do chodzenia po górach, dla niego i innych przewodników. Mają
niskie wypłaty,
z reguły
parę
dzieci i niepracujące
żony,
a takie rzeczy są
tam droższe
niż
w Europie czy w Stanach. Będziemy
im wysyłać
paczkę.
Jak ktoś
ma coś
co chce im odstąpić,
to proszę
o kontakt z nami. Chcemy wysłać
paczkę
jeszcze w tym roku. Jak to Hassan powiedział:
idzie zima, w górach będzie
zimno i dużo
śniegu,
a oni dalej muszą
pracować.
Darek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz