Dla zainteresowanych udostępniamy ściśle tajny, wytestowany przez wiele lat przepis:
Wlać 1L apple cider (cydr jabłkowy) do garnka i podgrzewać na średnim ogniu.
Przekroić pomarańczę na 4 ćwiartki, wycisnąć z nich sok prosto do garnka i pozostałości wrzucić do cydru.
Dorzucić 3-4 pałeczek cynamonu i 10-15 goździków.
Mieszając od czasu do czasu, czekać, aż się zagotuje.
Po zagotowaniu zmniejszyć ogień do minimum i tak trzymać przez 8-10 minut mieszając od czasu do czasu.
W między czasie zagrzać termos wlewając gorącą wodę.
Teraz przyszedł czas na najważniejszy składnik. Wylać wrzącą wodę z termosu, wlać 150 ml (lub więcej w zależności od upodobań) pikantnego rumu (polecamy Spiced Captain Morgan).
Używając sitko przelać zawartość garnczka do termosu. Dobrze go zakręcić i udać się na wycieczkę.
Życzymy dużo ciepła na te zimowe dni!!!
Tak więc wstałem w środku nocy, aby przygotować pyszny Cydr Jabłkowy i uciec z nim oczywiście w góry. Czy to jest nadal pasja czy już wariactwo? Gdzie jest różnica między pasją a wariactwem? Czy to się czymkolwiek różni? I czy to w ogóle ma znaczenie jeśli sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? Bo przecież pasja sprawia, że ludzie robią szalone rzeczy.
Godzinę później, spakowani ruszamy w drogę....
Czy ja już kiedyś pisałem, że lubię wyruszać z NYC w nocy w drogę? 45 minut do Gór Niedźwiedzich, 3,5h do Stratton, Vermont. Na ten weekend wybraliśmy południowe Vermont, no bo jak można zmarnować weekend w Nowym Jorku wiedząc, że tam spadło 40 cm (15 in) świeżego puchu.
Niestety spadło go za dużo. W sobotę mieliśmy plan wyjść na górę Stratton, szlakiem Appalachian i Long Trail. W niedzielę natomiast planujemy delektować siè tym puchem szusując na trasach w sąsiednim Mount Snow. Jak to bywa w połowie Grudnia zima zaskoczyła drogowców, nawet w północnych Stanach. Nie odśnieżyli nam drogi, która prowadziła do początku naszego szlaku. Więc dojazd nawet samochodem z napędem na cztery koła był niemożliwy. Często bywamy w tym rejonie więc znam inną drogę, która powinna nas doprowadzić do naszego szlaku. Spróbowaliśmy szczęścia i dojechaliśmy bliżej szlaku ale nadal odległość do początku szlaku była duża (6 miles). Jednak ten fakt nie ostudził naszego zapału i po założeniu sprzętu udaliśmy się na hike.
Wiedzieliśmy już, że raczej na szczyt nie wyjdziemy, ale mieliśmy nadzieję, że dojdziemy do początku trasy.
Jednak wznosząc się w górę, śniegu zaczęło przybywać. Po podniesieniu się o 600 ft. (180 m.) poziom śniegu też się podniósł i dalsze przecieranie szlaku stało się bardzo wyczerpujące. Przeszliśmy 1.7 mil w 2,5h więc dalszy hike przestawał mieć sens. Po prostu za dużo spadło śniegu a my byliśmy pierwszymi, którzy przecierali tą trasę.
Po przerwie na Cydr Jabłkowy z wielkimi łzami w oczach podjęliśmy decyzję o zawróceniu. Myśleliśmy, że w dół już będzie szybko, jednak byliśmy w błędzie. Porównywalnie ciężko szło się w dól jak i do góry. Ułatwieniem były nasze ślady, które już trochę przetarły szlak.
Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W motelu, Econo Lodge w Manchester byliśmy wcześniej więc mogliśmy się zrelaksować i odpocząć. Po zregenerowaniu energii przyszedł czas na kolację i dla odmiany nie mieliśmy hamburgerów. Tym razem postawiliśmy na drobiowe szaszłyki. Wyszły przepyszne i przy winie Chardonnay, Stemmler 2012 Carneros, zjedliśmy aż po 4 na osobę.
Tak,
to była
super sobota. Może
nie zdobyliśmy
szczytu ale jak to kiedyś
ktoś
mądry
powiedział
„droga jest celem a nie destynacja”.
Dziś
przyszedł
czas na nartki. Jak już
wspomniałem
nocowaliśmy
w Manchester, Econo Lodge. Na narty planowałem
jechać
do Mount Snow. Najciekawsza droga aby dostać
się
do Mt. Snow ze Stratton jest przez Taylor Uper Road -> Brazers Way
-> Mountain Road -> Jamaica Road -> Canedy Road -> road
no. 100. Canedy Road jest najlepsza....przez cały
czas jechaliśmy
pobocznymi drogami ale Canedy wygrała.
Nie dość,
że
na drodze nadal była
warstwa śniegu
(na szczęście
posypana żwirem),
to droga co chwila prowadziła
ostro w górę
i dół,
a pod koniec zaatakował
nas lód. Jedziemy sobie tymi bezdrożami,
gdzie ciężko
znaleźć
jakiś
dom a tu nagle coś
uderza w szybę....po
sekundzie znowu w dach i znowu w szybę
zorientowaliśmy
się,
że
był
to lód spadający
z drzew, który był
topiony przez wstające
słońce.
Tak więc
wczoraj w lesie strzelali myśliwi,
dziś
atakował
nas lód. Ale czego można
się
spodziewać
po Vermont.
Przepraszamy,
że
nie ma zdjęcia
z drogi ale byliśmy
zajęci
omijaniem atakującego
lodu jak i próbie zjazdu z tych gór bez spowodowania wypadku.
Mount
Snow przywitał
nas słoneczkiem.
Co prawda szczyt był
w chmurach ale mieliśmy
nadzieję,
że
słońce
wkrótce wygra z chmurami.
Śniegu
nasypało,
warunki były
super więc
szybko uderzyłem
na północną
stronę
góry gdzie się
wybawiłem.
Jednak nie tylko ja wiedziałem,
że
są
dobre warunki, trochę
ludzi się
zjechało,
ale byłem
sam na nartach, więc
mogłem
wchodzić
na single lane. Tym sposobem szybko poleciały
pierwsze zjazdy Między
czasem Ilonka po małym
spacerku po okolicy zajęła
miejsce w barze i ok. 11:30 mogłem
sobie zrobić
przerwę.
Napić się lokalnego browaru (Mount Snow IPA), porozmawiać z lokalnymi narciarzami i uderzyć znów na trasy. Niestety, w między czasie pogoda się pogorszyła i widoczność zmalała.
Napić się lokalnego browaru (Mount Snow IPA), porozmawiać z lokalnymi narciarzami i uderzyć znów na trasy. Niestety, w między czasie pogoda się pogorszyła i widoczność zmalała.
Ale
jak to mówi nasz kolega...”nie ma złej
pogody, są
tylko ludzie źle
przygotowani.” Dlatego nie poddając
się
udeżyłem
ponownie na północną
stronę
góry i to była
bardzo dobra decyzja, gdyż
prawie nikogo tam nie było.
Trasy już
były trochę oblodzone i omuldzone, ale jak ja to powtarzam, nie ma złych
warunków narciarskich, są
tylko trudniejsze albo łatwiejsze.
Bilet
na narty w Mount Snow kosztuje $90. Tak, masz racje, też
tak uważam,
oni już
tu chyba powariowali. Dobrze, że
umiemy szukać
i kupiliśmy
parę
dni wcześniej za $50. To już
taka „normalna” cena. Ja się
staram żeby
płacić
jak najmniej za każdy
zjazd. Jeśli
cena za zjazd wynosi powyzej $10 to znaczy, że
nie był
to udany dzień na nartkach (chyba że
robię
heli skiing, albo Vallee de Blanche w Chamonix), jeśli
cena jest między
$5-10 za zjazd to był
to taki sobie dzień, natomiast poniżej
$5 uważam
za udany. Zdażają
się
oczywiście
dni poniżej $3, uważam
je za FANTASTYCZNE....!!!!!!
Zrobilem
13 zjazdów, wyszło
$3.80 za zjazd. Dobry dzień,
mogę
dołaczyć
do Ilonki, która jak przystało
na najlepszego „ski buddy” załatwiła
nam stolik w 1900' Burgers. Nie było
to łatwe
bo większość
pijaków poddała
się
pogodzie i przeniosła
się
z wyciągów
do barów....nie wiedzą
co się
w życiu
liczy.
Bardzo
polecam to miejsce, przepyszne hamburgery, super mięsko
z lokalnych krówek i wspaniałe
piwka z lokalnych browarów.........
Jest
4 po południu,
niestety trzeba opuszczać
urocze Mount Snow i udać
się
210 mil na południe
do trochę
cieplejszego Nowego Yorku. To chyba były
ostatnie zjazdy w tym roku, ale to nic...pod koniec roku czakają nas wspaniałe
kaniony w południowo-zachodnich
Stanach. A w 2015 nowe przygody....na pewno będzie
wesoło,
w końcu
już
mam bilet do Szwajcarii na marzec a to dopiero początek.
Darek


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz