Kolejny
dzień w Dolinie Śmierci i kolejne nowe wrażenia. Tym razem głównym
punktem programu jest Racetrack. Kolejna niesamowita płaszczyzna po
której można chodzić i obserwować jak poruszają się kamienie. Żeby jednak tam dojechać konieczny jest samochód z napędem na 4
koła, cierpliwy kierowca który pokona 27 mil (43 km) wyboistą
drogą bez asfaltu. No i czas bo aby dojechac do drogi off road
trzeba pokonac ponad 85 mil (130 km) droga asfaltową. Ale jak się
potem przekonaliśmy było warto.
Jak
to bywa w fajnych parkach oczywiście po drodze jest wiele miejsc
które są równie interesujące.
Nasz
pierwszy przystanek był w miasteczku Furnace Creek. Miasteczko to
jest położone
w środku doliny i jest najniżej położonym miasteczkiem w Ameryce
Północnej a może nawet na całej zachodniej półkuli. Jest to
bardzo małe, totalnie turystyczne miasteczko, które zamieszkuje
tylko 24 osoby (dane z 2010 roku). Oczywiście jest tam sklep,
stacja benzynowa, restauracja, saloon no i oczywiście hotel dla
turystów. Dobrze, że w Death Valley jednak jest trochę cywilizacji
bo inaczej na jednym baku nie moglibyśmy dojechać do Racetrack ani
w inne dalsze rejony doliny.
Tak
więc po zatankowaniu do pełna ruszyliśmy na północ 57 mil do
następnej atrakcji która pojawiła się na naszej drodze. W Death
Valley atrakcje są na każdym kroku...tylko kroki trzeba tu robić
duże bo park jest ogromny.
Ubehebe
krater, (czyt. Yoo-bee-hee-bee) jest położony na północnym końcu
gór Cottonwood. Krater ma pół mili szerokości (niecały kilometr)
i od 500-777 ft (150-237 m) głębokości. Nie jest do końca pewne
ile ma on lat. Jedni szacują, że powstał on nawet 7 tys lat temu, choć podobno nowsze badania dowodzą, że jest on młodszy i ma
tylko 800 lat. Tak jak wspominaliśmy wcześniej Dolina Śmierci to
raj dla geologów więc badania ciągle trwają.
Do
krateru można zejść (500 ft w dół) co oczywiście zrobiliśmy.
Schodzi się bardzo łatwo, bo po żwirku zjeżdżasz jak po piasku
czy śniegu. Gorzej było z wyjściem kiedy to co drugi krok
ześlizgujesz się w dół. Ale oczywiście warto. Nie ma to jak być
na samym dole i poczuć jaki ogrom cię otacza.
Do
tego miejsca jeszcze prowadziła droga asfaltowa. Ale od tego momentu
zaczęła się zabawa. Zaraz przy kraterze skręca się na Racetrack,
naszą najważniejszą atrakcję dzisiejszego dnia. Jak duży „krok”
musimy zrobić tym razem? Tylko 27 mil....ale off-road.
Droga
pomimo, że bardzo wyboista mijała nam dość przyjemnie bo widoki
były powalające. Oczywiście tu to nas mijały już tylko normalne
samochody, jeep, SUV i czasem jakiś pick-up....napęd na 4 koła i
wysokie zawieszenie to podstawa. Gdzieś po ok. 10 milach pojawiła
się kaktusolandia. Naszym oczom ukazał się las kaktusów. Było
ich multum. Ja naliczyłam ogólnie 6 rodzajów ale tylko jedne rosły
wysoko jak drzewa. Byliśmy w szoku, jak dużo ich tu jest i tak
nagle, niespodziewanie tu wyrosły.
Kolejna
atrakcja to Teakettle junction (skrzyżowanie Dzbanek na herbatę).
Skrzyżowanie to łączy drogę do Racetrack Playa, Hunter Mountain i
inne szlaki w góry. Legenda głosi, że wieki temu był to znak dla
idących, że woda jest niedaleko. Teraz to tylko atrakcja
turystyczna i ciekawa pamiątka. Dzbanki ludzie zostawiają na
szczęście i pamiątkę, że tu dotarli Szkoda, że my nie
wiedzieliśmy o tym wcześniej i nie przywieźliśmy żadnego
dzbanka.....napisalibyśmy: „Dziubdziuki tu były”.
Finally....godzinę
jazdy od krateru, i 4.5h od opuszczenia hotelu wreszcie dotarliśmy
do płaszczyzny Racetrack Playa. Dlaczego to miejsce jest takie
ważne? Miejsce to jest bardzo unikatowe. Często znane jest jako
miejsce ruszających się kamieni. Racetrack jest ogromnym
wyschniętym dnem jeziora. Jego powierzchnia jest spękana i sucha
przez większość czasu.
Jednak
czasami pojawia się tu woda i ziemia staje się mokra. Do tego
niskie temperatury (szczególnie nocą) sprawiają, że cała pokrywa
jest dość śliska. Do tego dochodzi wiatr, który jest tak mocny,
że potrafi przesuwać kamienie o wadze nawet ponad 100 funtów.
Po
wyschnięciu, na ziemi zostaje ślad jaki zrobił kamień ruszany
przez wiatr. Efekt jest do dziś małą tajemnicą ponieważ nikt nie
był jeszcze w stanie nagrać jak kamień się przesuwa ale badania
ziemi wskazują, że powyższa teoria jest prawdziwa.
Kolejna
ogromna płaszczyzna po której można chodzić godzinami i co jakiś
czas spotkać ciekawszy ślad czy kamień. My chodząc po wyschniętej
powierzchni nie robiliśmy śladów ale widzieliśmy stare ludzkie
ślady. Aktualnie miejsce to jest zamykane jak jest mokre bo ślady
raz odbite zostają tam latami.
Moglibyśmy
spędzić tu godziny ale niestety musieliśmy ograniczyć się tylko
do 1h bo w zimie dzień jest krótszy a my chcieliśmy zdążyć
jeszcze na jakiś ładny zachód słońca. Widok Racetrack jednak tak
nas zahipnotyzował, że nie mogliśmy się oprzeć i nie zjeść
lunchu w takiej scenerii.
No
i w drogę. Wracaliśmy tą samą drogą ale nie myślcie, że tym
razem było to nudne. Przed nami roztaczały się przepiękne widoki
na dolinę i otaczające je góry. Pomimo, że już znaliśmy drogę
to nadal nas zaskakiwała widokami i ciągle się zatrzymywaliśmy
robić zdjęcia.
Zachód
słońca złapaliśmy już na drodze asfaltowej. Niestety (a może i
dobrze) nie dojechaliśmy w żaden punkt turystyczny aby podziwiać
zachód słońca. Natomiast zatrzymaliśmy się po drodze i
podziwialiśmy jak słońce malowało niebo. Niesamowite kolory,
ogromne góry w około i nikogo w obrębie wzroku.
Widzieliśmy
tylko przy drodze dwa puste zaparkowane samochody. Chyba ktoś tak
zakochał się w tych górach, że po prostu poszedł przed
siebie....tu nie ma szlaków....tu po prostu idziesz, odkrywasz i
podążasz gdzie góry Cię wołają.
Dolina
Śmierci nie idzie spać o zachodzie słońca. Jak już pisaliśmy
wcześniej jest to najlepsze miejsce aby oglądać gwiazdy i chyba
pierwsze gdzie widzieliśmy drogę mleczną. Tak, że nie do końca
narzekaliśmy na krótki dzień bo mogliśmy podziwiać gwiazdy,
piękną pełnię księżyca i dziękować za kolejny wspaniały
dzień.
Dla
nas był to kolejny cudowny dzień, pełen pięknych widoków, emocji
i niesamowitych przeżyć. Niestety nie wszyscy mieli takie
szczęście. Wracając do hotelu zatrzymaliśm się bo zobaczyliśmy
na poboczu samochód i ludzi wymachujących latarkami. Okazało się,
że złapali gumę a na środku tej pustyni ciężko z zasięgiem.
Zdziwiło nas na maksa, że ich Volvo s60 nie miało zapasowego kola.
Niestety to prawda. Pomimo, że samochód z wypożyczalni to miał
tylko zestaw do łatania który wystarczy Ci na parę kilometrów,
Podwieźliśmy ich do miasteczka, gdzie jest zasięg i mamy nadzieję,
że wszystko dobrze się skończyło.
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz