Niestety wszystko co dobre szybko się
kończy. Nadszedł czas spakowania naszych brudów i powrót do
szarej rzeczywistości. Samolot z Vegas mamy dopiero późno
wieczorem, więc jeszcze mamy cały dzień czasu i roczny pas na
wszystkie parki w Stanach, musimy na maksa wykorzystać.
Po drodze do
Vegas mamy przepiękny Zion park. Jest on najmniejszym parkiem ze
wszystkich parków w Utah.
Utah ma 5 parków narodowych. Pobija go
tylko Alaska i California. Biorąc pod uwagę wielkość Alaski (8
razy większa od Utah), albo wielkość Californi (2x), Utah wygrywa.
Na tej wycieczce zaliczyliśmy 4 parki. Został nam tylko Capitol
Reef.
Po wyjechaniu rano z hotelu
powiedziałem Wow......!!! Cena paliwa na lokalnej stacji
wynosiła $1.89 za galon (1.69 PLN za litr). Ostatni raz w Stanach
tankowałem samochód po takich cenach chyba kilkanaście lat temu. Tak
to można podróżować. Biorąc pod uwagę, że wszystkie drogi,
autostrady, mosty, tamy........ są bezpłatne.
Z Saliny jechaliśmy autostradą 70 na
zachód, a potem drogą 89 na południe. Po około dwóch godzinach
dojechaliśmy do Zion.
Zaskoczyła nas temperatura, było 15C (60F).
Jak na początek stycznia, jest bardzo ciepło. W parku spędziliśmy
mało czasu. Nie robiliśmy żadnych hików. Przejechaliśmy tylko
przez niego, zatrzymując się co jakiś czas na zrobienie zdjęć.
Bardzo nam się Zion podoba, dla Ilonki był to najładniejszy park,
do momentu gdy nie zobaczyła Bryce. Mi też się bardzo podoba, nie
wiem jaki park jest najładniejszy, każdy z nich jest inny. Dwa lata temu robiliśmy już parę hików w Zion, jak East Rim czy Angel Landing,
ale dalej parę czeka, jak Narrows, Subway i wiele innych. Kolejny
powód aby znów wrócić w te rejony.
Z Zion do Vegas jedzie się około 2.5
godziny. Nam zeszło trochę dłużej, bo oczywiście musieliśmy
umyć naszego Jeepka. Przecież jak by dostali taki brudny samochód
to by się załamali i pewnie dopłata by była znaczna.
Dojechaliśmy do Vegas. Jest to bardzo
imprezowe miasto, ale po ciszy i spokoju jaki mieliśmy w parkach to
miasto po godzinie zaczęło nas męczyć i przytłaczać. Za dużo
wszystkiego, a szczególnie ludzi.
Vegas ma najlepszą atrakcję,
In'n'out. Najlepsze hamburgery na zachodzie, coś jak Five Guys na
wschodzie. Po wspaniałej kolacji, oczywiście animal style,
pojechaliśmy wcześniej na lotnisko, żeby w spokoju i przy piwku
dokończyć naszego bloga.
Po przejechaniu 4000 km
(2400 mil), przejściu wielu kilometrów, odwiedzeniu pięciu parków narodowych, zrobieniu ponad 6000 zdięć, wielu godzin filmu nasza podróż niestety dobiegła końca w cywilizowanym Las Vegas. Była to niezapomniana podróż, ale czujemy niedosyt i na pewno musimy tam wrócić. Jest to za duży obszar żeby w ciągu dwóch tygodni to wszystko dokładnie zwiedzić. Większość parków jest tak duża, że powinno się na każdy co najmniej tydzień poświęcić.
Za parę minut startujemy i jutro rano obudzimy się miejmy nadzieje wyspani w Nowym Jorku, bo prosto z lotniska udajemy się do pracy.
Ilona, Iwona, Darek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz