W większości
dzisiejszy dzień spędzimy po poruszaniu się po Vermilion Cliffs a
dokładniej w jego przepięknej części zwanej Coyote Buttes South. Oczywiście jest to bardzo unikatowa i delikatna
formacja skalna więc oczywiście permit był wymagany. Tym razem
permit można kupić normalnie na internecie wybierając sobie datę,
ale lepiej to zrobić wcześniej (ok. 4 miesięcy przed) bo jest
limit 20 osób na dzień.
W tym rejonie jest wiele
ciekawych miejsc ale są one trudno dostępne. Potrzebny jest
samochód 4x4 i wysokie zawieszenie. Jeździ się po głębokim
piasku i skałach. Dobrze, że mamy dwa samochody więc w razie
zakopania się drugim samochodem możemy dalej pojechać po pomoc.
Oczywiście telefony komórkowe tam nie działają.
7:30 rano
wyruszyliśmy z pod hotelu. Po 60 km (40 milach) drogą 89 West
dojechaliśmy do House Rock Valley Rd.
Tutaj już asfalt się kończy i wjechaliśmy na off-road ale wciąż
droga była szeroka i ubita. Po kolejnych 13 km (8 milach) minęliśmy
słynny Wire Pass parking gdzie dwa dni temu szliśmy na słynne
Wave. Jadąc dalej na południe po kolejnych 2,25km
(1.4 mili) wjechaliśmy z powrotem do
Arizony. Na granicy stanów przy tej drodze jest bardzo ciekawy
kemping. W tym miejscu zaczyna się słynna Arizona Trail (dł. 1287 km / 800 mil),
która
idzie przez całą Arizonę przechodząc między innymi przez Grand
Canyon i inne przepiękne rejony. Trasa ta jest dość trudna bo są
odcinki ponad 100 km (kilkadziesiąt mil) gdzie nie ma żadnej wody.
Na granicy stanów
droga zmienia nazwę na (House Rock Rd.) i nią jechaliśmy
jeszcze przez kolejne 11 km (6.7 mili). Dojechaliśmy do jednego z
trzech parkingów, Lone Tree Reservoir.
Samochody z niskim zawieszeniem i napędem na dwa koła dalej nie
powinny kontynuować jazdy ze względu na trudne warunki. Na
szczęscie mamy Jeep'ki, nie są to idealne samochody na te bezdroża
ale wystarczająco dobre, żeby zapuśić się głębiej w te prerie.
Dwóch doświadczonych kierowców z dobrymi pilotami wyposażonymi w
GPSy ruszyło przed siebie.
Droga
lekko wznosiła się do góry, po skałach i głębokim piasku,
czasami było słychać jak charujemy brzuchem samochodu po piasku.
Po 4 km (2.4 mile) dojechaliśmy do drugiego parkingu, Paw Hole.
Zostawiliśmy tam samochody i już na nogach ruszyliśmy w kierunku
północnym. Spacerowaliśmy po okolicy przez ok. 4km (2,5 mili),
oglądając ciekawe formacje skalne. Było tam wiele mini Wave,
ciekawych kolumn i kopczyków skalnych, fauna i flora też przykuwała
naszą uwagę. Zajączki skakaly w kółko, większe kotki się
chowały i widzieliśmy tylko ich ślady na piasku a krówki się
pasły.
Oczywiście
w całym parku nie ma ani jednego szlaku więc można chodzić gdzie
się chce i odkrywać coraz to nowe zakamarki, trzeba tylko pamiętać
gdzie się zostawiło samochód. Po raz kolejny polecamy GPS dla
ludzi żądnych przygód. Wracając do samochodu poczuliśmy się jak
w Afryce na jakimś safari bo znaleźliśmy szczątki jakiegoś
zwierzątka po którym zostały już tylko ładnie wylizane kości.
Beatka, zaczęła składać te puzzle i wyszło jej, że to
prawdopodobnie była krowa, która napotkała duże kotki na swoim
pastwisku. Oczywiście dzieci miały z tego największą radochę,
wzięły po dwa żebra i zaczęły walczyć jak na miecze.
Z Paw
Hole do Cottonwood Cove, trzeciego najbardziej oddalonego parkingu
prowadzą dwie drogi. Krótsza, dalej na wschód przez góry jest
bardzo ciekawa ale wymagane są już naprawdę świetne samochody,
przystosowane do jeżdżenia po bardzo ciężkich terenach. My nie
posiadając tego typu zabawek wybraliśmy drogę drugą, która
prowadzi na około ale teren jest łatwiejszy, nie mylić z łatwym.
Nasza 20 kilometrowa (12 mil) trasa dalej wiodła przez skały i
głębokie piaski. Po drodze mieliśmy szczęście zobaczyć stado
krów pędzonych przez dwóch kowbojów i jedną kowbojkę. Oczywiście
jak przystało na Cowboys wszyscy mieli kapelusze, jeansy, skórzane
kamizelki i siedzieli na koniach.
Nawet
dosyć sprawnie udało im się usunąć bydło z naszej drogi więc
mogliśmy dalej kontynułować naszą jazdę. Po drodze minęliśmy
również opuszczone ranczo. Widać było, że kiedyś tam mieszkali
ludzie ale teraz wszystkie budynki są już ruinami.
Po
dobrej godzinie najlepszy nawigator, Ilonka doprowadziła załogę do
Cottonwood Cove Parking. Zostawiwszy permity za szybą poszliśmy
odkrywać kolejne ciekawe zakątki Południowych Kojotów. Z parkingu
idąc ok 1km (0.5 mili) na Północny Zachód, doszliśmy do
ciekawych formacji skalnych gdzie między innymi znaleźliśmy
skalnego Żółwika, Wieżę Kontrolną, Fotelik i inne cuda natury.
Zadziwiające,
że pomimo swojej kruchości skały te przetrwały miliony lat. Co
prawda w zmienionej formie ale nadal piękne.
GPS
nam pokazał, że Wave jest oddalony od nas 3,5 km (2 mile) więc
postawnowiliśmy tam podejść i zobaczyć formacje skalne, które
nie zdążyliśmy zobaczyć dwa dni temu jak np. Hamburger, Dinosaur
Dance Floor, Piramidy itp.
Po
pół godziny przemierzania prerii w kierunku północnym doszliśmy
do wniosku, że nie zdążymy wrócić do naszych samochodów przy
dziennym świetle. Patrząc na ślady kojotów, rysiów i innych
dzikich zwierzątek nie mieliśmy ochoty zostawać na noc w tych
rejonach więc zdrowy rozsądek wygrał i zawróciliśmy do aut. Zdecydowanie
jest to ogromny i przepiękny obszar. My odkryliśmy tylko jego
znikomą część. Wiemy jedno musimy tu kiedyś wrócić z większą
ilością wolnego czasu i czymś lepszym niż Jeep Cherokee.
Trudniejszą
część drogi udało nam się jeszcze pokonać za dnia. Zbliżając
się do asfaltu spotkaliśmy mały samochodzik z trzema młodymi
dziewczynami, stojących na awaryjnych światłach. Zatrzymaliśmy się
w celu sprawdzenia czy nie potrzebują pomocy. Jak się okazało
wszystko było OK, a dziewczyny zapytały się nas:
- Is there anything there? /Czy tam coś jest?/
- What do you mean? /Co masz na myśli?/ - zapytałem.
W odpowiedzi pokazały mi iPhona ze zdjęciami Wave. Patrząc na ich samochód (zwykły sedan), porę dnia (zmierzch), ich ubiór i przygotowanie o mało nie parsknęliśmy śmiechem. Zachowując kamienna twarz odpowiedziałem tylko:
- You have to hike there for 3h each way. /Aby tam dojść trzeba zrobić 3h hike./
- What? Hike? /Co? Hike?/ - odpowiedziały zaskoczone
I na tym skończyło się nasze miłe spotkanie. Miejmy nadziję, że dziewczyny nie wybrały się na spacer nocą po tym pustkowiu bo następnym razem Beatka będzie składała kości człowieka a nie krowy.
Tym
groteskowym akcentem zakończyliśmy kolejny wspaniały dzień.
W
powrotnej drodze konserwy przegrały, gdyż nie mogliśmy się oprzeć
ofercie WalMart w której mieli świeżo upieczony kurczak z rożna
za jedyne $2.50. Ale była uczta.
Darek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz