Będąc w Zermatt
spotkaliśmy pewnego wieczoru parę Szwajcarów. Powiedzieliśmy im
wtedy o naszych planach spędzenia jednej nocy w Zurichu i spytaliśmy
się co myślą o tym mieście. Powiedzieli....”no wiecie...Zurich
to Zurich...kolejne duże miasto.” Jak się potem okazało
dziewczyna była z Lucerny więc dla niej tam jest najładniej.
Oczywiście planów nie
zmieniliśmy i tak w sobotę rano po bardzo szybkim pakowaniu
wyruszyliśmy z Zermatt pociągiem do Zurichu. Droga zajmuje ok.4h i
w połowie w Visp trzeba się przesiąść z pociągu regionalnego na
Intercity.
Pierwszy odcinek minął
nam spokojnie. Natomiast drugi pociąg to była mała masakra. Sam
pociąg był wygodny, czysty i nowoczesny...tak tego nie można
zarzucić. Niestety był też dwu poziomowy...pomyślicie super....no
właśnie nie do końca. Dwu poziomowy pociąg oznacza 2 razy więcej
ludzi, co sprowadza się do większej ilości bagażu ale dwa poziomy
mają mniej miejsca na bagaże. Tak więc był pogrom....wyznaczone
miejsce na bagaże zostało bardzo szybko zajęte. Nad siedzeniami
jest półeczka na której tylko położyć można jakąś małą
torebkę. Tak więc bardzo duży minus. Dopiero w Bern wysiadło dużo
ludzi i można było jakoś poukładać bagaże....wcześniej to
leżały w przejściu i gdzie się tylko dało.
Nie mamy dużego
doświadczenia z pociągami ale jednak japońskie nam bardziej
zaplusowały. Na pewno mieliśmy mniej bagażu ale pamiętamy, że na
półki nad siedzenia ludzie wkładali normalne duże walizki.
Zdziwił nas też brak konduktora. W pierwszym pociągu sprawdzali
nam bilety natomiast w drugim, który był IC i do tego długo
dystansowy nie spotkaliśmy, żadnego konduktora. To aż dziwne bo
jak ktoś ma szczęście to może przejechać pół Szwajcarii za
darmo. Nie wiem tylko czy warto ryzykować i jakie są konsekwencje
jeśli przyjdzie konduktor.
Takim sposobem po 4h
podróży dotarliśmy do Zurichu. I tu przywitała nas wiosna
(+15C). Zjechaliśmy 1tys metrów w dół i już pogoda znacznie
cieplejsza. A wystarczy tylko wsiąść w pociąg i już za parę
godzin jest się w zimowym klimacie otoczonym górami ze śniegiem i
lodowcami. Na dzień dobry zaskoczyła nas ilość rowerów. Widać, że trend z Amsterdamu dotarł również tutaj.
Niestety robiąc
rezerwację hotelu w Zurichu coś mi się pomieszało i okazało się,
że hotel jest na uboczu. Dojazd taksówką zajął nam ok. 20 minut
i wreszcie mogliśmy „pozbyć” się bagaży. Mieszkamy w
Swissotel więc jak przystało na lepszej klasy hotel bagażami zajął
się pan z obsługi – ale ulga. W tym momencie stwierdziliśmy, że
nie ma to jak podróżować tylko z plecakami. Przynajmniej
przemieszczanie się jest dużo łatwiejsze. Coś czuję, że
następne wakacje będą z plecakami. Niestety hotel ten nie był najlepszy. Niby 4 gwiazdki, super SPA i infinity basen...ale jak się człowiek przyjrzy szczegółom to gdzie nie-gdzie mogli troszkę lepiej wysprzątać.
Po krótkiej drzemce w
hotelu wyruszyliśmy zwiedzać Zurich. Osobiście wolę zwiedzać
europejskie miasta nocą. Ładnie oświetlona architektura tylko
dodaje uroku miastu i wszystko wydaje się być jeszcze piękniejsze.
Pierwsze wrażenie jakie to miasto na nas wywarło było bardzo
pozytywne. Może dlatego, że dziś jest sobota (choć myślę, że
tak jest codziennie) otwartych było wiele knajpek, restauracji, kawiarenek itp. W
przeciwieństwie do Berna w którym byłam parę dni wcześniej
widać, że miasto żyje. Podobały mi się oczywiście stare
kamieniczki jak i wąskie uliczki. Poszwendaliśmy się troszkę po
mieście. Przeszliśmy ulicą Niederdorfstrasse i innymi uliczkami w
okolicy. Potem przeszliśmy mostem Quaibrucke aby przejść się
drugą stroną rzeki. Niestety ta strona wyglądała już na bardziej
„biznesową” i nie było żadnych knajpek. Budynki też już
przybierały charakter bardziej biurowców niż starych kamienic.
Tak więc szybko wróciliśmy z powrotem w okolice ulicy Kirchgasse
itp.
To że Szwajcaria jest droga wiedzieliśmy od początku ale ceny w restauracjach tu nas przestraszyły....za jakiegoś kurczaka trzeba było zapłacić tyle co za dobrego steaka w NY. Tak więc skończyliśmy na lokalnym kebabie – wolę nasze krakowskie. Tak więc pospacerowaliśmy jeszcze troszkę ale robiło się zimno i postanowiliśmy wracać do hotelu.
Ciężko powiedzieć, że
zwiedziliśmy Zurich, który jest największym miastem w Szwajcarii.
Widzieliśmy tylko parę uliczek i na pewno kiedyś tu wrócimy.
Myślę, że przy następnej wycieczce w Szwajcarii, tym razem pewnie
letniej znów będziemy lądować w tym pięknym mieście i zwiedzimy
wtedy troszkę więcej.
Aby wrócić do hotelu musieliśmy wziąć pociąg z dworca głównego i tutaj Darek doznał szoku. Nie powiem ja też byłam zdziwiona. Widzieliśmy bardzo dużo ludzi w butach narciarskich z nartkami w rękach. Widać, że skoczyli sobie na nartki na jeden dzień. Nie ma to jak wziąć tramwaj spod domu potem pociąg i już się można pobawić w fajnych górkach. Troszkę lepszych niż te które my mamy 2h od domu.
Jutro czeka nas podróż
powrotna. Udało nam się zrobić check-in więcej jest bardzo duża
szansa, że polecimy. Ciekawe również czy nasze bagaże dotrą bo
na przesiadkę mamy tylko 55 minut. Miejmy nadzieję, że tym razem
AirBerlin nie nawali i jednak pracownicy niemieccy są lepsi od
amerykańskich.
Wyjazd był super...dużo
się działo, jak to bywa w Europie, świat troszkę inny ale
bardziej nam bliski. Spędzenie tygodnia w resorcie w górach w
którym nie ma samochodów (tylko meleksy), nie ma świateł, pieszy
ma zawsze pierwszeństwo a narciarze jeżdżą szybciej niż
samochody było na pewno bardzo relaksujące. Dla mnie ten resort
wygrał i jest na pierwszym miejscu ze wszystkich jakie do tej pory
odwiedziłam....dla Darka jest na pewno w pierwszej trójce bo bardzo
ciężko jest porównywać resorty. I tym akcentem kończymy naszą
przygodę ze Szwajcarią. Dlaczego świat jest tak piękny i w tak
wiele miejsc warto wracać a człowiek ma tak mało czasu i mało
pieniędzy....podróże są piękne a powrót z wakacji bardzo
smutny.....
Ilona

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz