Oficjalnie sezon zimowy hików został
rozpoczęty. Rozpoczęliśmy go hikiem na Giant, 4627 ft. Jest to dwunasty co do wysokości szczyt w stanie Nowy Jork.
Na Giant można wyjść paroma
szlakami. Myśmy wybrali najkrótszy (Giant Ridge), ale za to najbardziej stromy, 3 mile – 3000 ft. do góry. Nie są to może
powalające liczby ale biorąc pod uwagę, że większość trasy
była oblodzona to szlak był dość trudny.
Tylko 4h samochodem i w okolicach
10 rano byliśmy już w Adirondack a o 10:30 rozpoczęliśmy
podejście do góry.
Pomimo, że na dole nie było śniegu
to i tak zapakowaliśmy raczki do plecaków i po stromym liściastym
zboczu zaczęliśmy się wspinać.
Na parkingu było dużo samochodów
więc wiedzieliśmy, że na trasie będzie dużo ludzi więc szlak
powinien być przetarty. I tak też było. Po około godzinie czyli
1000 ft wyżej zaczął pojawiać się śnieg i oblodzone kamienie.
Opłacało się nieść raczki bo stały się koniecznością. Nie
mam pazurów jak niedźwiedź.
Mijając parę grup, rozmawiając z
górołazami, minęła kolejna godzina jak i wysokość zmieniła się
o kolejne 1000 ft. Tu już była prawie zima, więcej śniegu na
drzewach i ziemi, no i oczywiście więcej lodu.
Często trasa szła niezalesionymi
graniami, dzięki czemu widoki były powalające ale i wiatr
dokuczał coraz bardziej. Giant leży w Adirondack High Peaks
(wysokie szczyty) ale jest troszkę z boku więc po drodze mogliśmy
podziwiać panoramę i najwyższe szczyty tego regionu.
10-15 minut przed szczytem nachylenie
trasy było tak duże i w dodatku oblodzone, że nawet raczki miały
problemy z utrzymaniem się. Na szczęście w najtrudniejszym
odcinku, ktoś dla ułatwienia zamontował linę, która ułatwiła
nam wyjście.
Po 3,5h osiągnęliśmy szczyt na którym
niestety nie mogliśmy mieć przerwy na lunch bo był silny, mocny
wiatr. Do tego widoczność była zerowa, ze względu na chmury.
Zaraz pod szczytem zrobiliśmy sobie
przerwę na małe co nieco i ruszyliśmy w dół w kierunku parkingu.
Po wyjściu z chmur widzieliśmy góry
pięknie oświetlone przez zachodzące słońce.
Zdziwiliśmy się, że po drodze
minęliśmy parę osób które pomimo, że było ok. 3 popołudniu oni
szli dopiero na górę. Schodzenie po tym lodzie po ciemku chyba nie
jest łatwe a na pewno nie jest bezpieczne.
Nam też się nie udało zejść za
dnia i ostatnie 15 minut pokonaliśmy z lampkami na czołach. Ale jak
to Ilonka mówi, dobry hike albo zaczyna albo kończy się z
lampkami. A bardzo dobry hike zaczyna i kończy się z lampkami.
Był to bardzo fajny, krótki hike.
Szczególnie polecamy go latem gdzie jest łatwiej a widoczność
jest dużo lepsza. Dopełnieniem hiku jak zwykle jest pyszna kolacja.
Tym razem w restauracji milion gwiazdkowej nad jeziorem Chapel
serwowano przepyszne hamburgery.
Darek






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz