Canyonlands ciąg dalszy. Wczoraj była
jego północna część, Island in the Sky, a dzisiaj południowo
wschodnia, Needles. Needles w przeciwięstwie do Island in the Sky ma
więcej szlaków na hiki niż dróg. Ma jedną asfaltową, parę
ciekawych off road, ale wiekszość to są szlaki. Needles jest
zupełnie inne niż Island in the Sky. Tutaj znajdujesz się w środku
akcji,jesteś otoczony z każdej strony wysokimi skałami w kształcie
igieł (needles), gdzie w Island in the Sky z reguły jesteś na
szczycie kanionu i patrzysz w dół. No chyba, że masz fajny
samochód i odwagę na zjazd w dół. Ja bym porównał Island in the
Sky do grand Canyon, a Needles do Bryce Canyon czy Arches.
Needles ma też kolejną wielką
zaletę, jest z dala od wszystkiego. Z Moab, które jest najbliższym
miasteczkiem jechaliśmy ponad 130 kilometrów (80 mil). Nie licząć
malutkiego Monticello, które i tak jest oddalone o 90 kilometrów
(55 mil) od parku. Dla chcących spędzić więcej dni w parku a nie
dojeżdżać codziennie jest parę kampingów. Zaleta polega na tym,
że nie ma tam ludzi, jest cisza i spokój. Jechaliśmy 1.5 godziny.
Oczywiście ostatnie 5 kilometrów (3 mile), było po fajnym
off-road, ale już na szczęście bez przepaści.
Naszym planem było dotarcie do Druid
Arch, 18 kilometrów RT (11 mil). Hike ten jest jednym z ciekawszych,
jednodniowych hików w tym parku. Rozpocząć go można z paru
miejsc. Najbardziej popularne jest z parkingu Elephant Hill, z
którego myśmy startowali. Był piękny, zimowy poranek. Słoneczko
świeciło na niebieskim, bezchmurnym niebie, temperatura była -5C
(22F), delikatna warstwa zmrożonego śniegu leżała na ziemi.
Idealny, zimowy hike.
Na początku trasa szła w kierunku
południowym, ostro do góry, raczki się bardzo przydawały. Po 10
minutach wyszliśmy na pustynny płaskowyż, który był przecinany
ciekawymi formacjami z czerwonych skał. Po około 2,5 km (1.5 mili),
trasa skręca na zachód i weszliśmy w pierwsze, niesamowite
formacje skalne. Wspaniałe needles. Oczywiście nasze tempo tutaj
spadło prawie do zera, no bo jak można przejść koło takich skał
i nie zrobić dziesiątek zdjęć, albo wielu minut filmu.
Następnie trasa idzie ostro w dół,
przechodzi bardzo wąskim “korytarzem” pomiędzy dwoma wielkimi
skałami i schodzi do wyschniętego Elephant Canyon. Tutaj jest
kolejne rozgałęzienie, my skręcamy w lewo i idziemy na południe.
Tym kanionem idzie się juz prawie do samego końca. W zimie się
łatwo idzie bo nie ma wody i można iść korytem wyschniętej rzeki
po piasku ze śniegiem oraz małych skałach. Natomiast w innych
porach roku jak są opady to niestety trzeba się wspinać po
skałach.
Idzie się trochę ciężko, zapadając
się głęboko w śnieg z piaskiem Dodatkowo nasze temp było
zmniejszane przez podziwianie wspaniałych Needles (Igieł), które
wznoszą się kilkaset metrów nad kanion. Pomimo tego nasza średnia
była 2.56 km/h (1.6 mil/h). Kanionem idzie się około 1,5h i
dochodzi się do pierwszyh trudniejszych odcinków. Kanion stawał
się coraz to węższy i mimo zimowej pory roku, na dole znajdowała
się duża ilość zamarzniętej wody. Jednak grubość lodu nie była
wystarczająca aby utrzymać nasz ciężar więc dalszy hike dnem
kanionu był nie możliwy. Były także paru metrowe bloki skalne,
które w lecie są wodospadami.
Dalszy hike musiał niestety odbywać
się po skalistych zboczach kanionu. Ostatnie 0.6 km (0.4 mili)
zaczęły się utrudnienia. Na dzień dobry musieliśmy się wspinać
po oblodzonej rynnie skalnej, która była dosyć stroma (ok. 5m/15ft
wysokości). Powrót był już łatwiejszy bo można zawsze zjechać
na tyłku jak na saneczkach. Następną niespodzianką była pionowa
drabinka i poręcz która ułatwiała utrzymanie się na oblodzonych
skałach. Ale najciekawszy fragment to jest ostatnie 200m (500ft)
gdzie musieliśmy włączyć napęd na 4 koła (ręce) i wspiąć się
po skałach i głazach ostro do góry.
Wreszcie naszym oczom ukazał
się długo oczekiwany Druid Arch. Łuk ten swoim wyglądem
przypomina formacje Stonhage, którą podobno zbudowali Druidzi. I
stąd się wzięła nazwa tego łuku.
W zimie dzień jest krótszy więc po
krótkiej przerwie musieliśmy niestety wracać. Szlak powrotny idzie
tą samą trasą ale nadal robiliśmy częste przystanki na
zdjęcia...bo przecież przy zachodzącym słońcu to wszystko
wygląda inaczej.
Do auta udało nam się zajść jeszcze
za widoku więc pojechaliśmy na sam koniec drogi numer 211 podziwiać
zachód słońca. Niebo przybrało przepiękne kolory, granatu,
pomarańczu i czerwieni.
Przed nami było 130 km (80 mil) drogi
powrotnej i pomimo, że nie było innych samochodów to droga była
“zatłoczona” przez lokalnych mieszkanców preri. Spotkaliśmy
zajączki, które przebiegały nam pod kołami (na szczęście nic
nie przejechaliśmy), sarny stały na środku i patrzyły się na nas
z miną “co ty tutaj robisz”, a sowy używały naszych świateł
do łapania myszek i latały nam przed przednią szybą, nie mówiąc
już o niewidzialnych krowach czyli czarnych krowach spacerujących
po nocy, które są prawie nie widoczne.
Podsumowanie dzisiejszego dnia 17 km (10.8
mil) i różnica wzniesień 400 m (1300 ft).
Podsumowanie
hików YTD:
ilość
hików - 3
długość
– 35.50 km (22.30 mile)
różnica
wzniesień – 1103 m (3600 ft)
Darek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz