Cały dzisiejszy
dzień spędziliśmy w Canyonlands, który jest największym parkiem
w Utah. Dokładnie to byliśmy w jego północnej części zwanej
Island in the Sky. Jest to najwyżej położona część parku,
średnia wysokość to 1850 metrów (6100 ft). Jest też
najbardziej dostępna ze wszystkich trzech części tego parku.
Znajduje się blisko Moab i Parku Arches. Ma także dobrze rozbudowaną
ilość dróg asfaltowych jak i tych off road. Ze względu na
położenie i dostępność jest najbardziej odwiedzaną częścią.
My postanowiliśmy, że
będziemy tą część w większości zwiedzać samochodem i może
zrobimy parę małych spacerów do ciekawszych punktów widokowych.
Do parku można wjechać na dwa sposoby. Droga asfaltową 313, albo
off-road. Pierwsza opcja wydawała nam się nudna, więc wybraliśmy
druga, ciekawszą wersję. Nie mamy jakiś super samochodów na tego
typu zabawy, więc też nie będziemy się pchać w jakieś super
trudne i techniczne trasy. Nie mamy też byle jakich samochodów,
Jeep Cherokee też chyba po górkach potrafi jeździć, nie?
Jadąc z Moab na północ
mijamy rzekę Colorado i za milę skręcamy w lewo w drogę 279.
Początkowo droga asfaltowa idzie malowniczo kanionem rzeki Colorado.
Po drodze można oglądać malowidła Indian na skałach jak i
wspaniały kanion. Zdziwiło nas, że rzeka jest oblodzona i płyną
nią kry lodowe, myśleliśmy, że jest na tyle ciepło w kanionach,
że na rzece Colorado nigdy się nie zrobi lód. Widać jak podróże
kształcą.
Po 15 milach dojechaliśmy do jakiejś fabryki, a także
do dużych zbiorników potażu.
W tym momencie asfalt się
skończył, zaczęła się ciekawsza część dogi. Na początku
droga wiodła delikatnie do góry i nie było większych problemów z
jej pokonywaniem. Było trochę śniegu, kamieni jak i małych progów
skalnych, ale na szczęście nasz Jeepek miał wystarczający
prześwit pod podwoziem i sobie z tym spokojnie radził. Droga wiedzie
malowniczym kanionem, robiliśmy więc wiele przystanków aby podziwiać te piękne widoki, robić zdjęcia i nagrywać ciekawe odcinki drogi.
Jednak widzieliśmy gdzie mamy wyjechać, brzeg kanionu był
prawie 600 metrów (2000 ft) nad nami, więc pewnie za chwilę się
zacznie ostra jazda do góry. Po kolejnych paru milach dojechaliśmy
do White Rim Rd. Jest to przepiękna droga, ma długość ponad 160
kilometrów (100 mil) i cały czas idzie dnem kanionu. Niestety jest
bardzo trudna, więc nasze samochody raczej by tam nie dały rady.
Jedzie się nią 2-3 dni i śpi się po drodze na kempingach. Jak
widzieliśmy jakimi terenami ona idzie to już robię w głowie
wstępne plany na powrót tutaj i wypożyczenie jakiejś lepszej
zabawki, jak np. Jeep Wrangler Rubicon i zapuszczenie się głęboko
w te cudowne kaniony.
Na tym skrzyżowaniu
niestety rozczarowanie. Dalsza część drogi jest zamknięta. Jak
się później okazało, było za dużo śniegu na drodze i pewnie
była niebezpieczna. Szkoda, bo teraz się musimy wracać jakąś
godzinę na dół.
Po zjechaniu na dół
znaleźliśmy kolejną ciekawą drogę, Long Canyon Rd. Też wyjeżdża
na szczyt kanionu, czyli 600 metrów (2000 ft) do góry. Ma tylko 12
km (7 mil) długości. Część osób z naszej grupy chciało nią
jechać, a część już miała dobrze ciśnienie podniesione po
pierwszej drodze i wolała jechać na około asfaltem. Zrobiliśmy
głosowanie i wygrała trudna off-road droga.
Na początku było super.
Mało śniegu, przepiękne czerwone skały oświetlone coraz to
mocniejszym słońcem. Droga wiodła delikatnie pod górę, czasami
przejeżdżając wyschnięte koryta górskich strumyków jak i wielkie garby usypane z ziemi. Na ostrych zakrętach czy technicznych odcinkach skalnych trzeba było szczególnie uważać, żeby nie
wpaść kołami w dziury.
Im wyżej się wyjeżdżało,
tym widoki były coraz to piękniejsze. Long Canyon jest bardzo
pięknym, wąskim kanionem, a uroku jeszcze dodaje właśnie ta
kręta, droga zawiła jak wąż.
Niestety warunki na drodze stawały
się też ciekawsze. Śniegu zaczęło przybywać, wertepy stawały
się coraz to większe, serpentyny coraz to częstsze, no i
oczywiście kąt nachylenia drogi robił się większy. Na wysokości
około 1600 metrów (5200 ft), zrobiliśmy sobie mały przystanek.
Temperatura na zewnątrz była około -4C (25F), ale wiatraki
chłodzące silnik chodziły już na wysokich obrotach i kierowcy
jechali prawie w podkoszulkach, widać, że adrenalina rozgrzewała.
Na tym przystanku też podjęliśmy decyzje, co robić dalej. No jak
już tak wysoko wyjechaliśmy to szkoda teraz wracać, i też zjeżdżać
na dół stromą drogą po śniegu, gdzie z jednej strony są skały
a z drugiej przepaść, jest bardzo niebezpiecznie. Jedziemy
dalej.......
Gdzieś na wysokości 1700
metrów (5500 ft) droga stała się nieprzejezdna. Potężne,
oblodzone skały, dużo śniegu z piaskiem i coraz to większe
nachylenie skutecznie zablokowało nasze Jeepy.
Podjęliśmy parę prób
przejazdu tego odcinka, ale niestety wszystkie się nie powiodły.
Drugi samochód stał 100
metrów (300 ft) niżej dla bezpieczeństwa i czekał. Próbowałem
jeszcze parę razy to przejechać, ale się nie udało. W tym samym
czasie Grześ z drugiego samochodu poszedł dalej do przodu na nogach
w celu obczajenia drogi. Wrócił i powiedział: „nie ma sensu tego
odcinka pokonywać, dalej jest jeszcze gorzej i bardzo wąsko...”
OK, zawracamy, ale jak?
Tyłem się nie da, musimy zawrócić. Zawracanie trwało chwilę,
ale przy pomocy bocznych kamer (czytaj, wielu par oczów) udało się
na tej wąskiej, górskiej drodze zawrócić.
Zjazd na dół był
„troszkę” trudniejszy niż wyjazd na górę. Do tego stopnia, że
wszyscy poza kierowcami i Ilonką wysiedli z samochodów. Jak się
rozbijemy to ktoś musi wezwać pomoc. Oczywiście byli uzbrojeni w
worki z piaskiem, który wcześniej nazbierali i w razie
niekontrolowanego poślizgu mieli szybko sypać pod koła. Jechało
się z prędkością wolniejszą niż człowiek idzie. Na szczęście
nic się nie stało i zamiast sypać piasek ekipa robiła zdjęcia i
nagrywała film. Po około 45 minutach udało nam się zjechać na
sam dół, zaparkować bezpiecznie w wyschniętym korycie rzeki i
opłukać nasze gardła zimnym piweczkiem. Ufffff........ wreszcie na
dole.....!!!
Widać, że nie było to
aż takie straszne, bo na dole już planowaliśmy powrót w te
rejony. Oczywiście innymi samochodami. Jeep jest na to dobry, ale
nie ten model. Cherokee jak i większość tego typu samochodów
terenowych poradzi sobie z dziurami w drogach wielkich miast, ale nie
na prawdziwym off-road. Wrangler, to już inna bajka. Stały napęd na
cztery koła, blokada mechanizmów różnicowych z przodu i z tyłu,
duże opony do jazdy po bezdrożach, extra zbiornik na paliwo i wiele
innych „udogodnień” do pokonywania ciężkich, ciekawych tras. Można mu też odpinać
wszystkie drzwi, ściągać dach i składać przednią szybę.
Idealny na parę dni w kaniony pod namioty. Mam numery telefonów do
wypożyczalni takich zabawek w Moab. Ktoś potrzebuje?
Dobra, wystarczy o
Jeepkach....... Niestety nie zostało nam już wiele opcji jak tylko
wjechać do parku nudną drogą asfaltową. 13 mil na północny-zachód
od Moab jest droga 313, która prowadzi do Island in the Sky. Po
kilkunastu milach drogi się rozdzielają. Jadąc dalej prosto droga
zmienia nazwę w Grand View Point Rd i prowadzi prosto do parku,
natomiast 313 skręca w lewo i prowadzi do innego parku, Dead Horse
Point State Park. Droga kończy się parkingiem, który znajduje się
600 metrów (2000 ft) nad kanionem przez który płynie rzeka
Colorado. Przepiękne widoki w trzy strony. Legenda głosi, że to
miejsce dostało swoją nazwę od Indian, którzy kiedyś zaganiali
tam dzikie konie na sam koniec przez wąską 30 metrowe zwężenie drogi,
następnie zagradzali to gałęziami i konie nie miały już powrotu. Następnie wybierali sobie konie dla siebie, a resztę
puszczali wolno. Pewnego razu zapomnieli pościągać ogrodzenia,
albo konie nie znalazły wyjścia i wszystkie zdechły z pragnienia
patrząc na rzekę Colorado, która była 600 metrów (2000
ft) w dole.
Po krótkim spacerku po
krawędzi kanionu wsiedliśmy w samochody i w końcu dojechaliśmy do
Canyonlands. Dojazd tutaj trwał ponad siedem godzin. Tak, to jest
jak się chce jechać na skróty ciekawymi drogami. Była już 3 po
południu, więc nie zostało nam wiele czasu, postanowiliśmy tylko odwiedzić parę punktów widokowych. Pierwszy
oczywiście musiał być Shafer Canyon Overlook, gdzie można było z
góry oglądać całą naszą drogę, którą mieliśmy jechać jak by
nie była zamknięta.
Wyglądała ostro, dobrze, że była
zamknięta..... Następnie podjechalismy do Green River Overlook,
gdzie z góry można oglądać Green River. Drugą rzekę co do
wielkości, która przepływa przez Canyonlands. Mieliśmy pecha i
była dokładnie pod słońce, więc nie mogliśmy stwierdzic czy
jest zielona.
Grand View Point Rd kończy
się parkingiem z którego można oglądać dwa potężne kaniony.
Jeden na rzece Colorado, a drugi na Green. Oba znajdują się 600
metrów (2000 ft) poniżej. Nie są może aż tak głębokie jak
Grand Canyon w Arizonie, który jest od dwóch do trzech razy
głębszy, w zależności od miejsca. One są bardzo rozłożyste,
gdziekolwiek się popatrzysz to widzisz kanion, aż po horyzont.
Jednak najlepszy zachód
słońca nie znajduje się na końcu drogi. Trzeba się wrócić parę
mil do Mesa Arch. 15 minut łatwego spacerku z parkingu. Łuk
znajduję się na krawędzi kanionu, dzięki czemu przez niego widać
malownicze czerwone skały kanionu na rzece Colorado w promieniach
zachodzącego słońca. Można było sobie usiąść,
patrzeć jak słońce coraz to słabiej oświetla czerwone skały
kanionu i w końcu odetchnąć.
Był to ciekawy dzień, pełen emocji
i adrenaliny. Ale jak to w dobrych bajkach bywa, wszystko się dobrze
skończyło i można wracać do Moab, gdzie dzisiaj jest pożegnalna
imprezka, bo część załogi jutro rano już wraca do Nowego Jorku.
Island in the Sky jest
pięknym parkiem, ma trochę tras na hikingi, ale bardziej słynie z
tras off-road. Jest ich tam wiele, kilkaset mil. Każda inna, jedne
łatwiejsze, jedne trudniejsze. Dobre przygotowanie i dobry samochód
pozwolą na przejechanie wszystkich. Zima i lato nie są najlepszymi
porami na zwiedzanie tego parku. W zimie niektóre drogi mogą być
zamknięte jak śnieg spadnie, a w lato temperatury są za wysokie.
Wiosna i jesień są najlepsze, pod warunkiem, że się dostanie
zezwolenie na przebywanie w parku dłużej niż jeden dzień, które
trzeba załatwiać miesiącami do przodu.
Darek

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz