W końcu nadszedł dzień
na tak długo oczekiwany hike do Wave. To właśnie od Wave pojawił
się cały pomysł wycieczki i wszystkie przygotowania. Nastawiamy
się, że będzie to najładniejsze miejsce na całej wycieczce.
Wkrótce się przekonamy. Swoją unikatowością i niedostępnością
może nawet pobić Bryce, Grand Canyon czy inne piękne miejsca na
ziemi.
Nie tracąc ani minuty
światła dziennego wyjechaliśmy z naszego hotelu w Kanab dosyć
wcześnie, jeszcze była szarówka. Po drodze widzieliśmy cudowny
wschód słońca nad pustyniami południowego Utah. Po około 40
minutach jazdy drogą 89 na wschód dotarliśmy do drogi House Rock
Road i nią kontynuowaliśmy naszą podróz w kierunku południowym.
Droga oczywiście już nie była asfaltowa, ale nasz Jeep Cherokee
bardzo dobrze sobie na niej radził. Darek miał wstępne
przygotowanie do tego co ponoć ma być za parę dni w Połudnowej
części parku Coyote Buttes. Mamy jechać o wiele gorszymi drogami,
gdzie napęd na cztery koła, wysokie zawieszenie i doświadczene
kierowcy są podstawą....
Po 8.3 mili dotarliśmy na
parking Wire Pass. Niestety nie byliśmy pierwsi, a wręcz
przeciwnie, byliśmy jednym z ostatnich samochodów jakie tam
dotarły. Nie dziwimy się, że ludzie rozpoczynają odkrywanie tego
rejonu wcześnie rano. Jak się później przekonaliśmy jest tam
tyle pięknych miejsc, że aby odkryć wszystko to i tak brakuje
jednego dnia. Więc lepiej zacząć wcześniej i spokojnie podziwiać
widoki, formacje skalne i wszystko co natura stworzyła. Z tego
parkingu są dwie trasy. Jedna prowadzi właśnie do Wave, druga
natomiast to szlak Bucksing Gulch – tam wybieramy się za 3 dni. Do
żadnego z tych miejsc nie prowadzi oznakowany szlak. Można chodzić
gdzie się chce, trzeba tylko zapamiętać jak wrócić do
samochodu, zalecany jest oczywiście GPS. Jest to bardzo ważne, bo w
nocy temperatury tam spadają bardzo nisko, prawie nie ma żadnych
drzew na rozpalenie ogniska, a wygłodniałe zwierzęta pustynne
tylko czekają na łatwą ofiarę.
Wraz z permitem
(pozwoleniem) dostaliśmy mapkę a raczej zdjęcia formacji skalnych,
które powinny nam wskazać drogę do Wave. Opis ten jednak jest
słabej jakości. Idąc do Wave można jeszcze obrać azymunt na dużą
szczelinę skalną, która jest widoczna na kilometr ale powrót już
może być gorszy. Darek dodatkowo znalazł wiele ciekawych miejsc
poza samym punktem docelowym, które warto zobaczyć. Zdecydowanie
warto czasem zboczyć z drogi aby zobaczyć coś poza Wave. Cały
obszar jest piękny i pełen ukrytych niespodzianek i pięknych
widoków za każdym rogiem. Będąc jeszcze w NY, Darek poświęcił
dużo czasu na czytanie blogów innych ludzi, którzy tam byli. Przy
pomocy Google Earth i przeczytanych informacji udało mu się
zlokalizować wiele ciekawych miejsc i zapisać ich dokładne
współrzędne GPS. Przydały się....
Pierwsze pół mili idzie
się na wschód wyschniętym korytem rzeki. Następnie jest ostry
zakret w prawo, ostro do góry i już się jest na pustynnym terenie,
który jest porośniety pustynną trawą (ostrokrzewy) i gdzie
niegdzie leżą płaty śniegu. Tutaj się jeszce łatwo idzie bo
wszędzie jest piasek i jest dużo śladów ludzkich, które
wytyczaja kierunek drogi. Mimo, że maksymalnie może tam wejść 20
osób dziennie, to nawet dużo śladów było na piasku. Wygląda, że
są tu rzadkie opady i ślady się jednak utrzymują dość długo. Po
około 1 mili trasa skręca ostro w prawo i prowadzi już sakałami.
Skały są suche więc nie ma problemów z przyczepnością. Łupkowa
struktura skał dodatkowo ułatwia wspinaczkę tworząc swojego
rodzaju schodki. Na skałach pojawia się jednak problem gdzie iść.
Jak już wspominałam trasa nie jest oznaczona i na całej 3 milowej
trasie do Wave spotkaliśmy tylko dwa słupki wskazujące drogę.
Jeden z tych słupków jest zaraz po wspomnianej formacji skalnej i
tu należy skręcić ostro w prawo. Potem idzie się w miarę prosto,
omijając większe górki i kierując się na wspomnianą szczelinę
w skałach. My jednak zboczyliśmy z trasy i poszliśmy oglądać
Pool Cove, White Castle, Saddle, Brain Rock.
White Castle jest formacją
skalną, która na szczytach ma białe skały. Początkowo skały te
nie przypominały mi zamku. Dopiero jak weszłam pomiędzy te skały,
do miejsca zwanego Pool Cove skąd ma się wraźenie jakby się było
otoczonym murem obronnym z wieżyczkami. Później z góry Wave widać
było idealnie, że te skały naprawdę tworzą formację
przypominającą zamek.
Dla odważnych parę
metrów dalej jest wyjście na Raven, które sobie odpuściliśmy ale
wybraliśmy nie wiele ławiejszą trasę na Saddle. Wyjście na górę
jest po skałach ale dość stromych więc napęd na 4 ręce jest
miejscami wskazany. Ponieważ, wychodzi się dość wysoko to widok
jest oszałamiający i widać całą przestrzeń pustynną z różnymi
formacjami skalnymi.
Zejście jak to bywa jest
trudniejsze niż wyjście i schodziliśmy prawie na tyłku. Po
bezpiecznym zejściu parę metrów dalej zobaczyliśmy Brain Rack.
Skały przypominające mózg...nie do końca jesteśmy pewni czy
ludzki czy dinozaura.
Wreście nadszedł czas na
Wave...wróciliśmy z powrotem na najkrótszą trasę i ruszyliśmy
przed siebie. Na szczęście Darek wcześniej załadował mapy, które
miały narysowany szlak na Wave (duże ułatwienie). Oczywiście po
drodze nadal mijaliśmy ciekawe formacje skalne i nazywaliśmy je po
swojemu, były Żebra Dinozaura, Rysunki Indian (stworzone przez
wiatr i wodę), Satelity, Sfinx czy Neony itp.
Po kolejnym odcinku nasz
GPS powiedział nam, że właśnie zmieniliśmy stan i weszliśmy do
Arizony. Trasa do Wave nadal prowadziła po skałach i piasku, aż do
ostatnich paru metrów gdzie zaczęła ostro iść do góry.
Początkowo po piasku a potem po skałach.
Wow...wow...wow...i
jeszcze raz wow...
Taka była nasza reakcja
jak wreszcie dotarliśmy do Wave. Od razu wiedzieliśmy, że to jest
to miejsce. Idealne warstwy skalne tworzące Falę. W tym momencie
ziściło się moje marzenie. Rok może dwa lata temu zobaczyłam
zdjęcie Wave. Dowiedziałam się wtedy gdzie to jest i, że trzeba
starać się o pozwolenie wejścia. Od tego momentu miejsce to
siedziało w mojej głowie ale nigdy nie sądziłam, że tak szybko
ziści się moje marzenie. Dziękuję Mami, że wygrałaś permit.
Wave jest to obszar gdzie
woda i wiatr wyrzeźbiły w skałach formę idealnie przypominającą
falę oceanu. Bardzo cieszymy się, że limitują tam wejścia i
dziennie może tam iść tylko 20 ludzi. Po pierwsze w spokoju można
podziwiać piękno a po drugie Wave nadal jest Wavem. Skały, które
to tworzą są bardzo kruche i czasem się łamały pod naszymi
butami. Wydaje nam się, że jest to piaskowiec i dlatego formacja ta
jest dość krucha.
Na Wave można spędzić
godziny. Ja nie miałam ochoty opuszczać tego miejsca w ogóle.
Mogłabym tak siedzieć godzinami, pstrykać zdjęcia, podziwiać co
natura może zrobić i po prostu być w tym miejscu.
Ale Wave to też skały
obok. Po krótkim lunchu na „Fali” poskakaliśmy po skałkach aby
zobaczyć widok z góry. Latając tak z aparatem po okolicy
znaleźliśmy jeszcze więcej skał przypominających mózg ale też
„Neony”. Neony są to skały (kolumny skalne) których prawie
każda warstwa skalna ma inny odcień. Rzeczywiście poprzez swoje
kolory przypominają Neony. A cały krajobraz przypomina planetę Mars, przynajmniej tą co znamy z filmów.
Podobno za Wavem jest
drugi Wave. Oczywiście nie bylibyśmy sobą jakbyśmy nie poszli
tego sprawdzić. Znów GPS się nam przydał i wskazał nam drogę.
Wave II jest równie ciekawy choć totalnie inny....ogólnie obszar,
który zajmuje jest mniejszy ale długość „fali” jest chyba
większa.
Inne, ciekawe i
zdecydowanie warte zobaczenia miejsce. Wybiła godzina 15 i pomału
pasowało się wracać. Darek bardzo chciał jeszcze zobaczyć ślady
dinozaurów więc znów zboczył z drogi a ja z mamą zaczęłyśmy
się kierować po szlaku z powrotem do samochodu. Darek miał nas
dogonić. Bardzo łatwo wracało się po piasku gdzie były ślady
ludzkie. Niestety kiedy weszłyśmy na skały to do pewnego momentu
wiedziałyśmy jak iść....było to mniej więcej do momentu w
którym weszliśmy z powrotem na szlak po naszym małym zboczeniu z
drogi w drodze do Wave. Na szczęście mamy Walkie-talkie (następna
zabawka ratująca życie) i w miarę szybko dołączyliśmy do Darka
który miał GPS. Naprawdę, bez GPSa nie radzę się tam wybierać.
Chyba, że chcecie sobie rozkładać sznureczek.
Natomiast co do śladów
Dinozaurów to zobaczysz je tylko jeśli będziesz wiedział
dokładnie gdzie szukać. Po raz kolejny GPS – dobra robota. Droga
do Dinozaurów prowadzi bardzo wąskim kanionem, znajdującym się po
lewej stronie wracając od Wave. Po wyjściu z kanionu na wyschnięte
koryto rzeki trzeba się troszkę po wspinać po skałkach kilkaset metrów aż do śladów Dinozaurów. Darek je znalazł i stwierdził, że
to mogą być ślady dinozaurów, które tu rządziły 160 milionów
lat temu. Zejść można już górami które po krótkiej chwili
łączą się ze szlakiem Wave.
Powrót zajął nam już
zdecydowanie mniej czasu niż droga do Wave. Po pierwsze się
ściemniało a my chcieliśmy zdążyć przed zmierzchem, przed
wyjściem zwierzątek a po drugie nie robiliśmy już tylu zdjęć,
chyba, że zachodów słońca.
Wraz ze zmierzchem
nastąpił koniec naszego hiku ale nie naszych przygód. W drodze
powrotnej spotkaliśmy Panią, która szukała własnego
syna....upppsss.....było już ciemno a ona szukała syna bo umówili
się, że go odbierze z parkingu. Niestety myśmy nie spotkali na
naszej trasie żadnej samotnej osoby. Mamy nadzieję, że Pani
szczęśliwie odnalazła syna. Drugą przygodą było stado jelonków
i sarenek, które weszło nam na drogę. Darek żałował, że nie
były to wilki ale ja tam wolę jelonki.
I na tym miłym spotkaniu
skończył nam się dzień....potem tylko hotel tym razem Marriott
Courtyard w Page, spotkanie z reszta załogi i wymienienie się
wrażeniami. Grzesiów czeka Wave za 3 dni....wiemy, że wrócą
wtedy z wycieczki z jednym słowem na ustach WOW. No bo jak tu się
nie zachwycać.
Ilona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz