May your
trails be crooked, winding, lonesome, dangerous, leading to the most
amazing view. May your mountains rise into and above the clouds.
Edward Abbey
Taki
cytat jest przy szlaku Buckskin Gulch Canyon. Początek trasy zaczyna
się już z dobrze znanego nam parkingu przy Wire Pass. Sam kanion
znajduje się w Paria Canyon-Vermilion Cliffs Wilderness, gdzie
znajdują się też
Coyote Buttes South i North.
Buckskin
Gulch Canyon jest najdłuższym i najgłębszym kanionem szczelinowym
w Stanach i prawdopodobnie jest najdłuższym na świecie. Czytaliśmy
dużo o tym kanionie i wiedzieliśmy, że szlak może nie być łatwy.
Długość kanionu wynosi 21km (13 mil),
można
go
jeszcze połączyć z Paria Canyon i wtedy to już jest parodniowa
wyprawa. Nie można z niego nigdzie wyjść, więc namioty się
rozbija na dole.
Nasze
ambicje sięgały dojścia do połowy gdzie znajduje się kemping i
można tam spędzić noc. Oczywiście my nie wzieliśmy ze sobą
namiotów, więc planowaliśmy tam tylko uzupełnić kalorie i
zawrócić.
Jak zwykle wczesna pobudka i prosto na parking Wire Pass. Ostatni
dzień roku 2014 nie rozpieszczał nas jednak i przywitał nas dużymi
opadami śniegu. My się nie poddaliśmy i stwierdziliśmy, że
dojdziemy dokąd dojdziemy. W końcu zawsze warto próbować. W ten
sam dzień druga część naszej wycieczki miała uderzyć na Wave.
Szkoda, że nie mają takiej pogody jak my mieliśmy 3 dni temu.
Pomimo, że oba szlaki startują z tego samego parkingu oni nie
zdecydowali się pojechać z nami tylko dojechać do nas godzinę
później. Jadąc drogą House Rock Valley Rd w kierunku parkingu
spotkaliśmy dwa auta. Ale oba jechały jeszcze dalej w kierunku
południowym. Odważni. Tak więc byliśmy pierwsi na parkingu i nie
spodziewaliśmy się wiele więcej aut.
Początkowy odcinek trasy był bardzo przyjemny. Szeroka droga, bez
większych wzniesień. Śnieżek pruszył ale nawet nie było zimno.
Szybko doszliśmy do wejścia do kanionu. Bardzo fajny wąziutki
kanionik. W samym kanionie już tak mocno nie padał śnieg chociaż
od czasu do czasu wiatr zwiewał śnieg z wyższych partii skał. To
uczucie było najlepsze. Czułam się jakbym stała w śnieżnej
kuli.
Zapowiadał się bardzo przyjemny spacerek i ne przejmowaliśmy się
już sypiącym śniegiem. Niestety po paru metrach napotkała nas
pierwsza przeszkoda. W kanionie był spadek na 3 metry. Ponieważ
kanion ten jak i większość miejsc w Paria Canyon-Vermilion Cliffs
Wilderness nie ma wyznaczonej trasy to i nie ma drabinek ani innych
udogodnień. Teoretycznie była tam skała i jakiś pień drzewa i
może by się coś wymyśliło z zejściem ale z wyjściem już
mogłoby być gorzej. Dlatego niestety ze smutkiem na ustach
podjęliśmy decyzję o powrocie. Nie byliśmy na tyle odważni, zeby
w pierwszej kolejności zrzucić na dół plecak z kluczykami od auta
a potem, musielibyśmy już coś wymyślić.
Śliskie skały, przybywający śnieg jak i perspektywa krótkiego
dnia (słońce zachodzi już o 17 godzinie) zmusiła nas do poddania
się. Mieli rację Buckskin Gulch Canyon ma w sobie wiele
niespodzianek. Tych pięknych i tych trudnych.
Podobno co się robi w sylwestra robi się cały następny rok. Mam
nadzieję, że to nie jest prawda i jednak w 2015 roku będziemy
zdobywać szczyty, przechodzić kaniony i zwiększać nasz przebieg
(km i wzniesienie).
Po dojściu z powrotem na parking niestety nie zobaczyliśmy auta
naszych znajomych. Jakby tam stało to pewnie uderzylibyśmy na Wave
pomóc im znaleźć szlak ale wygląda, że przestraszyła ich
pogoda. Zdziwiliśmy się troszkę bo widoczność się polepszała.
Na parkingu spotkaliśmy kilka ludzi którzy wygrali permity i mimo
pogody szli zobaczyć to cudo natury. Najbardziej (pozytywnie)
zaskoczyła nas rodzinka z dwójką dzieci gdzie młodsze może miało
5 lat a drugie było nie wiele starsze.
Przygód na House Rock Valley Rd. ciąg dalszy. Jak to się Darek
śmiał, o tej drodze można napisać książkę. Za pierwszym razem
spotkaliśmy Panią co po ciemku szukała syna który gdzieś poszedł
na hike, za drugim razem były „blondynki” które pytały się czy
tam jest coś ciekawego. Tym razem zobaczyliśmy samochód w rowie.
Nie był to przyjemny widok ale na szczęście nie widać było
żadnych uszkodzeń samochodu ani ludzi w okolicy. Pewnie już
pojechali po pomoc. Tak więc co przejazd to jakieś przygody.
Zbliżając się do Page zrozumieliśmy dlaczego nasi przyjaciele się
wyofali z wizyty w Wave. W Page pogoda była dużo gorsza, widoczność
zerowa a na drogach wszystkie samochody ślizgały się jak na
lodowisku.
Zapowiada się ciekawy Sylwester....
Pare
godzin później przyszedł czas na Sylwestrową imprezkę. Ja
uwielbiam spędzać sylwestra w górach, na świerzym powietrzu, pod
gwiazdami w niestandardowych miejscach. W góry nie bardzo mieliśmy
gdzie iść. Wszystko było dość daleko, więc zdecydowaliśmy się
na Podkowę (Horseshoe Bend). Na gwiaździste niebo i pełnię
księżyca też nie bardzo mogłam liczyć. Pogoda pokrzyżowała nam
troszkę plany. Na szczęście towarzystwo dopisało i szybko
wszystkie niedoskonałości przestały mieć znaczenie. Nawet udało
nam się znaleźć otwartą restaurację Strombolli's
i
mogliśmy zakończyć stary rok pysznym włoskim posiłkiem.
Z tą restauracją to było tak....najpierw znaleźliśmy jedną
która miała bardzo dobre opinie na Tripadvisor, menu też było
bardzo dobre – steak i inne mięsko....wszystko brzmiało
apetycznie. Niestety jak do nich zadzwoniłam to się okazało, że
są zamknięci na sezon....otwierają dopiero w Marcu. Szkoda bo już
mieliśmy ochotę na jakąś lokalną krówkę wypasioną na lokalnej
prerii.
Drugim
wyborem było Strombolli's
Do nich też przedzwoniłam, pytam się do której są dziś otwarci
a oni, że w sumie to nie wiedzą. Zamkną jak nie będzie
ludzi....no to szybko się zebraliśmy i w pogoni za jedzonkiem
pojechaliśmy do „centrum” miasta.
W trosce o kierowców zdecydowaliśmy się zmienić plany i zamiast
Horseshoe Bend zdecydowaliśmy się witać Nowy Rok nad tamą Glen
Canyon, do której można dojść na nogach. Obchodzenia 5 Sylwestrów
nie jest łatwe ale co zrobić jak wszyscy się porozjeżdżali po
świecie.
Tak
więc pierwsza była Polska....dobrze, że nie mamy rodziny w Azji bo
byśmy cały dzień wznosili toasty. Godzinę później przyszedł
czas na Anglię (specjalna dedykacja dla Londynu i Cardiff).
Potem
przerwa, tu mogliśmy zjeść kolację i zacząć imprezkę. 5h
później Nowy Jork doczekał się i spadła kula na Time Square.
Happy New Year!!!! 2h później i wreszcie my....pochłonięci rozmową
i pisaniem życzeń do naszych znajomych w NY zagapiliśmy się, że
to już 23 i pasuje opuszczać hotel i iść na spacerek nad tamę.
Tak więc z małym opóźnieniem, lecąc przez prerie, śniegi
doszliśmy na Scenic Road. Wiedzieliśmy już, że do punktu
widokowego nie dojdziemy ale Grześ rzucił genialny pomysł
„patrzcie tam jest laweta...będzie fajny stolik.” I takim
sposobem na środku pustyni na której padał śnieg, na lawecie
która stała jakby nigdy nic przywitaliśmy Nowy Rok. Było Final
Countdown, były tańce na lawecie, był szampan, zabawy w
śniegu...jednym słowem radość, zabawa i przyjaciele.
A ja znów czułam się jak w śnieżnej kuli. Śnieżek idealnie
prószył, spokojnie, powoli a ja patrzyłam się w czarniutkie niebo
i wspominałam 2014, który był pełen przygód, śmiechu, miłości,
wspaniałych ludzi i wspaniałych podróży.
Szczęśliwego Nowego Roku dla was wszystkich! Niech się spełnią
wszystkie wasze życzenia i marzenia a każdy dzień będzie nową
wspaniałą przygodą!!!!
Ale to nie koniec....przecież kula ziemska się kręci....godzinę
później przyszedł czas na kolejnego sylwestra. Specjalne życzenia
lecą do Kalifornii!!!!
A teraz mała zagadka. Kogo spotkaliście jako pierwszą osobę w
Nowym Roku. Nie mam na myśli znajomych i rodziny z którymi się
witało nowy rok....mam na myśli osobę obcą....my spotkaliśmy
prawdziwego Indianina ze szczepu Nawajo. Siedzieliśmy sobie w
świetlicy i mieliśmy mieć małą imprezkę w 4 osoby a tu nagle
przyplątał się Indianin Mike. Widać było, że miał niezła
imprezkę bo troszkę mu się plątał język ale i tak usiadł przy
nas i poopowiadał troszkę o Indianinach. Fajne anegdotki
miał...może kiedyś opowiemy wam osobiście.
No to jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku!
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz