Koniec cywilizacji, musimy odpocząć
na łonie natury. Były miasta, było morze, więc nastał czas na
górki.
Jak się okazało najtrudniejsze
dzisiaj było wydostanie się z podziemnego parkingu w Granadzie.
Trochę nam zeszło zanim wyjechaliśmy, ale to była wina naszego
hotelu. Miał jakieś wadliwe vouchery na parking. Po około 30
minutach jazdy na południe od miasta zjechaliśmy z autostrady, i
tutaj zaczęła sie zabawa. GPS w samochodzie powiedział nam, że do
celu, do miasteczka Capileira mamy zaledwie 30 km, ale pojedziemy
godzinę. Godzinę, 30 km?!? Zaczęliśmy się zastanawiać.... Coś
chyba nie tak. Po przejechaniu pierwszego kilometra wszystko się
wyjaśniło. Były takie ostre serpentyny, że ledwo co można było
jechać 30 km/h. W dodatku Hiszpanie jeżdzą jak to Hiszpanie....
szybko i ścinają zakręty.
Udało się jednak troszkę nadrobić i
za 45 minut dojechaliśmy do Capileira. Bardzo małe miasteczko (500
mieszkańców) położone na wysokości 1400 metrów. Wszystkie domy
pomalowane na biało, wąskie uliczki, parę sklepów, restauracji i
lokalni wałęsający się po ulicach. Typowe, hiszpańskie, górskie
miasteczko, fajny klimacik. Jutrzejszą noc mamy w nim spędzić to
pewnie go lepiej poznamy i opiszemy.
Prosto skierowaliśmy się do "centrum"
informacji. Mały, biały domek, do którego musiałem się schylić
jak chciałem wejść. Pan nawet mówił troszkę po angielsku więc
udało nam się dowiedzieć parę rzeczy o naszym hiku. Wyjechaliśmy
z miasteczka i jeszcze jechaliśmy parę kilometrów w głąb doliny,
ale już za wiele się nie podnosząc. Dojechalismy do jakieś starej
hydroelektrowni i tam zaparkowaliśmy nasz samochód. Nie było
żadnego parkingu ani nic takiego, samochód został zaparkowany na
poboczu odludnej drogi. Miejmy nadzieje, że jutro tam będzie stał
cały i z naszymi bagażami.
Byliśmy na wysokości 1500 metrów,
nasze schronisko jest na 2500. Mamy do zrobienia tysiąc metrów do
góry i lekko ponad 7 km. Pogoda troszkę mało ciekawa, na wysokości
ok. 2000 m widać chmury, które zasłaniają szczyty Sierra Nevada.
Szlak nie rozpieszczał od początku i ostro zaczął się wspinać
do góry. Potem były małe niespodzianki, jakieś opuszczone wioski,
jakieś rozgałęzienia, szlak trochę schodził w dół i szedł
fajną dolinką.
Dużo było ścieżek wydeptanych
prawdopodobnie przez pasące się zwierzęta. Parę razy zmyliło nas
to i wylądowaliśmy w chaszczach, z których musieliśmy się
wracać. Po drodze mijaliśmy parę górskich strumyków, parę
akweduktów, pastwiska baranów na których się ich setki pasły.
Potem zrobiło się trochę płasko i
zaczęliśmy się martwić. Bo ubywało kilometrów, a wysokości nie
przybywało. I się zaczęło, ostatni kilometr był ostry,
stromo..... ale w sumie spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Nawet
jakoś się szło, może dlatego, że nie było słońca, temperatura
była tylko 10C i powiewał chłodny wiaterek. Nie pociliśmy się.
W końcu ukazało nam się nasze
schronisko. Duży, murowany budynek. Jak się późnie okazało to ma
prawie 100 lóżek. Nam się dostał pokój numer 1 w którym może
spać ponad 20 osób. Oczywiście nie wiemy jak nasz znajomy z Peru
robił nam rezerwację, ale oczywiście jej nie mieliśmy. Dobrze, że
schronisko nie jest pełne i nie było problemu z łóżkiem.
Poprosiliśmy znajomego żeby tutaj zadzwonił, bo pewnie łatwiej im
się było dogadać po hiszpańsku. Chyba jednak nie....
Zajęliśmy nasze łóżka, położyliśmy
na nich śpiwory i wróciliśmy na świetlicę. Wzięliśmy butelke
winka Rioja Tempranillo i odpoczywaliśmy. Na początku prawie nikogo
nie było, ale tak po 7 wieczorem zaczęło się trochę ludzi
schodzić. Było gdzieś 8 grup i każda mówiła innym jezykiem.
Nawet było też dwóch chłopaków z Polski do których się
dosiedliśmy i stworzyliśmy polską grupę.
O 20 mają podawać kolację. Ciekawe co
będzie do jedzenia?
W trakcie kolacji troszkę pogadaliśmy
z rodakami. Oni tutaj w tych górkach spedzają tydzień. Chodzą od
schroniska do schronu i tak przez tydzień....Nice....!!! Z tego co
oni powiedzili to w górach Sierra Nevada jest tylko jedno prawdziwe
schronisko (to w którym jesteśmy) natomiast reszta to tak zwane
schrony, czyli murowane cztery ściany i dach i nic poza tym.
Na kolację dostaliśmy cztery posiłki.
Zupa, makaron, kurczak i deser. Zamiast górskiej kozicy, które jak widać na powyższym obrazku chodzą wokół schroniska dostaliśmy kurczaka. Może i dobrze bo te kozy są takie fajne. Jedzenie było dobre, poza deserem, który im nie wyszedł, panacota
z miodem. Jest godzina 21 wieczorem, powoli trzeba będzie mysleć o
śpiworku i łóżeczku. Jutro ciężki dzień idziemy na szczyt
Mulhacén, 3500 metrów. Na szczycie w południe ma być -5C. Jak w
południowej Hiszpanii w lato, nie?
Od 22 i tak panuje cisza
nocna, więc za długo nie posiedzimy w świetlicy.
Dobranoc.
Noc przebiegła spokojnie. Chociaż
często się budziliśmy. Wiadomo, 2500 metrów i brak aklimatyzacji
robi swoje. Jak wchodziliśmy w śpiwory to było zimno, więc
wyzapinaliśmy się po szyję. W nocy chyba musieli grzać bo często
było słychać jak ludzie rozpinają śpiwory. Obudziliśmy się
rozpięci i bez skarpetek.
Śniadanie serwują od 7-9 rano. Nic
specjalnego, ale co mamy oczekiwać? Byleby tylko załadować w
siebie kalorie i w góry. Fajny klimat rano w świetlicy panował.
Ludzie jedząc śniadanie oglądali mapy, sprawdzali pogodę,
rozmawiali o warunkach w górach. Typowe śniadanie w schronisku.
W schronisku mają wypożyczalnie
sprzętu, ale powiedzieli, że już nie ma dużo śniegu i damy radę.
Są jeszcze duże płaty śniegu, ale można je obejść.
Zostawiliśmy większość naszych
rzeczy, bo i tak tu wrócimy i już z lekkimi plecakami poszliśmy w
góry.
Na początku szliśmy wzdłuż
strumyka Mulhacén, aż do jezior które znajdowały się na
wysokości około 3000 metrów. Szlak nie był trudny, trochę
skałek, ale nic wielkiego, czasami było troszkę śniegu, ale albo
przez niego szliśmy, a jak było za stromo to obchodziliśmy.
Od jezior się zaczęło. Po pierwsze,
byliśmy już na wysokości ponad 3000 metrów, więc tlenu mniej, po
drugie nachylenie stoku się zwiekszyło, a po trzecie, pogoda
przestała z nami współpracować. Wiatr się zwiększał, robiło
sie chłodniej (-5C) i chmury zaczęły wszystko zasłaniać.
Szły z nami dwie inne grupy. Jedni z
Austrii, a drudzy lokalni z Hiszpani. Wreście o 12:30 pm stanęliśmy
na szczycie!!!!!!!!
Mulhacén, 3482 metrów (11,423 ft)
jest to najwyższy szczyt Hiszpanii i najwyższy w Europie poza Alpami
i Kaukazem. Jest to też najwyższy szczyt w Europie na jaki się
wspinaliśmy. Wychodziliśmy na wyższe, ale na innych kontynentach.
Na górze było parę innych grup,
którzy zbierali się do schodzenia w dół, bo niestety warunki
pogodowe nie sprzyjały.
Na szczyt dochodzą trzy szlaki. Jeden
od jezior (nasza droga), drugi, północny, bardzo techniczny i
trzeci południowy (granią), tym co mamy schodzić. Po paru
pamiątkowych zdięciach, filmie i krótkich dialogach z innymi
zaczeliśmy schodzić granią w dół. Na początku się szło nawet
OK, szlak był oznaczony i pogoda sprzyjała. Nie było dużo chmur.
Wiedzieliśmy, że muismy odbić w prawo, żeby dojść do
schroniska. To już nie był szlak, ale ludzie tamtędy chodzą, więc
ścieżka powinna być wydeptana.
Po pół godzinie pogoda się zmieniła. Znowu wyszły duże chmury i widoczność się zmniejszyła do paru metrów.
Tutaj muszę naskarżyć na leni Hiszpanów. Ich szlaki w
ogóle nie są oznaczone. Nigdzie nie ma namalowanego szlaku na
skałach albo drzewach, czasami (bardzo rzadko, raz na kilometr) jest
wbity słupek w ziemię z numerem szlaku. Są kopczyki z kamieni, ale
też bardzo rzadko. Podczas widoczności na parę metrów jest
ciężko. Szliśmy pomału, oczywiście nie wiedząc czy idziemy
szlakiem czy nie. Zaczął padać śnieg i wiatr się wzmagał.
Widoczność była na parę metrów. Za pomocą GPS, mapy
topograficznej i map satelitarnych załadowanych wcześniej na
telefon szliśmy w kierunku schroniska. Szło się ciężko, były
mokre skały i dosyć stromo. Czesto słyszeliśmy ludzi, którzy
pobłądzili i się nawzajem nawoływali. Myśmy tylko słyszeli
głosy, ale widoczność była tak mała, że nie można było nikogo
zobaczyć.
W pewnym momencie wpadło na nas
czterech Hiszpanów, którzy zaczęli nam tłumaczyć gdzie chcą
iść. Oczywiście jak to Hiszpanie nie mieli żadnej mapy, ani nic
bardziej zaawansowanego. Szli na jakiś autobus, który gdzieś miał
przyjechać. Oczywiście nie szli w dobrym kierunku. Otworzyliśmy
nasze mapy i dopiero tam nam pokazali gdzie chcą iść. Tak się
składało, że ich pół "trasy" pokrywało się z naszą,
więc wyprowadziliśmy lokalnych z gór. W połowie drogi pokazaliśmy
im gdzie mają iść i poszliśmy w naszym kierunku. Ciekawe czy
doszli do celu? Przynajmniej mają nauczkę, że w takie duże góry
nie idzie się bez przygotowania. Pogoda może się szybko zmienić i
wtedy jest ciężko.
Gdzieś na wysokości 2600 m wyszliśmy
z chmur i wreszcie widzieliśmy gdzie idziemy. Po chwili również
ukazało nam się schronisko, więc nawet jak szlak był nie
oznaczony to szliśmy na azymut.
Po kolejnej godzinie dotarliśmy do
schroniska. Tutaj w końcu mogliśmy odpocząć i się posilić. Piwko
i konserwa świetnie smakowały, ale też nie mogliśmy się
rozsiadać, bo musieliśmy zejść na dół. 7 km i 1000 metrow w
dół. Obowiązkowe zakupienie pamiątkowych koszulek ze szczytem
Mulhacén (można już było je kupić, bo szczyt zaliczony) i w
drogę.
Zejście przebiegło bez żadnych
komplikacji i po 2:15, ku naszej radości, ukazała się nasza BMW.
Pod koniec schodzenia czuliśmy nasze kolana. Ten dzień był dla
nich dużym obciążeniem. Najpierw 1200 metrów (4000 ft) do góry,
a potem 2200 metrów (7200 ft) w dół. W sumie w ten dzień
zrobiliśmy 18 km. Im bardziej schodziliśmy w dół tym ładniejsza
pogoda się robiła. Wreszcie mogliśmy podziwiać piękną dolinę i
otaczające je góry w których spędziliśmy ostatnie 2 dni.
Schodząc w dół towarzyszyły nam nie tylko kozy i barany ale też super lokalne strachy na wróble. Nawet dobrze mówili po angielsku.
Schodząc w dół towarzyszyły nam nie tylko kozy i barany ale też super lokalne strachy na wróble. Nawet dobrze mówili po angielsku.
Góry Sierra Nevada, położone są 20
km od wybrzeża Morza Śródziemnego. Nie przypuszczaliśmy, że
Hiszpania ma aż tak potężne góry. Jak już wspominaliśmy najwyższy
szczyt to Mulhacen ale jest też wiele innych szczytów powyżej 3000
m które warto zdobyć. W tych górach położony jest również duży
resort narciarski. Jak to w europejskich górach znajduje się też
dużo małych klimatycznych miasteczek położonych na stromych
stokach gór.
Głodni, zmęczeni i spragnieni
zapakowaliśmy się do samochodu i po 20 minutach dojechaliśmy do Capileira. Nawet szybko
udało nam się znaleźć hotel. Pomimo, że miasteczko jest
niewielkie to dla osoby spoza miasteczka trudno jest nawigować i
cokolwiek znaleźć. Jeżdżenie samochodem po tych wąskich,
stromych uliczkach nie było łatwe. Mimo, że miasteczko jest
nastawione na turystów pan w naszym hotelu w ogóle nie mówił po
angielsku. Często za to lubiał powtarzać “bueno”. Udało nam
się jednak dowiedzieć przy pomocy języka migowego i paru słów
hiszpańskich które znamy, gdzie mamy zaparkować samochód i gdzie
jest nasz pokój. Bardzo przytulny pokoik tak jak i miasteczko, z
przepięknym “buena vista”. Zdziwiło nas tylko, że w hotelu
było dość zimno i nie można było włączyć ogrzewania. Wygląda,
że dla nich to jest środek lata nawet pomimo, że na zewnątrz jest
tylko 10C.
O restaurację już
się nie pytaliśmy na recepcji bo stwierdziliśmy, że i tak się
nie wiele dowiemy. Poszliśmy za to na główną ulicę (czyli pod
hotel) i znaleźliśmy restaurację El Asador która nam
od razu przypadła do gustu. W restauracji było menu po angielsku,
przyjmowali karty kredytowe i było kilka innych grup. Czyli
wyglądało dość obiecująco. I tak rzeczywiście było. Wybór był
dość bogaty. Mieli troszkę dań kuchni włoskiej ale to od razu
wykreśliliśmy jako opcję. Ostatnie doświadczenia nam pokazały,
żeby jednak trzymać się ich lokalnej kuchni. Naszą uwagę przykuł
dział lokalnego mięsiwa. Więc na przystawkę poleciał oczywiście
Iberian Ham, tutaj trzeba dodać, że porcja było wielka. Ilonka
zamówiła kawałek wieprzowiny marynowany w papryce i czosnku a ja
poszalałem i zamówiłem całą nogę jagnięcia.
Ale było pyszne.
Porcje były ogromne więc winko do kolacji się przydało i
poprawiło nam trawienie. Kelner polecił nam winko z niedalekiej
Granady i był to rzeczywiście dobry wybór. Idealnie pasowało do
naszych mięs. Byłem głodny a do tego jedzenie było przepyszne
więc zajadałem aż mi się uszy trzęsły.
Bardzo polecamy tą
restaurację, Al Asador. Jak będziecie w okolicy albo znudzą
wam się plaże i będziecie chcieli schłodzić się w górach to
polecamy miasteczko jak i wspomnianą restaurację. Po kolacji
byliśmy tak zmęczeni, że od razu padliśmy do łóżka w śpiworach
bo było tak zimno.
Darek

Przekazujecie w wspaniały sposób wiadomości, których trzeba by długo szukać w różnych przewodnikach ...
OdpowiedzUsuńOd zabytków, poprzez hotele, aż do ciekawych restauracji, kuchni i barów,
Można poprzestać na oglądaniu zdjęć i czytaniu Waszego bloga, a można też próbować samemu tam pojechać
i mieć już łatwiejsze początki ...
Tak trzymać ! Dzięki !!! Ania i Krzysiek
Dziękujemy. Staramy się, piszemy naszego bloga już prawie rok, opubikowaliśmy około 50 wpisów. Uczymy się, mamy nadzieję, że każdy kolejny wpis będzie lepszy od poprzedniego. My też jak gdzieś się wybieramy to czytamy blogi innych ludzi. Wspólną pomocą podróże będą się stawały łatwiejsze i ciekawsze....
OdpowiedzUsuń