O
tym, że
wybieramy się
w kaniony pisaliśmy
już
niejednokrotnie na naszym blogu. Wreszcie nadszedł
ten długo
oczekiwany czas. Planowaliśmy
i trenowaliśmy
na ten wyjazd miesiącami
zawalając
nie jedną
nockę,
a weekendy spędzając
w górach trenując.
Jesteśmy
super przygotowani i mamy nadzieję,
że
po drodze nie będzie
żadnych
dużych,
niespodziewanych przeszkód (z małymi
damy sobie rady) i nasz plan zostanie zrealizowany w 110%.
W
ciągu
najbliższych
13 dni mamy zamiar odwiedzić
6 parków: Grand Canyon, Bryce Canyon, Coyotes Buttes North i South,
Arches, Canyonland i Zion. Przejechać parę
tysięcy
mil samochodem po autostradach i bezdrożach
Stanów południowo-zachodnich.
Mamy zaplanowane 11 różnego
rodzaju hików, od małych paro-milowych spacerków po duże
kilkunasto-milowe hiki. Chodzić
po wielu kanionach, od szerokich jak Grand Canyon po bardzo wąskie
jak Buckskin Gulch czy Antylope, gdzie żeby
przejść
czasami musisz iść
bokiem i ściągać
plecak. Te wąskie
są
ulubione Ilonki. Mamy także
zamiar odwiedzić
słynne
The Wave w Coyote Buttes North gdzie, żeby
wejść
musisz wygrać
loterię,
co udało
nam się
zrobić
we wrześniu.
Jest to tak unikatowe miejsce, że
maksymalnie może
tam iść
20 osób dziennie. Szanse na wygranie loterii są
bardzo małe,
więc
możemy
się
uznać
za największych
szczęściarzy
(ciekawe czy szczęście
dopisze nam też
w Vegas). Okazja zobaczenia Wave zdarza
się
bardzo rzadko więc
nawet nasi przyjaciele zdecydowali się
do nas dołączyć.
Tak
więc
czas zacząć
naszą
przygodę,
Jest 7:30 rano a my po 4h spania, szybkim śniadanku,
spakowaniu się
i przygotowaniu sprzętu
ruszamy w drogę
w kierunku Grand Canyon. Plan na dziś
to zejście
3000 ft w dół
Kanionu na Platau Point (6.2 mili w każdą
stronę),
trasą
Bright Angel.
Ale
jak to się
stało,
że
spaliśmy
tylko 4h??? Wczoraj.....pierwszy dzień
Bożego
Narodzenia, na szczęście
planowana śnieżyca
która miała być
w NY nie doszła
do miasta, więc
loty odbyły
się
planowo. Trochę
zmęczeni
i nie wyspani po Wigilii udaliśmy
się
na lotnisko LGA. Niestety nie mieliśmy
bezpośredniego
lotu do Las Vegas, tylko musieliśmy
się
przesiąść
w Dallas w Texasie (bezpośrednie
loty w Święta
są
dość
drogie). Godzinna przesiadka, nic wielkiego, a można
zjeść
dobrego hamburgera z teksańskich
krówek. Pierwszy lot minął
dosyć
szybko i już
po czterech godzinach wylądowaliśmy
w Dallas. Mieliśmy siedzenie przy wyjściu
awaryjnym, więc
było
dużo
miejsca i można
sobie było
nogi rozciągnąć.
Mieliśmy
tylko godzinkę
w Dallas, więc
nie można
było
iść
do jakieś
fajnej hamburgerowni ale znaleźliśmy
Fuddruckers, lokalny fast food. Jak na fast food były
dobre, chociaż
daleko im do In 'n' Out, które jest w Vegas, ale niestety jest
zamknięte
w Boże
Narodzenie. Na lotnisku skontaktowaliśmy
się
też
z naszą
drugą
grupą
wyprawy, która już
doleciała
do Vegas i właśnie
się
wybierali jechać
do Grand Canyon gdzie w hotelu Holiday Inn Grand Canyon spędziliśmy
naszą
pierwszą
noc.
Z
Dallas wystartowaliśmy
z pół
godzinnym opóźnieniem,
bo jakieś
głośniki
nie działały
w samolocie, ale kapitan obiecał,
że
postara się
ten stracony czas jakoś
nadrobić
w powietrzu. Niestety nie udało
mu się
to i w Vegas wylądowaliśmy
z opóźnieniem
30 minut. Potem przyszedł
czas na wypożyczenie
samochodu. Cały
szkopuł
polegał
na tym, że
musimy mieć
samochód z napędem
na 4 koła
i wysokim zawieszeniem. Niestety, żadna
wypożyczalnia
i żadna
klasa nie gwarantuje samochodu takiego rodzaju. Zaproponowali nam
Mazda CX9 (klasa crossover) która co prawda ma napęd
na 4 koła
ale nie ma podwyższonego
zawieszenia i dodatkowych blokad. Nie do końca
Darkowi odpowiadała
ta opcja. Pan w Adventage był
bardzo miły
i zaproponował
nam Jeep Cherokee...opcja dużo
fajniejsza ale wg wypożyczalni
jest to klasa niższa
niż
crossover, Jeep zaliczany jest do klasy SUV to musieliśmy
zrobić
down-grade. I co ciekawsze...musieliśmy
dopłacić
prawie $300 do niższej
klasy. Tak więc
po nieskutecznych próbach negocjacji dopłaciliśmy
i wreszcie
dostaliśmy
kluczyki do Jeepka, który będzie
nas woził
przez następne
dwa tygodnie. Oczywiście
moich przygód z kartami kredytowymi był
ciąg
dalszy i nie obyło
się
bez rozmowy z bankiem aby pozwolił
wypożyczalni
samochodów ściągnąć
należną
sumę.
Te komputery i zabezpieczenia, kiedyś
nas zgubią.
Pomimo, że
wcześniej
zgłaszaliśmy,
że
będziemy
w Nevadzie, Utah i Arizonie to nadal niektóre transakcje nie chciały
przechodzić
bo jest okres świąteczny
i wzmożona
jest ochrona transakcji. No nic, w końcu
ruszyliśmy.
Mama Ilonki chciała
zobaczyć
Las Vegas więc
szybko przejechaliśmy
to miasto rozpusty, zrobiliśmy
standardowe zdjęcie
pod znakiem „Welcome to the fabulous Las Vegas i ruszyliśmy
w drogę
do Grand Canyon Village. 300 mil pokonaliśmy
w 4,5h, które bardzo szybko na granicy Newady i Arizony zmieniły
się
w 5,5h ponieważ
Arizona ma inny czas i jak tylko przekroczyliśmy
granicę
to 20:50 zmieniła
się
w 21:50. I takim oto sposobem byliśmy
w hotelu o 1:30 rano.
Ponieważ
na wakacjach się
nie śpi,
to po 4h spania jedziemy na Grand Canyon zobaczyć
wschód słońca.
Udało
się
i zobaczyliśmy
jak promienie słoneczne
uderzają w północną
krawędź
Grand Canyon, która jest o 1000 stóp wyższa
niż
południowa.
Po
standardowych zdjęciach
z tarasów widokowych na Południowym
Brzegu Kanionu (South Rim) punktualnie o 8 rano wyruszyliśmy
trasą
Bright Angel w dół
tego olbrzyma. W kanionach trzeba pamiętać
o jednym:
GOING
DOWN IS OPTIONAL, GOING
UP IS MANDATORY
/Zejście na dół
jest opcją. Wyjście
do góry jest koniecznością/
W
dół
schodzi się
bardzo fajnie. Zygzakowaty szlak prowadzi w dół
bez żadnych
niespodzianek. Łatwa
i przyjemna trasa na której widoki zapierają
dech w piersiach. Pierwsze 1000 stóp w pionie było
oblodzone i miało
małą
warstwę
śniegu,
Później
to już
się
prawie leciało
na dół.
Tylko widoki spowalniały zejście.
Są
tak powalające,
że
co 5 minut robi się
przystanek na zrobienie zdjęcia.
Przeciętny
hiker pokonuje trasę
w dół
(do Indian Garden) w 2h, nie wliczając
przerw na zdjęcia
albo na inne rzeczy. Nam to zajęło
2h 20 minut ale za to nasze aparaty wzbogaciły
się
o kolejne setki zdjęć.
Indian
Garden jest oazą
(małym
laskiem) w połowie
drogi z South Rim do rzeki Colorado. W Indian Garden jest kemping gdzie troszkę
ponad rok temu z siostrą
spaliśmy
jak robiliśmy
Rim to Rim to Rim (R2R2R). R2R albo bardziej zaawansowana wersja
R2R2R jest bardzo popularną
trasą.
Ludzie z całego
świata
przylatują
tu w okresie, gdzie nie jest za gorąco,
z reguły
od Października
do Kwietnia aby przejść
cały
Grand Kanion w szerz, od Południowego
do Północnego
Rimu i z powrotem. W Grand Canyon jest bardzo duża
ilość
szlaków i kempingów co sprawia, że
ludzie wybierają
coraz częściej
hiking jako sposób odkrycia tego ogromnego i przepięknego
Kanionu (zwanego przeze mnie „Wielką
dziurą
w ziemi”).
Po
krótkiej przerwie w Indian Garden, herbatce i batoniku Cliff
ruszyliśmy
na Platau Point. Do Plateau Point z Indian Garden prowadzi trasa 3
mile (RT), a na końcu
trasy jest punkt widokowy z którego są
powalające
widoki na Kanion jak i rzekę
Colorado. Dojście
do Plateau Point jest najłatwiejszym
sposobem na zobaczenie rzeki. Z południowej
krawędzi
jej nie widać.
Z Indian Garden szliśmy
tam ok. 45 minut. Pomimo, że
wiało
tam (jak to bywa na płaskowyżach)
udało
nam się
znaleźć
miejsce na lunch. Nie ma to jak Wiejski Pasztet z koperkiem, waza i
ciepła
herbatka z takim widokiem.
O
godzinie 12 nadszedł
czas na powrót. Jak już
wspominałem
w dół
schodzi się
dużo
łatwiej
niż
wychodzi w górę.
Do góry do pokonania zostało
3tys ft.
Na
dole w Indian Garden temperatura w południe
była
60F (15C), jak zaczynaliśmy
spacerek to o 8 rano na górze było
17F (-8C), tak więc
z wiosny rozpoczynamy naszą
drogę
w kierunku zimy.
Na
szczęście
szlak nie jest w ogóle trudny technicznie więc
spokojnie miarowym tempem szliśmy
w górę.
Sukces wyjścia
na dużą
wysokość
tkwi w trzymaniu jednolitego tempa, które każdy
sobie musi znaleźć.
Idąc
na dół
spotykaliśmy
po drodze dużo
ludzi którzy
szli na South Rim, mieli duże
plecaki i widać
było,
że
robili Rim2Rim2Rim, albo jakieś
podobne duże
kilkudniowe hiki. Grand Canyon ma potężna
ilość
tras, setki mil, które są
połączone
w jeden wielki system. Posiada także
wiele kempingów, jednym słowem.......
bajka. Natomiast wychodząc
w górę,
spotkaliśmy
dużo
ludzi w jeansach, którzy widać,
że
wybrali się
bez przygotowania. Im wyżej
tym ciekawsze elementy były.
Widzieliśmy
nawet panienkę
w płaszczyku....brakowało
jej tylko butów na obcasie. Na szczęście
ci ludzie szli tylko kawałek,
bo pewnie jak by zeszli niżej
to by mieli duży
problem z wyjściem
z kanionu.
Na
wysokości
6550 ft spotkaliśmy
się
po raz pierwszy z drugą
częścią
naszej wycieczki. Szli kawałek
w naszym kierunku. Kiedy myśmy
wypacali wszystkie toksyny i męczyliśmy
się
pokonując
kolejne metry wysokości
nasi przyjaciele zwiedzali Grand Canyon samochodem. Dla ludzi mniej
doświadczonych,
albo mniej przygotowanych Grand Canyon oferuje bardzo dużo
atrakcji na górze. Można
jeździć
wiele mil samochodem i oglądać
kanion z wielu punktów, iść
trasą
„Rim Trail” i też
podziwiać
kanion, albo spędzić czas w miasteczku. Szczególnie polecamy trasę,
która poprzez skały
pokazuje historię
Kanionu.
Udało
się,
i już
po 4,5h godzinach (bardzo dobry czas), całą
ekipą
(7 osób) grzaliśmy
się
przy kominku w Bright Angel Lodge jeszcze tylko szybkie zakupy w
lokalnym sklepie, kolacja w aucie w punkcie widokowym na Grand Canion
i w drogę
do Kanab, UT, znów Holiday Inn. Po 3,5h jazdy, paru piwkach z
Grzesiami, padliśmy
spać.
Jutro kolejny ciężki
dzień.
Czeka na nas Bryce Canyon.
Podsumowanie
dnia: długość
hiku: 13.5 mili, pokonana wysokość:
3000 ft.
Darek

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz